[ * ] [ 3 / b / cp / r+oc / waifu / wiz ] [ btc / c / c++ / fso / h / kib / ku / lsd / psl / sci / trv / vg ] [ a / ac / fr / hk / lit / mu / tv / x ] [ med / pr / pro / psy / sex / soc / sr / fa ] [ chan / meta / rcp ] [ szukaj ] [ Chan Wiki ]

/cp/ - Chłodne Pasty

Nazwa
E-mail
Temat
Komentarz
Plik
Osadź
Hasło (do usuwania postów)

Regulamin | TOR | IRC | CyTube | Komturcode | Online: | Aktywne fredy: | Aktywne boardy:

File: 6146f6442343d.vichan.jpg (640,36 KB, 3024x4032, 1 rock or something.jpg) ImgOps Exif Google

 No.307

No elo, naszło mnie dzisiaj na wspominki i stwierdziłem, że opowiem wam, jak było w wojsku

Co? Anon? W wojsku? Ano w wojsku, jako tłumacz xD Jak to się stało? Dosłownie wszedłem kiedyś na fejschuja i losowo zobaczyłem ogłoszenie, że amerykańskie wojsko szuka tłumaczy, żeby siedzieli z nimi w polskiej bazie i pomagali im w sprawach na miejscu. W jakich sprawach? Spokojnie, panie szpieg, możesz pan chować fujarę w spodnie – w przyziemniejszych, niż by się ktokolwiek spodziewał. Byłem tylko szarakiem z ulicy, który znał angielski i miał jakieś tam wykształcenie, ale nie miałem żadnego stopnia dostępu do informacji, ani nic. Moja rola miała polegać na siedzeniu na dupie i byciu pod ręką, kiedy będzie potrzeba. A potrzeb, jak się miało okazać później, było mnóstwo i jeszcze trochę.

Jak wyglądała rekrutacja? Ot, wysłałem CV, napisałem ładnie po angielsku, kim jestem i skąd się wziąłem. Skontaktowali się ze mną na Skype. Pogadaliśmy. „Nie no, dobra, niby cię tam czeka jeszcze oficjalny test, ale widzę, że to będzie tylko formalność” – rzucił rekruter. Faktycznie, tak było. Powiedzieli, że się dostałem, tylko musiałem jeszcze strzelić sobie parę badań lekarskich, żeby zobaczyć, czy nie mam HIV, czy coś. Poszedłem do przychodni, oddałem juchę, odczekałem dwa dni, poszedłem do recepcji, odebrałem wyniki. I to był ostatni przejaw organizacji i porządku, jaki zobaczyłem przez kolejne kilka miesięcy.
- Ty, słuchaj, sprawa jest. – zadzwonił do mnie rekruter. – Pakuj graty, wyjeżdżasz pojutrze.
- Pojutrze? Kurde, chłopie, miało być za tydzień.
- Tak mi powiedzieli, zmiana planów. Pojutrze.
Rzuciłem niemą kurwę. W dodatku miejsce, które wskazał, było na przeciwnym końcu kraju niż to, które mi podali wcześniej. Fajnie tam mają w tym Pentagonie, naprawdę fajnie. Cóż począć? Załadowałem dupę w troki, jakimś cudem ogarnąłem bilety kolejowe i ruszyłem. Dali mi parę kontaktów – między innymi do drugiego tłumacza z bazy. Zgarnął mnie z dworca z jakąś młodą, amerykańską porucznik. Przedstawiliśmy się, odkurwiliśmy small talk. I przeszliśmy do kwestii praktycznych.
- Ty, a śpiwór jakiś masz?
- Co? Nic mi o tym nie wspominali. Myślałem, że wszystko miało zapewnić polskie wojsko.
Tylko, że nie miało. Dali miejsce na jebutne, wojskowe namioty dla całego batalionu, dali prąd i wodę, dali wyra – ale bez kołder. Pojechaliśmy do Tesco, żeby uzbroić mnie w jakieś podstawowe sprzęty. Niestety, staliśmy w korku, więc na kolację nie zdążyliśmy. Ale chuj tam, mieliśmy MRE w workach. MRE, emerki, czyli Meals Ready to Eat – po naszemu racje żywnościowe. Takie normalnie z chemicznym podgrzewaczem na wodę. Jak to się obsługuje? Wtedy jeszcze nie wiedziałem, ale, jak wytłumaczono mi kilkanaście minut później, dość prosto. W bazie był jeszcze trzeci kolega po fachu – kawał janusza i chyba mitoman, ale dla swoich w sumie całkiem równy. Ogarnęli naprędce browary z wiejskiego sklepu i poszliśmy na miejscówę do lasu. Niestety albo stety, nasza baza była „sucha” – czyli z zakazem spożywania.
- No i widzisz, my z Młodym, jak chcemy się napić, to idziemy tutaj, jest taki loophole – zaciągnął się dwuklikanym Lucky Strikiem Janusz. Nawiązaliśmy wstępną nić porozumienia między innymi dzięki naszemu podejściu do szlugów; obaj lubiliśmy mieć tę iluzję wyboru.
- Nie ma wiochy – odparłem. Istotnie, nie było – to już było takie zadupie, że nawet wsiury się tam nie budowały. Koniec świata cywilów i początek mundurowych symbolizował przydrożny krzyż opodal wjazdu do bazy. Lekko przekrzywiony i ze stratowanym ogrodzeniem, bo, jak opowiedział rozbawiony Młody, kiedy zobaczyłem to po raz pierwszy, drogi w Ameryce są znacznie szersze, przez co jednemu szeregowemu trochę się nie wcelowało Hummerem.
- Dobra, to słuchaj, instrukcje do emerki masz tutaj – rzekł Janusz, otwierając opakowanie i wskazując ilustrację z picrela – tu oddzierasz, wsuwasz smakołyki, lejesz trochę wody, opierasz o kamień, czy coś, i idziesz się odlać albo odpalasz szluga.
Jednego szczocha i pół szluga później kolacja była gotowa. Dobre skurwysyństwo, trzeba przyznać. Pamiętam jak dziś – dwójka, czyli wołowina BBQ z fasolą, tortillą, wyciskanym serem i jakimiś losowymi ciastkami. Później mi powiedzieli, że te rzeczy żyją bez lodówki po kilka lat. Nie wiem, ile przez te parę miesięcy wpierdoliłem konserwantów, ale było warto. Szczególnie, jak trafiła się jeszcze dziewiętnastka – mielony z pepperjackiem jalapeno, tortillą, wyciskanym cheddarem z drobinkami bekonu i wielkim ciastkiem czekoladowym.

Skończyliśmy noc na trzecim browarze – jeden powyżej półoficjalnego, bezpiecznego limitu, ale chuj. Kiedy wróciliśmy, było już ciemno. Akurat wpadł dostawca pizzy z towarem. Był mój pierwszy dzień, więc wziąłem tę rozmowę na ochotnika.
- Hurr, dycha jeszcze za transport.
- Durr, jak dycha za transport, żołnierze mówią, że nie wspomnieliście.
- Hurr, nie wspomnielim, bo zapomnielim. Ja bez dychy tam wrócić nie mogę.
- Durr, to bulcie z własnej kieszeni.
Po kilku minutach żołnierz machnął ręką i rzucił mu dychę. W podziękowaniu za pomoc poczęstował mnie jednym kawałkiem. Po kilkudziesięciu minutach w transporcie z nieco oddalonego miasteczka smakowała jak karton z wczorajszym serem, ale co tam, gest miły, dobre pierwsze wrażenie odhaczone. Ale na żołnierzach, bo Janusz tylko pokręcił głową.
- Chłopie, ty tu się trzymaj z Polakami, bo te Amerykańce to cię podpierdolą, jak tylko coś im nie będzie pasować – zaczął perorować, gdy odeszliśmy w swoją stronę.
No, nie gówno, Malanowski. Jak ludziom coś nie pasuje, to o tym mówią. W normalnych krajach, w każdym razie. Spierdziałem się z dezaprobatą.
- Każdy kicha tak, jak umie – skwitował.

 No.308

W mojej robocie czasem mam do czynienia z budżetówką i na podstawie tego od wojska się trzymam z daleka bo to taka budżetówka w wersji ultimate. Długo tam siedziałeś Anon?

 No.309

>>308
jednocyfrową liczbę miechów
było fajnie i traktowali mnie bardzo dobrze, właściwie jedyne problemy były z AMW, ale o tym napiszę za parę rozdziałów

 No.311

File: 61485edf340ac.vichan.jpg (2,93 MB, 4096x3072, IMG_20210918_190112005.jpg) ImgOps Exif Google

A, właśnie. Poduszki też dla mnie, kurwa, nie mieli. Na pierwszą noc zmontowałem sobie jakąś protezę z kurtki. Wstałem niewyspany, poszedłem się ogarnąć, zjadłem śniadanie, wróciłem. I zastałem moje pierwsze zadanie samopas.
- Ej. Muszę doładować telefon. Weź mi pomóż.
Jakaś czarna. Sprawiała wrażenie oschłej. I dość nieufnej. Albo po prostu też niewyspanej, chuj wie.
„No, spoko. Jaki operator? A, nie masz środków na karcie, to trzeba spróbować przez mój pakiet. Dobra, to tu wpisz numer, dalej, kwota, dalej, tu dane karty, żeby opłacić. Nie przechodzi? Spróbujmy jeszcze raz. Znowu nie idzie? Ok, jeszcze raz. Też nie? Mam inny pomysł. Masz gotówkę? Opłacę z mojej karty, może po prostu nie przyjmuje amerykańskich. Poszło! Masz tylko dolary…? Nie no, spoko, żaden problem. Przeliczymy według dzisiejszego kursu. To będzie 27 zielonych. Czekaj, oddam ci resztę w złotówkach. Nie trzeba? Spoko, dzięki, miłego dnia”.
Poszła. Nawet się nie uśmiechnęła. Dalej ciężko było stwierdzić, czy nie lubi białych, czy po prostu wstała lewą nogą. Choć de iure segregacja rasowa w USA skończyła się już dawno temu, na stołówce była jeszcze widoczna – co prawda nie formalna, ale Murzyni zwykle siadali z Murzynami, biali z białymi, Latynosi z Latynosami. I jeszcze Azjaci z białymi, bo było ich za mało, żeby formować swoje kliki. Zanim jednak zacząłem rozkminiać miejscową socjologię, poszedłem na małe zakupy do sklepiku w przyczepie. Martwych prezydentów stykło na poduszkę, mały scyzoryk sił powietrznych i puszkę Starbucksa.
- Śmiechłem z bynia w gierce. Wypełniasz zadanie, dostajesz lokalną walutę, kupujesz itemy – skwitował kumpel, któremu to opowiadałem w miarę na bieżąco.

Pora na szluga. Z oddali wypatrzyłem dymiący stolik pod drzewem. Jak się okazało, odpowiednik tawerny z plotkami i questami. Postanowiłem, że dołączę, żeby poznać ludzi i zwyczaje. Siedzieli tam w większości szeregowcy – młodziki, góra po 20 lat. Czyli u siebie już na tyle dorośli, żeby wsiąść za stery czołgu i rozpierdalać kraje, ale jeszcze nie na tyle, żeby kupić farbę w sprayu czy puszkę piwa. Szybko złapaliśmy fale – zaczęli ochoczo, ale nie nachalnie, pytać mnie o nasz kraj i kontynent. Któryś wyciągnął oficjalne rozmówki amerykańsko-polskie i poprosił mnie, żebym pomógł z wymową, bo zapis fonetyczny coś do nich nie trafiał. Kurwa opy, żebyście widzieli, co tam było, to byście jebli xD nie pamiętam dokładnych tłumaczeń, ale było widać, że wzięli kupę codziennych i wojskowych zwrotów i, zamiast normalnie dać to do zrobienia człowiekowi jak siła zbrojna pożerająca ponad połowę budżetu światowego mocarstwa, po prostu wpierdolili to do Google Translate, a wyniki zapisali fonetycznie ze słuchu. Oczywiście nie trzeba dodawać, że w tak dużym kraju jak USA jest kilka subdialektów AmE, więc nawet, jak zapiszesz „gene do’h-brie”, to nie ma gwarancji, że każdy przeczyta to samo.
Jak już się przekonali, że jestem swój, i nie pójdę z mordą do sierżanta, że zadają mi dziwne pytania, zaczęliśmy gadać o kulturze. Najpierw spytali mnie, co takiego, co robią Amerykanie, uchodzi u nas za dziwne.
- W sumie niewiele. Głównie witanie się z losowymi ludźmi na ulicy i pytanie „how are you” jako część powitania, bo u nas to drugie odbiera się dosłownie, więc jak to robicie, to przygotujcie się na to, że człowiek zaraz streści wam cały swój dzień.
- Ej… – popatrzyli po sobie nagle tajemniczo dwaj szeregowcy. – Czy słowiański przykuc jest prawdziwy?
- No kurwa, pytasz papieża, czy rucha w lesie. Robi się tak: ustawiasz stopy płasko na ziemi – tylko nie stawaj na samych palcach. Potem zginasz kolana, wy może na początku nie próbujcie tak szybko, i dupa sama kliknie w odpowiedną pozycję.
Jeden z nich niepewnie spróbował. I mu się udało.
- O kurwa, chłopaki, to wszystko prawda! Słowiański przykuc to nie mem!
Zapanowała radocha. Potem zbiłem jeszcze parę punktów, rozkminiając pochodzenie ich nazwisk – okazało się, że biali Amerykanie całkiem żywo interesują się swoimi przodkami. Bardzo szybko nauczyłem się, że najszybszym sposobem, żeby się tam czegokolwiek dowiedzieć, było zapalenie szluga przy stoliku. Autentycznie, kurwa, oficerowie potrafili nic nie wiedzieć o tym, że za parę dni ich ciepną na poligon, albo że ktoś jest w szpitalu, a wystarczyło zakurzyć z paroma szeregowcami, i już wiedziałeś co, gdzie i jak xD raz nawet w nocy poszedłem zajarać szluga przed snem i dwóch sierżantów mnie poczęstowało przemyconą wódą. I chuj, że baza sucha, i chuj, że kategoryczny zakaz wnoszenia i chlania alkoholu. W wojsku zakazuje się wielu rzeczy. Wiedzieliście, że na mocy ustawy o języku polskim żołnierze w mundurze mają zakaz przeklinania? Też bym nie powiedział.
Pogadaliśmy jeszcze trochę. Nie za bardzo jeszcze ogarniałem stopnie, więc jeden z nich rozpisał mi ściągawkę z picrela. Potem musiałem się zwinąć do miasta, żeby z kapitanem kupić w budowlanym trochę znaków drogowych. Jeden Murzyn spytał, czy nie mógłbym mu przy okazji zgarnąć trochę liquidu do e-szluga. Zapamiętałem i ruszyłem. Kiedy wróciłem, zastałem trochę zmienioną gromadkę. Nie było tego kolesia, który mnie prosił o liquid, więc zacząłem rozpytywać. Miałem odgórny zakaz poruszania paru tematów, takich jak polityka, religia, rasa, czy ogólnie czegokolwiek, co by mogło wywołać ból dupy, więc trochę nie wiedziałem, jak sformułować moje pytanie. Ale pomógł mi ziomek od słowiańskiego przykucu.
- Był czarny?
- No.
- Był mały?
- No.
- Miał krzywe zęby?
- No.
- Luzik. Ej, chłopaki, widział ktoś tego czarnego kurdupla z pojebanymi zębami?
Nie chciałem powiedzieć za dużo, żeby przypadkiem kogoś nie urazić, ale, wedle słów innego z szeregowców ze stolika, oni tam cały czas się nawzajem szkalowali. Zaczęliśmy się wymieniać kawałami. W pewnym momencie poprzeczka niepoprawności była już tak wysoko, że na wszelki wypadek kawałek odeszliśmy. Spytał, czy będę miał ból dupy, jak powie coś o nazistach. Ja? Ból dupy? Wal śmiało, nie mam uczuć.
- All right… do you know what was the Nazis’ most fearsome weapon called?
- What?
- Polish remover!

 No.312

>>311
>Głównie witanie się z losowymi ludźmi na ulicy
kurwa, serio tak robia?
przeciez jakbym tak robil w polszy to by mi jezyk odpadl zanim bym gdziekolwiek doszedl xD

 No.313

>>312
to u nich standard
co do odpadania języka, pamiętam że przy mojej pierwszej sesji Q&A nad szlugiem tak się rozgadałem, że odmówiły mi posłuszeństwa mięśnie języka odpowiedzialne za angielskie "r" i "l", więc musiałem się tymczasowo przestawić na polskie i brzmiałem jak stereotypowy ruski złodupiec z zimnowojennego filmu xD

 No.315

File: 61518d316c4ce.vichan.jpg (7,91 KB, 275x183, 3 sprawca zamieszania.jpg) ImgOps Exif Google

Nie minął pierwszy tydzień w robocie, a ja już przekonałem się, że typowy dzień z wojskiem ma 4 stałe elementy: śniadanie, obiad, kolację i chaos. Ten ostatni jako jedyny nie miał stałej pory, ale można było mieć pewność, że nadejdzie i zastanie człowieka w najmniej odpowiednim momencie.

Na przykład kiedy wracasz spod prysznica. Ledwo wyszedłem z kabiny i narzuciłem na szyję ręcznik, i odebrałem paniczny telefon od zawiadującego bazą kaprala:
- Anon! Dawaj w te pędy na parking dla czołgów, mamy groźną sytuację! Wyjaśnię ci wszystko na miejscu!
Pobiegłem, jak stałem, nawet klapek na normalne buty nie miałem jak zmienić.
- Jestem! Co się dzieje?
- Mamy kryzys dyplomatyczny! Jakiś transporter opancerzony zgubił się w lesie i wjechał prosto w środek ćwiczeń z ostrą amunicją, a tamci go ostrzelali!
- Tamci, to znaczy kto?
- Nie wiadomo! Sprawdzamy właśnie, kto tam ćwiczył. Musimy dowiedzieć się, co to był za transporter, bo może być z tego srogi przypał. Jeśli jakiś Polak trafił Amerykanina, będzie się trzeba gęsto tłumaczyć, głowy polecą.
No to siedzimy na tym parkingu i obdzwaniamy wszystkich świętych. Baz w okolicy było na tyle sporo, że spędziliśmy nad tym ładne parę godzin. Zdążyliśmy wkurwić chyba wszystkich oficerów obu narodów od kapitana w górę, jacy pracowali w naszej części województwa. Niestety, niczego nam się nie udało dowiedzieć. Zrezygnowani i podenerwowani wróciliśmy do swoich planowych zajęć. Czyli w moim wypadku do ogarniania ludziom doładowań, zamawiania pizzy i odpowiadania na losowe pytania. Zaczepił mnie między innymi nasz sierżant od logistyki.
- Ej, Anon, mam sprawę. Muszę spytać o parę rzeczy, żeby chłopaki z budki przy wjeździe wiedzieli, co mówić do przyjeżdżających. Jak powiedzieć po polsku „hello, please show me your car’s registration documents”?
- „Dzień dobry, poproszę dowód rejestracyjny”.
- Dżińdobr… pszem… kurde, anon, to jest za trudne. Nie ma czegoś prostszego? Czegoś krótkiego, prostego, i uprzejmego?
- No, nie wiem. Po polsku rzadko kiedy coś jest krótkie, proste i uprzejme jednocześnie.
W sumie, może to dlatego mamy opinię takich buraków? Przez to, że nasze słowo „przepraszam” ma taką trudną wymowę.
Ale nagle coś zatrybił. Jego rodzina była z Rosji, więc wpadł na kalkę.
- Ty, a nie mogę po prostu powiedzieć „dawaj kartu”?
Wytłumaczyłem mu, dlaczego to kiepski pomysł. W końcu zapisał sobie ze słuchu, spytał jeszcze o parę rzeczy, i poszedł w swoją stronę.

Pod wieczór zadzwonił do mnie nasz kapral. Czułem w kościach nocną wycieczkę na pogaduchy między oficerami, ale całe szczęście inby nie było.
- Dobra, Anon, wiem już wszystko. Kryzys dyplomatyczny odwołany. Wiesz, co tam się stało? Okazało się, że Amerykanie strzelali do Amerykanów.

 No.316

przeczytałem całość i śmiechłem anonie xD w sumie niczego innego nie spodziewałbym się po Amerykanach xD

 No.317

>>315
nu, dawaj kartu xD

 No.318

>>315
dawaj wincyj

 No.319

>>315
gold

 No.320

File: 6158406b494be.vichan.jpg (16,2 KB, 300x180, 4 wzgórze prezydenckie.jpg) ImgOps Exif Google

Jednym ze stałych zajęć, jakie tam miałem, była obsługa poligonów. Omawianie, umawianie, obsadzanie.

Pierwsze dwie opcje generalnie lubiłem, bo zwykle polegały na tym, że brali mnie w samochód, jechaliśmy do jakiejś innej jednostki, po drodze zatrzymywaliśmy się zatankować i coś opierdolić na koszt Departamentu Obrony, pogadaliśmy sobie dwie, trzy godzinki ze stroną polską, dogadując szczegóły i warunki ćwiczeń, a potem wracaliśmy na bazę – i pół dnia upływało na względnym luzie, bez konieczności biegania do losowych inb na bazie.

Tak właśnie poznałem jednego z moich ulubionych ludzi w jednostce – sierżanta od ogarniania tych rzeczy, Jeremy’ego. Jechaliśmy akurat do jednej z większych jednostek, żeby ustawić ćwiczenia na najbliższy miesiąc. Prowadził szeregowiec chińskiego pochodzenia, który z powodu nazwiska i wyglądu miał w swojej kompanii ksywę „Człowiek-krzesło”. KMWTW. Ciekawostka: jeśli samochodem jadą amerykańscy żołnierze, zawsze prowadzi ten najniższy stopniem – ten wyższy, czyli teoretycznie mądrzejszy, nawiguje.
- No, żołnierzu, skąd jesteście? O, patrzcie, z tego miasta jest jeden z moich ulubionych zespołów. Znacie? Nie? Anon, znasz? Patrzcie, Anon jest z Europy, a zna. Co macie na swoje usprawiedliwienie?
- Oj, dobra, dajżesz spokój. A znasz ten metalowy zespół z Polski?
Nie znał. Ale się zaciekawił, więc odpalił Spotify, żeby poznać. Nawiązała się nić porozumienia. Grunt, że dał spokój młodemu.
- Ty, Anon, a jak powiedzieć po polsku „fuck”?
- A, to zależy, co chcesz powiedzieć. „Fuck” w sensie „fuck that guy” to będzie na przykład „jebać”, ale jak chcesz, żeby to było wykrzyknienie typu „oh fuck”, to się mówi „kurwa”.
- Hehe, słyszałeś, Michael? – rzucił do jadącego z tyłu majora. Totalnie nieregulaminowo, bo enlisted personnel i oficerowie teoretycznie mieli się nie spoufalać, ale chuj. W wojsku zakazuje się wielu rzeczy. – Dobry typ, nawet się nie zająknął! Anon, a jak jest „snake”?
- „Wąż”.
- To jak będzie „fuck snakes”?
- „Jebać węże”.
- Hehe! Jebać węże!
Dojechaliśmy na miejsce. Przywitał nas cywilny ochroniarz xD Oczywiście Polska nie byłaby Polską, gdyby nie zrobiła nam jakiegoś problemu. Spytał, kim jesteśmy i skąd jedziemy. O, zaraz, panie Anonie, ale ja tu pana nie mam na liście. Chyba będę musiał pana wysadzić.
- Ej, panowie, bo on chce mnie wysadzić. Co robimy?
- Kurwa, nie wiem, co on, nie widzi, że ze swoimi jedziesz?
Wylegitymowali się swoimi papierami. Nikt nie może być sędzią we własnej sprawie, ale tłumaczem najwyraźniej tak, bo cała niezręczna dyskusja o tym, czy mnie wpuścić, czy zatrzymać do wyjaśnienia, odbywała się przeze mnie. Ochroniarz w końcu ustąpił, ale smród pozostał – kurwa, zacznijmy od tego, że obiektu wojskowego pilnuje cywilna ochrona, a nie mundurowi xD Na miejscu nawet się dużo nie nagadałem, bo polscy oficerowie szprechali na tyle dobrze, żeby ogarnąć to bez większego problemu, tylko pod koniec poprosili mnie o pomoc z „prognozą pogody”. W drodze powrotnej Jeremy ogarnął, że w którymś momencie odwiedzimy to słynne Wzgórze Prezydenckie.
- O! Wzgórze Prezydenckie! Wspaniale, może spotkam waszego prezydenta! Mam mu do powiedzenia to i owo na temat węży.

Niestety, nie zawsze było tak lekko, łatwo i przyjemnie. Jak na przykład parę tygodni później.
- Jeremy…? Słyszałem niepokojącą plotkę, że jutro jedziemy w okolice Poznania i chcecie, żebym się zwlókł o piątej.
- To nie plotka! – odparł z uśmiechem. – Ale nie przejmuj się, odwiedzimy po drodze amerykańską ambasadę.
- Że co? Na chuj wy chcecie jechać przez Warszawę? Przecież to nie po drodze.
- Amerykańską ambasadę, w sensie McDonalda. – odpowiedział, podjarany jak małe dziecko.
Ciekawostka: w amerykańskim wojsku, jak w każdym innym, są testy i standardy sprawności, ale w praktyce różnie to wychodzi. Szeregowi przeważnie są w formie, oficerowie właściwie zawsze, ale jeśli widzisz kogoś z nadwagą, na stówę jest sierżantem.

Jechaliśmy Kulczykówką. Jeremy dzielnie wypatrywał maka.
- No, panowie, prawie jesteśmy! Widzę złote łuki.
- Ty, ale złote łuki to się zwykle widzi, jak się umiera.
I chwilę potem minęliśmy Świebodzin xD Jeremy tylko popatrzył na mnie z udawanym strachem i skwitował:
- Kurwa, wiedziałem, że McDonald’s to raj. Well played, Jesus!
Tam też się nie nagadałem, bo polski kapitan służył z nimi w Afganistanie, znał terminologię typu „PX”, „DFAC” czy „tide pods” i dał sobie radę solo z całą rozmową. Na koniec tylko wymienili się pudłami emerek ze swoich krajów, i znowu do maka xD

 No.322

File: 61584362694ab.vichan.jpg (191,31 KB, 1800x1192, 4a abrams.JPG) ImgOps Exif Google

Wycieczki na gadanie o poligonach były spoko, ale gorzej z obsadą na miejscu. Polscy chorążowie zwykle radzili sobie beze mnie, ale amerykańska wierchuszka i tak się uparła, żeby za każdym razem na miejscu był tłumacz. Wiecie, jak to wyglądało? Pakowałem bety na tydzień i siedziałem tam prawie bez zasięgu, czytając książkę. Żarcie 3 razy dziennie, higiena typu umywalka i menelski prysznic – chyba, że akurat na miejscu była kabina i dało się dogadać z chorążym, to wtedy był luksus. Zwykle się dało, ale trafiłem też na paru niekooperatywnych buraków. Większość mojej „pracy” na poligonie polegała de facto na opierdalaniu się. I gadaniu z żołnierzami, bo było lato, i zwykle z prognozy pogody wychodziła „duża trójka”, czyli pod żadnym pozorem nie strzelać i nie przemieszczać ciężkich pojazdów. Raz przedłużyli mi odsiadkę do dwóch tygodni, bo najwyraźniej leżenie chujem do góry szło mi tak świetnie, że nie mogli powierzyć tego zadania nikomu innemu xD Najpoważniejsza misja, jaką tam dostałem, polegała na zrobieniu z cywilnym kierowcą z obsługi kilku rund dostawczych do miasta, bo w naszej bazie zjebała się woda i nie było jak przygotować kolacji, żeby ją przywieźć na poligon, więc oficerowie postanowili zamówić dla całej kompanii 63 pizze.

Nawet nie zdarzyło się, żebym musiał zapierdalać w sprawie wypadków, bo z przyczyn praktycznych to zawsze spadało na tego, który akurat siedział w bazie. Chociaż nie, raz musiałem jechać – we własnej sprawie. Jak to się stało? Do tarasu budynku obserwacyjnego jednego z poligonów prowadziły jebutne, przeszklone okna balkonowe. Pewnego wieczora siedzieliśmy z sierżantami i oficerami. Ja gadałem przez telefon. Jeremy i Michael układali mapę z kamieni i patyków, rozkminiając jakąś taktykę bojową. Musiałem po coś wejść do środka, ale siedzieli na drodze, więc starałem się ich jakoś wyminąć, żeby przejść przez jedno z okien. Były trzy, otwierały się dwa. Zgadnijcie, w które trafiłem xD „Oh Jesus, fuck, I’m so sorry, czekaj, później oddzwonię”! Wzięli mnie nad umywalkę, żeby to obmyć i wstępnie opatrzyć, a następnie załadowali mnie w osobówkę i pojechaliśmy na bazę, do baraku medyków. Powyciągali mi szkło, zdezynfekowali, owinęli jakimś bandażem do zastosowań polowych, i puścili z powrotem. Następnego dnia tylko kazali mi pójść do chorążego i przeprosić.
- Yyy, panie chorąży, głupia sprawa, niechcący wlazłem w szybę na górze i się stłukła…
- Co?! Rany boskie, już druga?
Okazało się, że parę tygodni wcześniej jeden Amerykaniec odkurwił to samo, tylko wlazł w jedno z tych okien, które się otwierały, jak było zamknięte, ale szyby dwuwarstwowe, więc tbw xD Całe szczęście to był jeden z tych spoko chorążych i nie robił afery – powiedział, że napisze w raporcie, że wiatr wyjebał kosz na śmieci. Rozeszło się po kościach. Następnego dnia gnili z naszego podporucznika, że nie udało mu się namówić sprzątaczki, żeby do nas wpadła pod pretekstem tej szyby i mogli ją poderwać. Powiedziałem, że niewiele tracą, bo nie za ładna, a major na to:
- A co ty możesz wiedzieć o kobiecej urodzie, jak nawet kurwa szyby przed sobą nie widzisz!
Zgnili ze mnie. Speszyłem się trochę. Zauważył to, bo dodał:
- Ej no, wyluzuj, tak sobie jaja robię, bo cię lubię.
- Spoko, doceniam. Ale jak coś, to i tak śpię sam.
Zgnili z niego wszyscy poza przerażonymi szeregowymi xD

 No.323

nitka złoto, 7,2%

 No.324

>>320
>>322
Najlepszy dziś i nie tylko dziś, pisz dalej jesteś solą tej deski

 No.325

>>322
g o l d
o l
l o
d l o g

 No.326

File: 615aab4e543b2.vichan.gif (1,31 MB, 275x208, pieczony magik.gif) ImgOps Google

>>322
>- A co ty możesz wiedzieć o kobiecej urodzie, jak nawet kurwa szyby przed sobą nie widzisz!
jebłem xD

 No.327

>>326
dobre pare lat tego nie widzialem xD

 No.328

Anone, dawaj coś jeszcze

 No.329

>>315
>Amerykanie strzelali do Amerykanów
chryste kurwa anon xD to jest najczystsza próba złota. prosze opowiadaj dalej. >>322

 No.330

File: 61629ac216306.vichan.jpg (3,23 MB, 4096x3072, 5 biblia.jpg) ImgOps Exif Google

Był jeden z pierwszych dni w bazie. Jadłem śniadanie na stołówce.
- Hej, sorry, jesteś tu tłumaczem, prawda? Mogę się przysiąść i zadać ci parę pytań? – zapytał barczysty koleś w stopniu kapitana.
- Luz, zapraszam! W czym mogę pomóc?
Okazało się, że to batalionowy kapelan. Chciał trochę poznać nasz język i kulturę, żeby się lepiej dogadywać z miejscowymi. Mądry ruch – jak później zauważyłem, najprostszym sposobem, żeby Polacy pomogli obcokrajowcowi, to zagadać po polsku. Zajarzyłem to dopiero po jakimś czasie, ale to chyba kwestia historycznej traumy. No bo chyba nie tego, że nasz język jest tak prosty i łatwy w wymowie, że pierwszy lepszy obcokrajowiec nauczy się go po kilku unitach w Duolingo, więc jak nie umie opanować polskiego systemu przypadków i naszych zbitków spółgłosek, to jest debilem, który zasługuje, żeby się zgubić i zdechnąć z głodu, prawda? Chodzi o to, że w ciągu ostatnich dwustu lat z hakiem mieliśmy już dostatecznie dużo akcji, że przychodzili do nas przedstawiciele silnych narodów i żądali od nas, żebyśmy używali ich języka. To nie tak, że Polacy nienawidzą wszystkich obcych dla zasady – po prostu przez lata upokorzeń naród zrobił się drażliwy. Opisałem panu kapelanowi, jak działa nasz alfabet i na co uważać. Nieironicznie spoko był z niego ziomek. W sumie dawał mi vibe lekkiego spierdoksa. Niedziela, rzecz jasna, jest raz w tygodniu, więc pozwalanie, żeby sobie tylko żył i żarł, pisząc kazania między jedną mszą a drugą, byłoby mało wydajne – do jego pozostałych zadań należały m.in. organizacja wydarzeń typu zmiana dowództwa kompanii, obsługa poczty i robienie wycieczek. Raz nawet wpadł do baraku, który zdążyliśmy w międzyczasie z Młodym zaadaptować na biuro i sypialnię, i wręczył nam po ogromnym pudle z darami dla żołnierzy od wdzięcznych amerykańskich patriotów. W środku było wszystko, od zajebanych z hotelu kosmetyków, przez książki, konserwy rybne, narzędzia i skarpety, po kilkaset cukierków xD Do tego raz dał mi kieszonkowe wydanie amerykańskiej Biblii, którą można spokojnie włożyć do bojówek. Takiej z ilustracjami i mapami, przykład na picrelu.

Teoretycznie miałem zakaz rozmawiania o religii, ale chuj tam. W wojsku zakazuje się wielu rzeczy. Zresztą ciężko, żebym nie rozmawiał o religii z kapelanem xD Był z niego naprawdę spoko ziomek, więc jak dowiedziałem się, że w niedzielę przed kolacją odprawia protestanckie msze, ciekawłem i postanowiłem, że obczaję. Na wszelki wypadek spytałem, czy miałby coś przeciwko. Uśmiechnął się tylko i powiedział, że Jezus wita wszystkich z otwartymi ramionami, więc kim on jest, żeby się z nim sprzeczać. I wiecie co? Okazuje się, że religia bez tego całego patetycznego teatrzyku potrafi być całkiem fajna. Jak nie wierzyłem w Boga, tak nie uwierzyłem i tam, ale kurwa, jednak bardziej od uwłaszczonego członka czarnej mafii przekonuje mnie koleś, który pokazuje, że słowo można głosić nie tylko w pozłacanych kościołach, a na przykład w wojskowej stołówce w środku lasu, i nie tylko podniosłym i celowo wywyższonym ponad zdolności poznawcze przeciętnego człowieka rejestrem liturgicznym, a językiem zwykłym i serdecznym, z którym może się identyfikować nawet dziecko imigrantów z Meksyku czy wychowany w otoczeniu patologii i crackheadów bambo z Bronksu. Właściwie gdyby nie modlitwy i komunia, te nabożeństwa w ogóle nie przypominałyby mszy! Na początku modlitwa (po protestancku, bez żadnego mantrowania z katechizmu, tylko „no elo panie, ostatnio dzieje się to i to, dzięki za dary i proszę o takie a takie błogosławieństwo, amen”), potem asystent-Murzyn puszcza z laptopa jakiś gospel z syntetyczną perkusją i basem (miejscami czuło jak muzyka do wolnego w remizie), potem czytanie biblijnych fragmentów na dzisiaj (na krzesłach były zawczasu porozkładane biblie) i kazanie. Przeważnie w formie motywacyjnej przemowy połączonej ze stand-upem i kaznodziejstwem. Nie raz i nie dwa zdarzyło się, że ludzie gnili tam jak pojebani. Wyobrażacie sobie coś takiego w polskim kościele? Kurwa, kto wie, czy gdybym się urodził w USA, nie byłbym szczęśliwym i ułożonym chrześcijaninem po dziś dzień. A przynajmniej niewierzącym praktykującym, bo to poczucie wspólnoty odarte z tego zjebanego centralizmu i polityki jest naprawdę świetne – o ile nie trafisz na jakichś chorych, sekciarskich pojebów, bo chrześcijaństwo w USA jest bardzo demokratyczne. Po kazaniu jeszcze jedna piosenka. Potem komunia. Spytałem kapelana, czy nie pójdę do piekła, jak tak teges bez spowiedzi. „Nie w mojej tradycji!” – odparł z uśmiechem. Wywodził się z denominacji, która nazywała się „non-denominational”, czyli ruchu, który chciał wznieść się ponad podziały w protestantyzmie i po prostu dać ludziom powierzyć bez kłócenia się, czy jebać tych, którzy polewają dzieci wodą, czy jebać tych, którzy zanurzają się w basenie jako dorośli, ale wyszło jak zwykle i sam stał się odłamem. A komunia nie dość, że pod obiema postaciami, to jeszcze podawana do łapy. Polscy klechowie dostaliby palpitacji. Każdy dostawał mały, zafoliowany komunikant i równie mały, plastikowy kieliszek. W mundurze się nie pije, i to jeden z tych zakazów, których się trzymali raczej ściśle, więc zamiast wina był sok winogronowy. Ale walenie krwi Chrystusa jak wódki najlepsze xD

I tyle z historii. Zdziwieni, że dzisiaj nie ma żadnej inby ani puenty? Trudno, ale kapelan był na tyle obecną w moim życiu w bazie i pozytywną postacią, że poczułem potrzebę go tu upamiętnić. Z ciekawostek dodam jeszcze, że kiedyś przedstawił mi swojego szefa – nie wiem, jak to się stało, ale nasz kapelan był kapitanem, a jego szef pierwszym sierżantem.

 No.331

>>330
gib mor, świetnie piszesz anon

 No.332

>>330
zajebiście ciekawe, dawaj dalej

 No.335

File: 616e5ecac3668.vichan.jpg (69,38 KB, 512x342, 6a karetka.jpg) ImgOps Exif Google

Dobra, ostatnio nie było inby, więc teraz dla równowagi macie z nawiązką xD

Jeżdżenie po szpitalach było chyba najczęstszą rzeczą, do jakiej mnie tam brali. Wypadki zdarzały się tam dosłownie cały czas, chociaż chorób też nie brakowało. Po imprezie na święto niepodlegości byłem też parę razy na badaniach ciążowych, które skończyły na tym, że do kliniki aborcyjnej w Niemczech odjechały dwie czy trzy ciężarówki.

Moja pierwsza styczność ze stacją medyków miała miejsce gdzieś drugiego tygodnia. Już myślałem, że widziałem w miarę wszystko, co musiałem, ale, jak się okazało, nie widziałem nawet połowy. Była kolacja, jadłem sobie pieniężnego burgera – w ogóle potrafili tam czasami rzucać tak zajebiste rzeczy, że aż żal było wracać do domu – i już myślałem, że dzień odkurwiony, ale takiego wała. Podbiegł do mnie jeden z sanitariuszy, kazał wezwać karetkę i zapierdalać do ich baraku, bo jakaś locha miała napad alergii i wymagała przewiezienia do szpitala. Skończyłem żreć w biegu. Zadzwoniłem i wszedłem do środka, żeby zebrać trochę informacji. A tam widok jak z horroru: ktoś tam z jakiegoś powodu zdycha na leżance, inny wyrzyguje jelita do wiadra i postękuje, a wszystkiemu akompaniuje żołnierka-alergiczka, na zmianę hiperwentylując, jakby walczyła o każdy oddech, i jęcząc jak w najwyższej jakości pornolu. Tylko, kurwa, egzorcysty brakowało. Dowiedziałem się, czego trzeba, przekazałem info ratownikom z karetki, i wyszedłem zajarać, wypatrując pojazdu. Egzorcysta się nie pojawił, ale było blisko – podszedł za to kapelan. Okazało się, że rzygający koleś to pośrednio jego sprawka – akurat jakaś firma produkująca przejebanie ostre sosy postanowiła zrobić armii prezent i przekazali organizacji od darów parę paczek swojego najmocniejszego produktu. Jedna z nich trafiła do nas. Kapelan rozdał wszystko po bazie żołnierzom, którzy mieli najlepsze wyniki ze sprawnościowego, czy coś w tym guście, i jeden z nich założył się ze swoim battle buddym (taki wojskowy system przydzielania każdemu żołnierzowi kumpla z urzędu, efekty wyglądały zaskakująco zdrowo), że wyjebie całą butlę na hejnał xD

Karetka w końcu przyjechała – trzeba przyznać, że spisali się na medal, bo byli parę minut wcześniej niż zapowiadali, zapierdalając na bombach po bocznych, wiejskich drogach – ale po raz pierwszy miałem nieprzyjemność zderzyć się z przepisami polskiej służby zdrowia. W armii USA jest zasada, że nikogo do szpitala nie puszcza się bez drugiego żołnierza; w karetce spokojnie stykało miejsca, żebym oprócz pacjentki, kierowcy i ratowniczki wlazł tam ja i koleś z paramedyków, ale nie. Co zrobić, przepisy tak stanowią. Zaczęła się nerwowa wymiana zdań. Co dziwne, chociaż na co dzień podobno daję ludziom nerwowy vibe, wtedy włączył mi się jakiś ekstremalny chłód, który pozwolił mi zachować spokój przez całą eskapadę.
- Panie tłumacz, pan tu jeszcze se usiądziesz i zapniesz pasy, ale ten drugi zostaje na zewnątrz.
- Hey, man, he’s saying you can’t ride onboard with us.
- Tell him FUCK NO!
- Kolega mówi, że nie ma mowy.
Parę takich przerzutów później udało nam się ich przekonać do nagięcia reguł, ale to chyba był jedyny raz. Jechanie karetką na sygnale niebędąc ani ratownikiem, ani pacjentem, było nawet fajnym doświadczeniem – był tylko jeden szkopuł, bo obok leżała żołnierka obcego państwa, która mogła zdechnąć z powodu źle przetłumaczonego słowa albo momentu mojej nieuwagi xD Na miejscu nikt się nie pierdolił w tańcu, wjechaliśmy tym takim wjazdem dla karetek, wlepili jej od razu czerwony triage i sru na salę. Dali jej jakieś leki i udało się ją ustabilizować, ale wszystko wyglądało i brzmiało w chuj groźnie. Za nami jechało samochodem jeszcze dwóch innych kolesi, którzy nas mieli docelowo zgarnąć, więc oni pełnili wartę w poczekalni, a my ogarnęliśmy kwitologię i poszliśmy wypalić na dwóch zasłużoną paczkę szlugów. W końcu ogarnęli szeregową na tyle, żeby była w stanie poruszać się w miarę o własnych siłach, więc nas zawołali, żebyśmy zrobili z nią parę rund wzdłuż korytarza. Była jednak za słaba, żeby bezpiecznie wracać do bazy, więc zostawiliśmy ją tam na noc. Zmordowani i oklapnięci wzięliśmy na stacji jakieś gównokanapki, ojebaliśmy, jakby to była wigilijna kolacja, i zawinęliśmy do siebie.

 No.336

File: 616e5eea28246.vichan.jpg (469,38 KB, 1377x928, 6b radiowóz.jpg) ImgOps Exif Google

I następnego dnia znowu musiałem się dupnąć do szpitala xD Była prawie pora spania, więc poszedłem pod prysznic, przebrałem się w piżamę i udałem się w stronę mojej blaszanej budy. Ale chaos dnia nie miał wyjścia i musiał się przepisowo wydarzyć. Podbiła do mnie dwójka poruczników z piechoty i poprosili, żebym zadzwonił na szpitalną recepcję, bo podobno pogotowie przywiozło ich żołnierza. Spytałem ich o nazwisko, żeby było wiadomo, kogo szukać – okazało się, że chodziło o jednego z tych szeregowców, z którymi często paliłem szlugi przy stoliku. Zadzwoniłem i spytałem, ale oczywiście chuja się dowiedziałem, bo RODO. Zacząłem grzecznie indagować babkę, żeby chociaż podała jakieś poszlaki, a ona, że hurr durr, nic nie wie, tylko żebyśmy przyjechali, bo tam jest policja xD Poszliśmy na parking dla pojazdów cywilnych, ale zanim wsiedliśmy do auta i odjechaliśmy, trzeba było obowiązkowo je sprawdzić. Jak ja kurwa nienawidziłem tej procedury. W sensie, wiadomo, że coś się dzieje i trzeba gdzieś jechać, ale wozy z wypożyczalni, więc kierowca pobierał z baraku biurowego specjalny formularz i sprawdzał cały pojazd od opon po jebane kurwa wycieraczki. Jak ziomek miał wprawę, schodziło może z pół godziny. Ale ty, tłumaczu, zapierdalaj na złamanie karku. Pół biedy, że to nie było ograniczone do pracowników cywilnych i miałem z kim na to ponarzekać – jak to kiedyś skwitował jeden szeregowiec, „hurry up and wait”. Wytoczyliśmy się jakoś przed dziesiątą. Żeby zabić te pół godziny, młodszy porucznik zaczął zadawać mi pytania o kraj. W pewnym momencie rzucił:
- Ty, wiesz co, bo ostatnio z chłopakami piliśmy wódkę w restauracji i brat właściciela podszedł, żeby poczęstować nas kiszonymi. O co chodzi, to jakiś polski zwyczaj na przywitanie gości?
- Nie no, to on wam zagrychę przyniósł.
- Że co, proszę?
- No, zagrychę. To w Polsce jedna z najpopularniejszych przekąsek do chlania, obok śledzika i słonych paluszków.
- Co? Wy normalnie jecie żarcie, żeby zabić smak wódy?
I się wyjaśniło, dlaczego Amerykanie tak mało piją – u nich najwyraźniej się tylko przepija, przez co szybciej odpadają i łapią gorszego kaca. Przy okazji dowiedziałem się, że w jego stanie na festynach kiszone są raczej przekąską do grillowania xD

Wjechaliśmy na parking na pełnej kurwie. Żadne z nas nie było zadowolone, że musimy zapierdalać poza bazę, mimo że wolelibyśmy już kimać, i to jeszcze z powodu szeregowca, który odjebał coś na tyle głupiego, że go zgarnęły psy. Odbębniliśmy recepcję i weszliśmy dalej, do sali, gdzie trzymali przyszłego skazańca z wojskowego artykułu 15. Przywitał nas widok najebanego sierżanta w cywilu, wyzywającego swojego najebanego podkomendnego od pierdolonych kłamców, i dwóch zmieszanych krawężników. Spytaliśmy, co tam się odkurwia, a ci ostatni na to, że przechodnie znaleźli typa najebanego, jak się tarzał po trawie, drąc się że go chcą zabić ruscy i szwaby xD Ktoś zadzwonił po pogotowie, bo wyglądał, jakby się czegoś naćpał, oni go zgarnęli do szpitala na badania, i był nawet kooperatywny, dopóki ratownik nie próbował mu zrobić wkłucia, żeby pobrać krew do badania. W tym momencie szeregowiec znowu się odpalił ze swoimi fobiami i zajebał mu w ryj. Jako, że ratownik medyczny jest objęty ochroną dla funkcjonariuszy publicznych, było to bagietowalne z urzędu, więc zamknęli go na klucz i zadzwonili po kogo trzeba. Porucznicy przeprosili za kłopot i go zawinęli. Ogólnie miał na bazie przejebane, bo przez tę inbę cały batalion dostał 3 tygodnie szlabanu na wychodzenie, a potem jeszcze dojebali im limit 4 browary na łebka + obowiązkowo trzeźwy kapo ekipy pijących xD Po powrocie nie minęło pół godziny i znowu trzeba było wracać do szpitala, tym razem znowu z tą alergiczką co dzień wcześniej – pół biedy, że zadzwonili, jak jeszcze byłem w samochodzie, to chodziaż mnie mogli wykopać do szpitala. I drugi dzień z rzędu zakończony grubo po północy.

 No.339

Jak powszechnie wiadomo, rasa to w Ameryce jeden z najbardziej drażliwych tematów.

Więc teraz sobie kurwa wyobraźcie, jakie przechodziłem męki, kiedy od kilku lat śpiewałem embedrel pod prysznicem i nagle zrealizowałem, że muszę się natychmiast oduczyć xD Nie, żebym gardził kimkolwiek a priori za rasę, ale ta piosenka jest tak śmieszna i chwytliwa, że wydobywała się ze mnie sama. Na początku mojej pracy lokalni Murzyni wydawali się być generalnie zdystansowani i nieufni; miałem dla tego sporo zrozumienia, bo w końcu w poprzednich latach sporo naszych obywateli bardzo ciężko pracowało, żeby kraj miał reputację rasistowskiego, ksenofobicznego kurwidołu, w którym można stracić zęby za pochodzenie. Ale rasa to nie jedna osoba – żaden nie był dla mnie otwarcie niemiły, a jeden kiedyś nawet wepchnął mi 5 dolców napiwku, bo pomogłem jego żonie ogarnąć pizzę. Większość jednak nie trzymała się zbyt blisko białych.

Ja jednak czułem na bazie tak fajnie, że nierzadko wychodził ze mnie ekstrawertyk i jak widziałem jakąś nową twarz, sam podbijałem i zagadywałem, czy nie potrzebuje z czymś pomocy albo nie ma jakichś pytań na temat kraju czy języka. Tak było i tym razem – pod daszkiem do grilla siedział sobie nowy mokebe i czytał coś na telefonie, więc podszedłem upewnić się, że wszystko ma i wszystko wie.
- Siema, chyba cię wcześniej nie widziałem. Wszystko git? Pomóc ci z czymś? Może chcesz o coś zapytać?
- Właśnie byliśmy w lesie i naprawialiśmy hummera. Przejechało paru Polaków na rowerach i krzyknęli do nas „niggers”. Do the Polish hate black people?
Zbaraniałem, bo kompletnie się tego nie spodziewałem. Ani tego, że polaczki będą rzucać rasistowskimi wyzwiskami w umundurowanych żołnierzy sojusznika, ani tego, że usłyszę w tej bazie, jak ktoś wypowiada na głos słowo na „n”. Miałem zakaz rozmawiania o rasie, ale chuj. W wojsku zakazuje się wielu rzeczy.
- Dobra, chłopie, nie będę owijał w bawełnę też zgniłem, jak zrealizowałem, jak to się tłumaczy na polski, ale w oryginale powiedziałem, że „nie będę tego powlekał cukrem”, w sensie „I’m not going to sugarcoat it” xD – Polska ma problem z rasizmem, ale zwróć uwagę, jak to ująłem. To jest problem, i tak samo myśli wielu moich rodaków. Większość totalnie nic do was nie ma. Spójrz na to z tej strony: jak byś się czuł, gdyby na ulicy ludzie cały czas do ciebie podbijali, żeby ci powiedzieć, że lubią twoją rasę, albo że jest dla nich neutralna? No właśnie. Every village has its asshole. Zresztą, zobaczysz tutaj w bazie, ludzie ze stołówki i reszty personelu są spoko. Na zewnątrz generalnie też.
- Hy, jasne. To mówisz, że jesteś tutaj tłumaczem? Mój dowódca mówił, że jest was dwóch. Janusz zdążył już wyjechać
- O, obgadywał nas?
- No. Mówił, że jeden to mądrala.
- A drugi?
- Że jest wysoki.
Zgniłem na głos, bo Młody miał dwa metry xD
I jakoś nie kojarzę, żeby po tym dniu którykolwiek z Murzynów na bazie jeszcze kiedykolwiek był dla mnie zimny czy oschły. Ogólnie czarni to byli w większości spoko ziomki i nie odkurwiali po pijaku jak biali – jedyne dwie inby, jakie kojarzę, to to, że najebali jakiegoś sebę w klubie (chuj wie, o co poszło, ale strzelam, że się do nich przypierdalał), a druga, że jedna ekipa poszła cichaczem, wbrew zakazowi, do tego słynnego Cocomo, zostali wyruchani na hajs, potem zadzwonili do swojego banku w USA, a tamten się nie pierdolił w tańcu i anulował całą transakcję na 15 koła xD Z tych ostatnich też była niezła gromadka, tak się polubili z jednym z naszych nieoficjalnych kierowców z miasta, że aż zrobił dla nich specjalną playlistę do jechania na melanż i jeszcze dostał od nich oficjalny tytuł „honorary nigga”. W pewnym momencie lider ekipy brzydko sobie uszkodził nogę i musiał zapierdalać o kulach, więc od tamtej pory miał ksywę Doctor Octopus.

Z Latynosami też nie było problemów, ale ich na ulicach zaczepiali w chuj częściej, bo nagonka na ciapatych była jeszcze bardzo silna, więc co jakiś czas słyszałem o akcjach, że zaczepiały ich na ulicach seby wyklęte, wyzywając ich od arabusów i grożąc wpierdolem. Ale, jak się okazało, bardzo dobrym sposobem, żeby sobie z tym radzić, było przejście na hiszpański i powiedzenie czegoś stereotypowego, typu „hola, amigo, no comprendo”. Z ciekawostek dodam, że Latynosi chlali chyba najwięcej ze wszystkich grup etnicznych – pamiętam, jak trzeci raz trzeba było podjechać do szpitala z tą hiperwentylującą, i akurat mieli pod kroplówką jakiegoś kurdupla typu metr pięćdziesiąt w kapeluszu, który wydmuchał 6,1 xD

 No.340

File: 6173e43aa141f.vichan.jpg (56,05 KB, 577x569, złoto.jpg) ImgOps Exif Google

Zajebiście się to czyta opie, brzmi jak super robota którą pomimo niechęci do wszelkich służb mundurowych też bym chętnie wziął.
Wkręciłeś się po tym wojskowym epizodzie dalej w bycie tłumaczem na takiej zasadzie czy porabiasz coś zupełnie innego już?

 No.341

>>340
trzymaliby mnie tam z pocałowaniem ręki, ale jednak wolę zamulanie przed kąkuterkiem i klepanie zleceń, bo raz, że nie mam zdrowia na taki tryb życia na dłuższą metę, a dwa, że kurwa sugerowanie że bym siedział w warunkach polowych zimą i jeszcze jeździł na poligony xD już kurwa wystarczyło że miałem próbkę jak przypiździło na początku czerwca a ja musiałem spać na zewnątrz, pierdolę, nie płacili wystarczająco dobrze żeby się tak poświęcać
ale taki Młody już np. siedział tam co najmniej jeden pełny rok, tylko patrząc na jego trajektorę, tj. że miał już 2 z 3 możliwych ostrzeżeń + kręcił wały typu umawianie się z taryfiarzami na prowizje za naganianie Amerykanów o czym dowiedziałem się dopiero później, nie zdziwiłbym się, jakby go wyjebali do końca tego roku co byłem
w ogóle później jeszcze słyszałem od jednego Polaka z którym tam się kumplowałem że próbował przyciąć jedną panią major na kilka stów na jakiejś wycieczce, ta jakoś się o tym dowiedziała i jak się z nią próbował przywitać to mu kazała spierdalać, i przez tp chyba miał w końcu kosę z całą ekipą z aid station xD

koniec końców z tej roboty został mi bagaż fajnych wspomnień, trochę odłożonych dolanów na walutowym i zajebisty wpis w CV który otworzył mi sporo drzwi

 No.342

podbijam po nowe pieniężne historie

 No.343

>>341
szanuje

 No.345

File: 617d2c9a9a517.vichan.png (545,62 KB, 640x380, 8 zdjęcie poglądowe ilustr….png) ImgOps Google

Któregoś popołudnia zadzwoniła do mnie kapitan ogarniająca sprawy personelu cywilnego, Caitlin, i mówi, żebym zapierdalał na parking, jak stoję, bo jest przypał. Coś tak czułem, że dzień był za spokojny. Kiedy żołnierze US Army jadą gdzieś samochodem, reguła jest taka, że prowadzi ten niższy stopniem, a nawiguje starszy, pamiętacie? Ja wychwyciłem to bardzo szybko, więc kiedy się okazało, że mam jechać na dyplomację, i że pułkownik prowadzi auto osobiście, od razu wiedziałem, że będzie grubo xD

Pojechaliśmy na pobliską wioskę. Było widać, że coś się odkurwiło, bo na dzień dobry zobaczyliśmy gigantyczny tłum – z domów powychodzili chyba wszyscy miejscowi. Było czuć, że już po fajrancie, bo zionęło od nich tak, że gdyby tam odpalić szluga, wszystko wokół chyba poszłoby z dymem. Wysiedliśmy. Pułkownik wezwał swojego totumfackiego, żeby mu meldował. Mnie w międzyczasie zaczepił jakiś napruty, spasiony janusz.
- Hryyy, kto ty jesteś?
- Proszę pana, jestem tu tłumaczem.
- Hryyy? Co tłumaczem, skąd tłumaczem?
- Z uczelni. – pozwoliłem sobie na klasistowski prztyczek. Autochtoni byli w większości najebani i bynajmniej nie wyglądali pokojowo, ale ja się ich nie bałem – w szkole zawsze byłem zastraszoną pizdą, bo ani starzy, ani nauczyciele, ani koledzy nigdy mnie przed nikim nie bronili, więc cierpiałem wszystkie skutki chronicznego braku pleców, ale tutaj chyba po raz pierwszy w życiu poczułem, jak to jest, kiedy masz przy sobie kogoś, na kogo możesz nieironicznie liczyć. Wsioki mieli co prawda przewagę liczebną, ale naszych było dostatecznie wielu, żeby w razie czego sobie z nimi poradzić. Nie przeszkadzało też, że należeli do najpotężniejszej armii świata, a w razie czego można było bardzo szybko ściągnąć z bazy kilka razy tylu.
- Ej, Anon, spokojnie, nie jesteś tutaj od tego, żeby rozwiązywać konflikt solo – odezwał się zaniepokojony pułkownik.
- Spoko, panie pułkowniku, nie próbuję, on chciał coś ode mnie osobiście.
W środku kręgu, osaczeni, stali sprawcy całego zamieszania – dwóch czarnych, jeden chinol i jedna niewysoka Latynoska. W polu na prawo stała zablokowana jebutna wojskowa ciężarówka z dwoma hummerami na pace. Okazało się, że przegapili zakręt na bazę, wjechali na wiochę i próbowali jakoś zawrócić – spróbowali zrobić U-turn przez łąkę, ale to nie była trawa, tylko owies, i nasi rozpierdolili jednemu wsiurowi kawał uprawy xD

Pułkownik poprosił, żeby podszedł do nas właściciel. Podbił jakiś chłopaczek gdzieś na kontinuum między sebą a januszem. Na pewno kojarzycie ten fenotyp z filmików o patusach ze wsi – tłusta sylwetka, spłaszczony, słowiański łeb, a do tego bijące z nalanej, naznaczonej starannie pielęgnowanym przez matkę FASem facjaty IQ o wartości zbliżonej do temperatury pokojowej. Obrazek kompletował wypłowiały podkoszulek i krótko ścięte włosy typu tleniony blond.
- Kurwa, moje pole!
- Spokojnie, proszę pana, jesteśmy tu po to, żeby to wyjaśnić i rozwiązać.
- Co wyjaśnić, co rozwiązać, kurwa, moje pole!
- Proszę pana, niech pan się nie denerwuje, Armia ma na takie okazje specjalny fundusz. Na ile pan by wycenił straty?
- Tysiąc złotych! Ale to już trzeci raz jak mi tak jeżdżą! I nic nie dostałem!
- Jak to? Przecież my nigdy nie wstrzymujemy hajsu, jak coś zniszczymy. Jak zaopiniowali panu papiery w sądzie?
- Jakie papiery?
- No, ten formularz, co dajemy przy takich okazjach.
- Ale jaki formularz, jakim sądzie! Przecież z wojskiem się nie wygra!
Łapiecie? Ten ćwok nie skumał, że żeby mógł dostać swoje odszkodowanie, najpierw ktoś musi je zasądzić, więc trzeba wnieść pozew, żeby fundusz Armii miał jakąkolwiek podkładkę do wypłaty, i przez to przeszły mu koło nosa dwie kwoty xD Zażądał, żebyśmy wezwali radiowóz. To wezwałem. W tym momencie do rozmowy dołączył się jeszcze jego podpity ojciec:
- Kurwa, jego pole!
- Spokojnie, proszę pana, właśnie mu tłumaczymy, co zrobić, żeby dostać odszkodowanie.
- Hurr! Trzeci raz kurwa! Durr, papierowych map używać, nie się w zaruchane giepeesy bawić!
- Ma pan dzieci? – rzucił ni z gruchy, ni z pietruchy pułkownik.
- No, mam, oprócz syna dwójkę małych, a co?
- A widzieli kiedyś z bliska czołg? Patrz pan, ja też mam w domu dwójkę.
Pierdolony magik dyplomata, w 5 minut i to jeszcze za pośrednictwem tłumacza tak go sobie owinął wokół palca, że zanim się obejrzałem, wyciągali telefony i sobie pokazywali swoje gówniaki xD W międzyczasie przyjechał wóz na sygnale. Ale nie wezwany radiowóz, tylko żandarmeria – byli z sołtysową oglądać następny rozjechany krzyż i jechali do kolejnego xD, ale akurat przejeżdżali i zobaczyli, że jest zbiegowisko, więc podbili. Mimo naszych starań atmosfera dalej jednak gęstniała i zdawała się iść w stronę linczu. Na dokładkę z domu właściciela wytoczył się jeszcze jego dziadek, bardziej napruty niż tamci dwaj razem wzięci, w rozpiętej koszuli i jeszcze bez buta.
- Kurwa, jego pole! Łazęgi, kurwa!
Potem zaczął się przypierdalać do mnie, ale całe szczęście w tamtym momencie na miejsce dojechała już trzecia służba mundurowa, czyli policja. Podbił do mnie krawężnik, więc zrelacjonowałem mu całą inbę. Błękit kogutów podziałał na wszystkich uspokajająco – wszystkich, tylko nie dziadka.
- Hryyy! Łazęgi, kurwa! Trzeci raz niszczo! I nie płaco!
- Proszę pana, po pierwsze, z ludźmi się rozmawia grzeczniej i na trzeźwo, a po drugie, już panu tłumaczyłem dwa razy jak krowie na rowie, jaka jest procedura. Trzeba wypełnić formularz i wysłać pismo do sądu. - powiedział zniecierpliwiony mundurowy.
- Hryyy! Z wojskiem nie wygra!
Psy w końcu spisały notatkę i wspólnie z żetonami i wkurwioną sołtysową dopilnowali, żeby pijane wsiury dały nam spokojnie wyjechać. To był chyba najbardziej relaksujący szlug mojego życia.

Potem jeszcze gadałem losowo z częścią tamtej ekipy z ciężarówek. Nikt ich nawet potem nie wezwał, zero przypału. Przy okazji dowiedziałem się, że ta mała latynoska miała tylko wojskowe prawo jazdy, ale cywilnego już nie. Innymi słowy, jakby wsiadła do osobówki i pojechała do spożywczaka, to przypał, ale napierdalać kilkudziesięciotonowym czołgiem już spoko xD

 No.357

File: 618621b7296de.vichan.jpg (9,44 KB, 291x173, 9 tak to mniej więcej wygl….jpg) ImgOps Exif Google

Zdarzyło się raz, że ciepnęli mnie z piechotą na gościnne występy do innej bazy. Kazali się spakować na tydzień i zwlec się przed świtem. Na początku kurwiłem, ale szybko przestałem, jak zobaczyłem, czym i jak będziemy jechać na miejsce. Trochę pizgało, ale kurwa, nie mów mi, że wiesz, co to jest zajebista podróż, dopóki nie pognasz o piątej nad ranem po autostradzie na pace wojskowej ciężarówy, słuchając napierdalającego z przenośnego głośnika jednego z szeregowców pieniężnego gangsta rapu i popijając zrobioną w przenośnym podgrzewaczu kawiurkę od sypiącego kawałami i losowymi ciekawostkami sierżanta. Siedziałem prawie na brzegu pojazdu, więc dla bezpieczeństwa usiadł po lewej, żebym nie wypadł. Przynajmniej jako pierwszy. Polubiłem się z typem bardzo – podobnie jak ja był psychofanem SOADu, chyba miał ADHD a może pił za dużo kawy z podgrzewacza i zawsze miał coś ciekawego do powiedzenia. Miał jedyne nazwisko w bazie, którego pochodzenia kompletnie nie umiałem przyszpilić, i, jak to bywa ze słowami, których pochodzenia nikt nie umie ustalić, okazało się, że węgierskie xD A do tego był z niego niezły dziadziuś.

Dojechaliśmy jakoś o siódmej z groszami. Gdy zsiedliśmy, ciężarówa pojechała zgarnąć trochę stuffu z Akademii Sztuk Pięknych – w sensie, z ASP, czyli po amerykańsku Ammo Storage Point. Powitał nas miejscowy sierżant major.
- No elo mordy. Moje zasady są takie a ruchakie, blablabla, i nie bądź tym chujem, który zabiera ostatnią zgrzewkę wody. Pytania? Nie widzę. To my was zostawiamy, numery baraków macie w briefie.
Porucznik, Cody, miał do pogadania z miejscowym chorążym, żeby ogarnąć sprawy poligonowe, więc poszliśmy szukać umówionego miejsca. Trochę się trzeba było nałazić, to umililiśmy sobie czas rozmową.
- Ty, jak to jest z religią w Polsce? Jakie macie największe wyznanie?
- No, generalnie to rzymski katolicyzm. 90+% ochrczonych, i pewnie podobnie bierzmowanych, ale regularnie chadza spokojnie mniej niż 50%. U was to raczej masa mniejszych kościołów protestanckich, nie?
- No. Ja na przykład jestem z Baptystów.
- Baptyści…? As in, „Westboro Baptist Church”?
- Nie, nie, zdecydowanie nie. To są chore pojeby, nie mamy z nimi nic wspólnego poza członem nazwy. U nas generalnie chodzi o to, że nie chrzci się niemowląt, tylko świadomie wierzących dorosłych.
- Łapię. Z którego stanu ty w ogóle jesteś?
- Idaho.
- A! Stan ziemniaków?
Podgnił z uwagi, bo, jak się okazuje, ilekroć mówi, skąd jest, wszyscy mają dokładnie to samo skojarzenie – ten stan jest znany z tego, że jest znany z ziemniaków i generalnie niczego więcej xD

Po południu nasze ziomki z piechoty miały ustawione ćwiczenia, więc poszliśmy szybko ojebać obiad na stołówce. Niestety, nie była zorganizowana nawet w połowie tak dobrze jak ta u nas w ogóle później podsłuchałem kucharki, jak mówiły, że nasza była najlepsza w regionie, i ciężko się było nie zgodzić i była w chuj ciasna. I nawet, chuje, nie mieli stolika z przekąskami na wynos. Te ostatnie były dla tłumaczy kluczowe, bo nasza robota potrafiła być bardzo nieprzewidywalna – szybko nauczyłem się, żeby mieć zawsze pod ręką spakowany plecaczek z dwoma zestawami bielizny na zmianę i równowartością kilku posiłków w słodyczach ze stołówki. W pewnym momencie zacząłem po prostu brać po kolacji całe bochenki stołówkowego chleba, bo ekipa DFACu i tak musiałaby go wyjebać, a potrafił się nie psuć przez kilka tygodni xD Do tego zawsze miałem kilkanaście zestawów PB&J, bo normalnie dawali je w takich połączonych saszetkach – najlepsze były te z dżemem jabłkowym.

Na poligonie nie pomogło nawet te kilka kaw – po odbębnieniu wszystkich formalności miałem siłę tylko zaprzeć łeb na stoliku i zgonować. Kilka godzin później ćwiczenia się skończyły, więc podbiłem do szeregowców zapalić szluga i pogadać. Ale przerwał nam okrzyk innego sierżanta. Nie ogarnąłem, co się dzieje. „Pompki” – rzucił tylko krótko mój rozmówca, po czym ustawił się w szeregu i zaczął pompować.
- Dobra, pajace, słuchać mnie uważnie. – zaczął kapitan kompanii.
- Przysiady! – wydarł się sierżant, zmieniając ćwiczenie, żeby szeregowcom nie było za łatwo.
- Po pierwsze, sprawdziliśmy teren i któremuś debilowi wypadł jeden nabój.
- Pompki tyłem!
- Wiecie, co można zrobić z nabojem? Patrząc na wasze wyniki, to chyba nie.
- Brzuszki!
- Można nim trafić w cel. Albo zgubić i spowodować pożar. Albo znaleźć i wypalić w łeb temu, co zgubił.
- Deska!
- A poza tym, ktokolwiek rozlał mleko czekoladowe na moją torbę, chuj ci w dupę. Baczność! Spocznij!
I bach, nagle przednia część poligonu zamieniła się w dymiący szlugami i wypełniony śmiechem piknik z emerek. Jak mi później wytłumaczyli, na opisaną wyżej formę kary fachowo mówi się smoke session. Teoretycznie smoking jako rodzaj kary jest w US Army od dłuższego czasu zakazany, ale chuj. W wojsku zakazuje się wielu rzeczy. Widziałem to nie raz i nie dwa, i wcześniej, i później. Raz np. przechadzałem się po bazie (tej „domowej”) i zobaczyłem, że znajomy sierżant jebie jak burą sukę jakąś szeregową, więc krzyknąłem „siema” i pomachałem, żeby odwrócić jego uwagę i jej ulżyć – odmachał serdecznie i odkrzyknął „siema”, a sekundę później, jak gdyby nigdy nic, znowu piłował mordę na szeregową xD

Wróciliśmy jakoś po porze kolacji, więc nasi oficerowie postanowili zamówić nam pizzę. Okazało się, że paru „miejscowych” żołnierz wypadło na ten sam pomysł, i skończyło się na tym, że chyba z godzinę pomagałem różnym dostawcom ogarnąć, kto co zamówił. W międzyczasie dowiedziałem się, że gdyby nie to, że w regionie jest tylu Amerykańców, to miejscowe biznesy by poplajtowały jeden za drugim, a tak to mają tam eldorado, bo w końcu ktoś ze swoim hajsem jest w stanie zastąpić wyjeżdżających miejscowych. Po pizzy przyszła pora się urządzić w baraku. Wszystkie były zrobione z wagonów pamiętających wojnę, więc klimat był. Lubię prywatność, więc zbudowałem sobie masturbatorium – jeśli siedzi z nami jakiś anon żołnierz, na pewno wie, o czym mówię xD Nieobeznanym tłumaczę – chodzi o to, że jak jesteś na dolnym pokładzie piętrowego wyra, to bierzesz jakieś koce czy prześcieradła, a następnie zwieszasz je z górnego, ze wszystkich odsłoniętych stron, tak, żeby można było bez przypału obalić komunę. Albo po prostu żeby było comfy do czytania. Mnie jakość wyra jakoś specjalnie nie przeszkadzała, ale Cody miał na swoje nieco inny ogląd – było mu tam tak niewygodnie, że po prostu wziął śpiwór i uciął sobie drzemkę pod gołym niebem. Do mojej pory spania jeszcze trochę zostało, więc poszedłem pozwiedzać z szeregowcami i sierżantem-Węgrem. Baza w sumie była estetyczniejsza od naszej, i nawet mieli wystawiony stary skład kolejowy. Podobno nawiedzony. Zamknięty na cztery spusty, ale jakimś cudem komuś się tam udało wrzucić kilka puszek po browarach. Atrakcji turystycznych wiele nie było, więc wróciliśmy, zrobiliśmy sobie coś ciepłego do picia i zasiedliśmy do rozkmin nad szlugiem. Cody dalej kimał w śpiworze pod barakiem.
- Ej, kurde, on teraz wygląda jak menel – rzuciłem.
Zobaczyłem w oku sierżanta szatański błysk. Jak wspominałem, był z niego kawał dziadziusia – wyciągnął ćwierćdolarówkę i wrzucił mu do buta. Chichraliśmy się wszyscy jak gówniaki, starając się go nie obudzić xD W końcu przyszedł czas się umyć, więc polazłem pod prysznic. Kiedy wróciłem, zastałem w baraku Cody’ego z jakimś starszym sierżantem, którego nie kojarzyłem. Rozkminiali ćwiczenia na następny dzień. Nie chciałem przeszkadzać ani dowiedzieć się za dużo, żeby w razie czego ruscy nie byli w stanie tego ze mnie wydusić, więc wyszedłem jeszcze zajarać i pogadać. W końcu jednak zrobiła się pora, że trzeba było definitywnie do wyra, więc wszedłem. Panowie też się szykowali do spania. Cody zdjął buta. Moneta wypadła.
- Co jest, kurde…? Skąd tu się wzięła ćwierćdolarówka? Przecież ja nawet monet przy sobie nie noszę.
- Ty, może w tych barakach rzeczywiście straszy? – odpowiedziałem, starając się nie wybuchnąć śmiechem.
W pewnym momencie usłyszałem jakiś dziwny odgłos. Zaraz po tym sierżant powiedział:
- Barking spiders.
Nie zajarzyłem, o co chodzi, więc spytałem. Cody odpowiedział, że u nich w wojsku tak się mówi, kiedy ktoś się spierdzi.

Musiałem schować ryj w poduszkę, bo z pół godziny nie mogłem przestać z tego gnić xD

 No.363

>>357
Nie załapałem do końca, co to jest ten smoking session. Wyczerpujące ćwiczenia fizyczne?

A pasta pieniądz jak zwykle

 No.364

>>363
w sensie jak żołnierz coś zjebie albo zawini to robi mu się wyczerpujące ćwiczenia drąc na niego mordę
pierwszy raz widziałem coś podobnego prawie na samym początku, jakimś pięciu typa z kompanii inżynierów najpierw kazali stać na baczność pod namiotem przez kilkanaście minut, a potem właśnie ich tak przeczołgali, to było za przemycenie wódy
swoją drogą późnym wieczorem tego dnia była właśnie ta scenka z dwoma sierżantami, Raùlem i jakimś bambo z którym chyba wcześniej paliłem szluga, jak mnie nachlali xD



[Powrót][Do góry] [Catalog] [Post a Reply]
Usuń post [ ]
[ * ] [ 3 / b / cp / r+oc / waifu / wiz ] [ btc / c / c++ / fso / h / kib / ku / lsd / psl / sci / trv / vg ] [ a / ac / fr / hk / lit / mu / tv / x ] [ med / pr / pro / psy / sex / soc / sr / fa ] [ chan / meta / rcp ] [ szukaj ] [ Chan Wiki ]