[ * ] [ 3 / b / cp / r+oc / waifu / wiz ] [ btc / c / c++ / fso / h / kib / ku / lsd / psl / sci / trv / vg ] [ a / ac / fr / hk / lit / mu / tv / x ] [ med / pr / pro / psy / sex / soc / sr / fa ] [ chan / meta / rcp ] [ szukaj ] [ Chan Wiki ]

/cp/ - Chłodne Pasty

Nazwa
E-mail
Temat
Komentarz
Plik
Osadź
Hasło (do usuwania postów)

Regulamin | TOR | IRC | CyTube | Komturcode | Online: | Aktywne fredy: | Aktywne boardy:

File: 60d2aa67bd8de.vichan.jpg (10,46 KB, 390x260, 1_1 dzielny tata.jpg) ImgOps Exif Google

 No.226

Drogi skurwysynie,

Bo ciężko nazwać inaczej człowieka, który najpierw daje ci życie, a potem celowo ci je uprzykrza i upośledza – oby twoje hemoroidy płonęły, aż zdechniesz na raka.

Wiesz, ostatnio nawet, widząc jakieś tam niemrawe wyciąganie ręki z twojej strony, próbowałem cię polubić – niestety, jak zwykle swoją impertynencją i agresją spierdoliłeś sprawę, pokazując swoje prawdziwe kolory, jak tylko okazałem ci odrobinę sympatii. I wiesz, co? Chuj ci w dupę. Jeśli chciałeś, żebym polubił twoje towarzystwo, czy nawet ciebie samego, miałeś ku temu dostatecznie dużo okazji w okresie, kiedy swoją przemocą i zjebaniem miałeś jeszcze okazję nie spierdolić mi psychiki i, w przedłużeniu, życia. Bo to ostatnie już nigdy normalne nie będzie.

Od kiedy tylko pamiętam, traktowałeś mnie, jakbyś mnie nienawidził za sam fakt istnienia. A może za to, że urodziłem się dokładnie dziewięć miesięcy po tym, jak po raz pierwszy zamoczyłeś w noc poślubną, i nie dałem ci się nacieszyć małżeństwem? A może za to, że, chociaż nic o tym nie wiem, jestem bękartem ze zdrady, którą odkryłeś? Pamiętam, jak miałem pięć lat i, jadąc z wami samochodem, zarzygałem sobie spodnie przez chorobę lokomocyjną. Zatrzymaliście się przy bazarze i kupiliście mi ad hoc jakieś dresy. Wziąłeś te zarzygane. Poskładałeś w kostkę, jakbyś musiał je zaraz na gwałt wcisnąć do szafy. Ale nie włożyłeś ich do siatki, nie odpaliłeś samochodu i nie pojechałeś dalej. Zamiast tego cisnąłeś je na ziemię. „Masz, tak to się robi, teraz ty” – wycedziłeś z furią. Co to miało, kurwa, być? O, albo jak miałem siedem lat i byłem z matką na hulajnodze. W domu zorientowaliśmy się, że wypadła z niej jedna śrubka. Nie sięgnąłeś jednak po słoik z normaliami, żebym sobie znalazł zamiennik – zamiast tego kazałeś nam iść z powrotem, żebym odtworzył całą trasę i znalazł zgubiony element. Jedną pierdoloną śrubkę, którą równie dobrze mogłem zamienić na nową. Wtedy domyślałem się, że robisz to, żeby mnie czegoś nauczyć. Tylko, tak się zastanawiam, czego? „Nie miej problemów, bo, zamiast ci pomóc, narobię ci dodatkowych”? Super nauka, kurwa mać. O chuj ci, człowieku, chodzi?

W mojej podstawówce, jak w większości polskich szkół w tamtym okresie, obowiązywało prawo dżungli. Ale ja wcale nie musiałem mu podlegać. Wystarczyło, żebyś, gdy wołała o to sytuacja, jak każdy przyzwoity rodzic bronił swojego dziecka, zamiast wmawiać mu winę za każdą sytuację konfliktową, w jakiej się znalazło, i uprawiać absurdalne ilości mentalnej gimnastyki, żeby tylko za każdym razem uwierzyć w najbardziej niekorzystny dla niego wariant. Nigdy nawet nie spytałeś mnie, jaka jest moja wersja wydarzeń – zawsze wolałeś uwierzyć oskarżającemu mnie rodzicowi albo nauczycwelce. Bardzo szybko nauczyłem się, że nie należy się nikomu stawiać ani jakkolwiek walczyć o swoje, bo jak zobaczy to jakaś nauczycwelka, dowiesz się o tym najpóźniej do zebrania, a ja będę miał jeszcze większe problemy. Innymi słowy, nauczyłem się bezradności. Wyuczona bezradność. Jak to, kurwa, brzmi? Wspaniała pozycja na liście rzeczy, których może nauczyć syna ojciec, nie ma co. Jaka tam inkulturacja. Jakie tam życiowe protipy. Jaka tam ojcowska rozmowa na rybach albo grzybach, w której wyjaśniłbyś mi, jak działają ludzie – jak dilować z innymi, co to jest dominacja w stadzie i dlaczego hierarchia w tymże jest tak ważna, czy jak działa płeć przeciwna. Że wielu ludzi, działając w interesie swoim i swoich bliskich, postępuje nieuczciwie, więc nie należy ich traktować jak równych, tylko adekwatnie. Że ludzie blefują, zwodzą, i kłamią, a do tego – niezależnie od tego, czy w społeczeństwie należą do grypsujących, czy do frajerów – komunikują właściwy przekaz poza warstwą dosłowną. Przez to, że traktowałeś mnie jak śmiecia, ale wszyscy dookoła powtarzali, że mam cię szanować, bo na pewno mnie kochasz i robisz to dla mojego dobra, jeszcze przez długi czas miałem cholerny problem z przyjmowaniem do wiadomości tego, co było widać gołym okiem. Kiedy ktoś bliski traktował mnie źle, zawsze miałem odruch tłumaczenia sobie tego czynnikami zewnętrznymi – a to ma zły humor, bo stało się coś nieprzyjemnego, a to sobie coś ujebał na mój temat, a to ktoś mu coś o mnie powiedział i w to uwierzył. Ilekroć ktoś był dla mnie niemiły, szukałem dla niego jakiegoś wyższego usprawiedliwienia, a prawda nierzadko była tuż przed nosem: ta osoba jest skurwysynem i należy reagować z proporcjonalną do jego zachowania stanowczością, bo inaczej uzna moją wyrozumiałość za wymuszony strachem akt nienależytej deferencji. Tak samo z oczywistymi dla każdego normalnego człowieka zniewagami przekazywanymi w subtekście, za pomocą odpowiedniego słownictwa, niedomówień i zachowań. Nigdy nie nauczyłeś mnie funkcjonować w tej ogólnospołecznej, schowanej za draperią dopuszczalnej zaprzeczalności grze pozorów. Z drugiej strony, ilekroć mówiłem coś, co nie pasowało do twoich sztywnych jak zwłoki norm tego, co dopuszczalne w interakcji międzyludzkiej – albo po prostu mówiłem coś, czego nie rozumiałeś – czułeś się osobiście znieważony i reagowałeś agresją. Kiedy już się od was wyprowadziłem i w końcu moje poznanie świata i ludzi nie było skrępowane przez wasze zjebanie i ograniczenia, doszedłem do bardzo smutnego wniosku: to nie tak, że w tej maskaradzie biorą udział wszyscy. Ten teatr został stworzony właśnie dla takich ułomów, jak wy. Zamiast wytłumaczyć mi i pokazać, jak odgrywać role, wolałeś uczyć mnie, że jak mi plują w oczy, to mam myśleć, że deszcz pada. Debil, czy długofalowy sadysta, lubujący się w obserwowaniu, jak jego syn coraz bardziej odstaje i traci szacunek rówieśników? Dlaczego, mimo tego, że tak chętnie stosowałeś wobec mnie przemoc, zawsze zabraniałeś mi się bić, pierdoląc coś o umiejętności negocjacji, zamiast, nie wiem, powiedzieć mi wprost, że jak ktoś mi dokucza, to trzeba zrobić, żeby pożałował? Albo, odwrotnie, kiedy coś w moim zachowaniu ci nie pasowało, od razu podnosiłeś rękę, zamiast powiedzieć, czego i dlaczego mam nie robić? Inne gówniaki w otoczeniu może i nie były chowane przez orły intelektu – w końcu dzielnica, w której miałem pecha dorastać, była jednym z największych skupisk patologii i wieśniactwa w całym mieście – ale przynajmniej miały od kogo się uczyć interakcji z ludźmi. I wielu innych rzeczy, które ty najwyraźniej miałeś w dupie. Może też nie znały odpowiadającej temu zjawisku terminologii, ale bardzo szybko skumały, że mogą mnie atakować do woli, bo się nie będę bronił. I jeszcze dla beki zmawiały się, żeby na mnie kablować wychowawczyni i wrabiać mnie w plucie na korytarzu, opowiadanie sprośnych kawałów czy wyklinanie im starych. Kurwa mać, w pewnym momencie doszło do takiego punktu, że nawet dwa lata młodszy bachor pozwolił sobie na wrzucenie mi do kaptura nadgryzionej kanapki, bo wszyscy wiedzieli, że z nic z tym nie zrobię. Bo jestem pizdą, bo z jakiegoś powodu nie chcę czy nie potrafię, bo nikt nie zaczai się po szkole i nie nastraszy, że jak jeszcze raz mi dokuczą, to je wywiezie do lasu.

W szkole, poza jedną współofiarą, nie miałem absolutnie żadnych kumpli. Zaczął się ból dupy o marnowanie potencjału i ciągłe „bębnienie” na kompie. Oczywiście, pierdolony bęcwale, nigdy nie zadałeś sobie trudu, żeby dojść, skąd się biorą te wszystkie zachowania eskapistyczne i dlaczego w pewnym momencie życia przestałem z wami o czymkolwiek rozmawiać. W szóstej klasie nienawidziłem cię już tak bardzo, że zdecydowaliście z matką o terapii dla ojców i synów, bo się nie dogadujemy, i w ogóle. Pochodziliśmy na sesje, poznaliśmy ludzi o podobnych problemach. Sesje łączone, sesje indywidualne, wspólne robienie pizzy w celu zawiązania więzi w grupie. Nawet na całodniowe zajęcia na wieś pojechaliśmy. Terapeuci byli naprawdę spoko i fachowi. I co nam to wszystko dało dało? Dwa, może trzy miesiące spokoju. I znowu w cug, i znowu wrzaski, ciosy i kary za oddychanie. Wyżywałeś się na mnie za to, że ktoś tobą pozamiatał podłogę w pracy? A może jesteś kryptogejem, wmuszonym w heteroseksualny związek, którego nigdy nie chciałeś, i dawałeś w ten sposób upust swojej frustracji? Czy może nieironicznie wierzyłeś, że terroryzując swoje dziecko i dając mu gówniane wzorce sprawisz, że w akcie buntu wyjdzie na ludzi? Albo śmieć, albo idiota. Tertium non datur. W gimbazie w sumie to samo, tylko jeszcze wdała mi się pełzająca depresja. I ludzi mniej, bo prywatna. Nie, żeby oznaczało to mniej gnębienia, ale to już przed wami ukrywałem jak trupa w beczce – jeszcze by wam strzeliło do głowy, żeby jednak przenieść mnie do rejonu, z powrotem do sebostwa, które dzięki waszej głupocie, ignorancji i zaniechaniom było w stanie zgotować mi piekło już w podstawówce. Niezależnie od budy, jedno się jednak nie zmieniało: po całym dniu gnębienia czekały mnie jeszcze nadgodziny w domu. Bo chrum bębnienie, bo chrum dwójczyny i trójczyny, bo chrum nie wolno nie wiedzieć, pytać i dyskutować.

(1_1/2)

 No.227

File: 60d2aa865096b.vichan.jpg (70,59 KB, 400x400, 1_2 burak zwyczajny.jpg) ImgOps Exif Google

Ale tobie nie wystarczyło, jak byłem grzeczny, cichy i ułożony, o nie. Miałem być jeszcze widocznie wdzięczny i szczęśliwy. Kiedy w pobliżu była matka, trzymałeś swoją agresję na wodzy i starałeś się nie odpierdalać – choć, któregoś razu, kiedy znowu powiedziałem coś, czego nie zrozumiałeś i uznałeś, że cię obrażam, wykurwiłeś mi przy niej taką lepę w czoło, że przez kilka minut widziałem podwójnie – ale, kiedy nie było jej w pobliżu, bardzo starałem się też zniknąć z twojego pola widzenia. Nie zawsze było to jednak możliwe – kilka razy byłem zmuszony wyjechać z tobą w pojedynkę na ferie. Nienawidziłem tego, ale nie marudziłem, żeby nie ściągać na siebie twojego gniewu. Ale nawet nie musiałem – wystarczyło po prostu być w pobliżu, a jakiś pretekst zawsze się znalazł. „Co, źle ci?!” – potrafiłeś na mnie warknąć kompletnie z dupy. A żebyś, kurwa, wiedział, że mi było z tobą źle. I to nie tylko w ciasnym pokoju na poddaszu góralskiej chatki z drewna i gówna na wypizdowie. Czułem się źle, ilekroć bym się nie znalazł w twoim towarzystwie. Kiedy byłem mały, bałem się, że znowu dostanę w pysk za źle usłyszane słowo albo niewłaściwą modulację tonu. Kiedy podrosłem, byłem zdołowany, że ze wszystkich możliwych ojców na świecie trafiłem akurat na toksycznego, niekooperatywnego buca, który traktuje mnie jak szmatę, wiecznie ma do mnie wąty, że nie umiem mu czytać w myślach i nie robię rzeczy w sposób, którego nawet mi nigdy nie wytłumaczył i przy byle okazji stroi fochy jak stereotypowa paniusia z yorkiem, a każdą prośbę lub wyraz chęci kwituje słowami „to sobie chcij”, „a kto za to zapłaci?” albo „a ja chciałbym mercedesa”. Kiedy do tego nabrałem pewnego uświadomienia w zakresie psychologii rozwoju, byłem wkurwiony, że zostałem w takiej mierze uformowany przez skrajnie ograniczonego debila, którego jedyne zalety to umiejętność prowadzenia samochodu i zarabiania pieniędzy. Choć sam najwyraźniej uważałeś się za osobę, która pozjadała wszystkie rozumy – a żadne z uznawanych przez ciebie wyznaczników człowieczeństwa, takie jak oceny w szkołach czy pensja, nigdy nie zrobiły nic, żeby cię wyprowadzić z błędu – umiejętność samodzielnego dodawania dwóch do dwóch miałeś na poziomie niedorozwiniętego kilkulatka. Do dziś pamiętam, jak kiedyś na wakacjach przyruchał się do mnie dziadek jednej dziewczyny z turnusu. Siedzieliśmy sobie z nią i z jednym kolegą w pokoju. Oglądaliśmy jakiś głupi teleturniej. Śmialiśmy się, kibicowaliśmy na głos uczestnikom, podpowiadaliśmy im coraz głupsze odpowiedzi. Nasza koleżanka była jednak skazana na towarzystwo jebniętego starucha, który bardzo pilnował, żeby nie zadawała się ze złymi ludźmi. Kim byli źli ludzie? W jego oczach był nim chyba każdy. Ale przede wszystkim nastoletni chłopcy. Bo, oto, kiedy wieczorem wróciłem do pokoju, już czekałeś na mnie z kolejnymi pretensjami.
– Dziadek tej koleżanki przyszedł się na skarżyć – warknąłeś. – Że klątwy, wrzaski z pokoju tamtego drugiego! Co tam się niby działo?!
– No, nic specjalnego, telewizję oglądaliśmy i gadaliśmy.
– Nic specjalnego?! Mówił, że brzmiało, jakby ktoś tam kogoś szarpał!
– Nikt nikogo nie szarpał, ten świr sobie coś ubzdurał.
– Tak?! Na pewno nic tam nie zaszło?!
Nie, żeby cały afekt tego cholerycznego ramola krzyczał „mam coś nie tak z głową” już po kilku minutach interakcji, co nie? I nie, żeby pozostali dorośli z turnusu dokładnie tak go postrzegali. Na tamtym etapie już dawno kumałem, że nie należy od ciebie wymagać wielu objawów inteligencji logiczno-rozumowej, ale ta sytuacja powierdziła coś o wiele smutniejszego: nie mogłem na tobie polegać. Byłeś gotów z marszu, na podstawie słów ewidentnego wariata, uznać mnie za młodocianego gwałciciela, choć w tamtym wieku byłem zbyt nieśmiały, żeby nawet zagadać do losowego człowieka, a co dopiero jakiejś dziewczyny. Znając ciebie, gdybym przy tobie faktycznie złamał jakiekolwiek prawo, byłbyś pierwszy do dzwonienia po pały. Ale nigdy nie poskarżyłem się na ciebie żadnemu dorosłemu. Nawet wtedy, kiedy regularnie dostawałem od ciebie lanie za byle pierdoły. Słyszałem i czytałem o przerażających historiach z bidula. Mimo tego, że robiliście, co w waszej mocy, żeby jak najbardziej mnie ograniczać, wiedziałem, że rodzina jest chociaż stabilna finansowo. Nie chciałem chybotać łodzią. A co, jeśli to by doszło do jakichś służb i by wam odebrali prawa rodzicielskie? W końcu przemoc domowa to przestępstwo. Było mi źle, ale miałem poczucie, że jeśli bym trafił w inne miejsce, mogłoby być jeszcze gorzej. A z drugiej strony po prostu bałem się, że jak ktoś pójdzie z tobą porozmawiać w dobrej wierze i do twoich uszu dojdzie, że cię obgaduję, znowu dostanę wpierdol.

Kiedy poszedłem do liceum, szokowało mnie tam naprawdę wiele rzeczy. Że nieironiczni katolicy-oazowicze czy rówieśnicy, którzy naczytali się o polityce i wydawało im się, że pozjadali wszystkie rozumy, to jedno, ale żeby dookoła byli ludzie, którzy tak po prostu dobrze żyją ze swoimi rodzicami? Rozmawiają z nimi, dzielą się chętnie swoimi rozterkami, świadomie i chętnie przyjmują od nich wzorce? Do tamtej pory figura rodzica jednoznacznie kojarzyła mi się z głupotą, ignorancją i usilną opresją rodem z jakiegoś jebanego kurwa „Klanu na Drzewie”. Co, skądinąd, nienajlepiej świadczy o was jako o ludziach. A jacy byliście przeszczęśliwi, kiedy się okazało, że szkoła, do której się dostałem, regularnie zajmuje czołowe miejsca w rankingach! Aż postanowiłeś, że jednak w nowym mieszkaniu będzie internet. I że, po kilku latach błagań i rozsypek Windowsa ME, kupisz mi płytę z Windowsem XP – pirackiej nie chciałeś, bo jeszcze by cię policja namierzyła po IP i zasądziła stryczek za kradzież oprogramowania, które kradł każdy i jego pies. Cóż za udany start w końcówkę pierwszej dekady XXI wieku! Pół biedy, że w liceum chociaż znalazłem paru ludzi, którzy mnie tolerowali mimo spierdolenia i pizdowatości, które we mnie zaszczepiliście. Przeżyłem w nim, co prawda, parę bardzo przykrych historii, ale nie usłyszałeś o nich wtedy i nie ma powodu, żebyś przeczytał o nich teraz – nie byliśmy, nie jesteśmy i już nie będziemy na tyle blisko. Bo od kiedy sobie uświadomiłem, że jesteś toksycznym śmieciem, robiłem, co mogłem, żeby odpychać cię jak najdalej. Raz nawet, jak miałem siedemnaście lat, zrobiłem to dosłownie. Słuchałem na kompie muzyki. Poszedłem się odlać, ale nie domknąłem za sobą drzwi. Muzyka była ci nie w smak, ale zwykłe zamknięcie drzwi do końca byłoby za proste – zamiast tego wszedłeś do środka, przedarłeś się przez bufor z walających się na podłodze rzeczy, podszedłeś specjalnie do głośnika i skręciłeś go na maksa w dół, żeby się wyłączył, po czym wyszedłeś. Ale na tym nie poprzestałeś – kiedy wróciłem, wszedłeś znowu, jak zwykle bez pukania, i zacząłeś się pluć. Wkurwiłem się, bo znałem to twoje pierdolenie na wyrywki. Podszedłem i, nawet nie przykładając specjalnej siły, wypchnąłem cię na zewnątrz. I nagle na kilka miesięcy zapanował spokój. No patrz, a jak byłem bezbronnym kilkulatkiem, taki był z ciebie kozak.

Mimo mentalnych przeszkód i emocjonalnego rozpierdolenia na wszystkie możliwe strony dostałem się na studia. Niedługo potem się od was wyprowadziłem. Najlepsza decyzja mojego życia. W końcu miałem okazję pomieszkać z kimś normalnym – co prawda, podobnie jak ja, był przypadkiem psychiatrycznym, ale terapia pod okiem znających się na rzeczy fachowców zrobiła z niego coś więcej niż dobrego współlokatora. Figurą ojcowską bym go nie nazwał, ale nie żebym takiej na tamtym etapie chciał czy potrzebował – był dla mnie po prostu zdrowym wzorcem męskości. Wzorcem, którego przez kilkanaście lat mi brakowało. Nieironicznie nauczyłem się od niego o wiele więcej pozytywnych rzeczy niż kiedykolwiek od ciebie. Bo od ciebie nauczyłem się głównie łacinki, cyrylicy, strachu i wstydu – a dwie pierwsze pozycje to i tak głównie zasługa matki. A, nie, czekaj. Ty nauczyłeś mnie jeszcze, co to jest pasówka, bo kopać piłkę z czuba to źle.

No właśnie, wstyd. Czy nauczyłem się go od ciebie drogą obserwacji? Poniekąd. Ale nie dlatego, że widziałem, jak go czujesz – wprost przeciwnie, widziałem, jak go nie czujesz, mimo że robisz z siebie dupę wołową. Na przykład podchodząc na nieswoim osiedlu do losowych nastolatków i robiąc im kilkuminutową tyradę o jeden z pierdyliarda nasprejowanych tagów, które zdobiły je od kiedy pamiętam. Albo robiąc w centrum handlowym podobną tyradę zbierającej na WOŚP licealistce. Że nie wiesz przez kogo i na kogo idą te pieniądze, że darmozjadom i złodziejom dawać nie będziesz. A ja miałem ochotę zapaść się pod ziemię. Odciągnąć cię od tych ludzi i przeprosić ich za twoje zjebanie. Ale tego nie robiłem, bo wiedziałem, że za coś takiego dostałbym po ryju, jak tylko w pobliżu nie będzie matki. Wyładowywałeś się zawsze na mnie – bo na żonie, córce i teściu nie wypadało. A, jak wiemy, póki gówniak nie chodzi głodny, obdarty i z siniakami, w polackiej optyce rodzice są wzorowi. Kurwa twoja mać. I niech mi ktoś jeszcze powie, że żeby ojciec przynosił dziecku wstyd, musi być menelem.

A kiedy w końcu zrobiłem magistra, nagle przestałeś mnie traktować jak psa, a zacząłeś jak człowieka. Bo oto się okazało, że syn, który w gimnazjum i liceum przynosił dwóje i tróje, jednak nie jest debilem i potrafi nie dość, że wymieść z wody rówieśników i napisać najlepszą pracę na roku, to jeszcze dostać piątkę za całokształt studiów. Ale na jakąkolwiek normalizację między nami jest już za późno. Nie tylko dlatego, że po okresie okazywania mi szacunku znowu pokazałeś, jaki jesteś naprawdę i dowiodłeś, że jakiekolwiek nadzieje na poprawę twojej postawy są płonne. Między innymi także dlatego, że, jeśli potrzebujesz cyferek, żeby skumać, że ktoś nie jest kretynem, to znaczy, że sam nim jesteś. Po przeczytaniu tego wszystkiego zastanawiasz się zatem pewnie, dlaczego we wstępie użyłem słowa „drogi”. Sarkazm? A skąd. Polisemia. Podlicz sobie, jebany cwelu, ile hajsu utopiłem w konsultacjach z terapeutami.

(2_2/2)

 No.228

File: 60d2aaa83ce62.vichan.png (29,73 KB, 702x800, 2_1 stara kura.png) ImgOps Google

Droga idiotko,

Takim jak ty nie jest potrzebna policja. Wystarczy, że policjanta masz w głowie. Policjanta, który skanuje wszystkie twoje myśli w poszukiwaniu tych nieprawych, wychwytuje zamiar popełnienia czynu niegodziwego i dusi go w zarodku, zanim się wydarzy. A wiesz, co w tym wszystkim jest najlepsze? On nie potrzebuje żadnych podstaw prawnych, przepisów ani kodeksów. Wystarczą mu wdrukowania, coludziepowiedzo i prywatne zabobony. I zaburzenia paranoidalne.

Jak sprawić, żeby koledzy nie sprowadzili syna na złą drogę? To proste. Zrobić tak, żeby nie miał kolegów. Obserwować go na każdym kroku i sztorcować za byle gówno. Karcić go za wyrażanie swoich chęci i potrzeb, bo to nieładnie je mieć. Ustawić skazanego na twoje towarzystwo dziadka-emeryta tak, żeby kilka razy dziennie składał ci raporty ze wszystkiego, co robi twoje dziecko – o której wróciło ze szkoły, ile zjadło i co robi w tej konkretnej sekundzie. Wystawać pod drzwiami i podsłuchiwać, ilekroć ktokolwiek je odwiedzi. Robić niezliczone rundy po jego pokoju pod pretekstem odkładania prania do szafy, przy okazji nachalnie gapiąc mu się w monitor. Zabraniać synowi się bić, nawet we własnej obronie, bo jeszcze komuś zrobi krzywdę i mamusia pójdzie do więzienia. Z przerażeniem zakazywać mu, kilkanaście lat pod upadku komuny, opowiadać kawały o PRL, żeby mamusi nie wsadzili do więzienia smutni panowie. Zabierać mu płytę z GTA, bo ON GO BIJE PAŁĄ I TAM JEST KREW, mówiąc, że oddasz za kilka lat, jak skończy osiemnastkę – bo jak będzie grał w takie rzeczy chociaż dzień przed, przyjmie zły przykład na mordę i z połykiem i sam stanie się przestępcą. W końcu jest twoim dzieckiem i na bank odziedziczył po tobie brak zmysłu krytycznego. Dla pewności możesz go jeszcze celowo wkurwiać, ilekroć w coś gra, żeby, jak zareaguje złością, mieć argumenty na podparcie tezy, że gry wywołują agresję. Na wakacjach chodzić za nim przez pół wioski, które ten przeszedł specjalnie po to, żeby chociaż na moment się od ciebie uwolnić, i wysyłać mu znienacka SMSy, żeby nie przebiegał na czerwonym. Wyśmiewać jego emocje, a kiedy na wakacjach ma doła i siedzi w pokoju, zamiast wyjść się bawić z innymi gówniakami, wyzywać go od frajerów. Ilekroć wyjdzie z domu, zasrywać go wiadomościami na melodię „kiedy wracasz?” i wydzwaniać do niego, jakby w się co najmniej paliło. Werbować członków rodziny, zaprzyjaźnionych lekarzy i fachowców, którzy robią u nas remont, żeby próbowali wyłudzać od niego informacje na temat jego prywatnych spraw, którymi nie chce się dzielić z tobą. Emocjonować się z powodu najdrobniejszego przewinienia tak, jakby to było co najmniej zabójstwo. Tak ci brakuje emocji? Twój problem. Było sobie znaleźć męża, który posiada jakiekolwiek zalety poza relatywną przewidywalnością i pensją.

„Oni śmieją się z tobą, a nie z ciebie. Ignoruj, to im się znudzi. Daj spokój, twoja siostra to tylko czternastoletnia dziewczynka i nie wie, co gada”. Yhy, a poza tym to twoja siostrzyczka i zatruwa ci życie z miłości, więc nie będziemy jej karać za to samo, za co ty w jej wieku dostawałeś w ryj, i za dopierdalanie ci do pieca po całym dniu gnębienia w szkole, którego istnienia zresztą nie uznajemy, bo wolimy myśleć, że to ty ze wszystkimi wojujesz. Ja pierdolę, ty naprawdę jesteś tak masakrycznie głupia, czy robiłaś to celowo, żeby zrobić ze mnie zahukanego pizdochłopca, którego będzie łatwo kontrolować najpierw tobie, a potem mojej teoretycznej żonie-oazowiczce? Bo po takiej „szkole” życia o normalną byłoby raczej ciężko. A może i to, i to? „A po co chces zimny napój do pitcy? A moze herbaty sie napijes? A po co ci internet? Ksiąski nie mozes pocytać? A po co chces te gitare? Muzykiem chces zostać? Na weselach zarabiać? A po co ci ta kosulka z satanem? Moze chces kosulke z pacyfkom? A cemu nagle wiązes włosy w kucyk? Bo, y y y, ja to homoseksualistów nie popieram. A po co idzies na rower jak jest ciemno? Jesce bendzies miał wypadek! Najlepiej w ogóle z domu nie wychoć! Kiedy wracas? Kiedy wracas? Kiedy wracas?”… kurwa mać, cofam pytanie. Jesteś tak niemożliwie tępa, że rozmawianie z tobą sprawia mi niemal fizyczny ból. Za każdym razem, kiedy dzwonisz, wysyłasz mi SMSa, albo nawet otwierasz ryj, trafia mnie szlag i mam ochotę coś rozpierdolić i drzeć się wniebogłosy, dopóki nie będę już miał siły być wkurwiony – nawet zanim zdążysz powiedzieć coś konkretnego. A, biorąc pod uwagę moje pokojowe i generalnie dobroduszne nastawienie do świata, to naprawdę niezły wynik. Teraz nasze rozmowy przez telefon rzadko kiedy trwają dłużej niż trzydzieści sekund, i prawie nigdy dłużej niż trzy minuty. Wolałabyś gadać dłużej i o rzeczach innych niż bieżące sprawy natury praktycznej? Było mnie na każdym kroku nie inwigilować i nie wypytywać o wszystko jak wkurwiająca, namolna, upośledzona pięciolatka.

Kurwa mać, to wieczne szpiegowanie i wiszenie nade mną jak jakiś jebany helikopter zrujnowało mi zdrowie psychiczne co najmniej w takim samym stopniu, jeśli nie gorzej, co mienie ojca-przemocowca i brak prawidłowych wzorców męskości. Odpytywanie z tego, co się działo w szkole, jakby to był co najmniej egzamin wstępny na medycynę. Zakradanie mi się za ramię, nachalne lampienie się w ekran i komentowanie tego, co na nim widzisz. Wystawanie w oknie, obserwowanie tego, co robię z kolegami na podwórku i robienie mi awantur o każdą pierdołę. Kiedy za czasów podstawówki miałaś fazę na ciąganie mnie po psychologach, bałem się im powiedzieć cokolwiek szczerego, bo doskonale wiedziałem, że pracują za twój hajs, więc jak powiem o jedno słowo za dużo, dowiesz się o tym i będziesz mi suszyła łeb. I jeszcze aktywne monitorowanie wszystkiego, co leciało w telewizji, żebym mając 11 lat czasami nie zobaczył fragmentu „Uwagi”, która miała żółty trójkącik z napisem „12”, i nie dowiedział się, jak się kisi martwe dzieci w beczkach. Ba, obecność młodszej siostry, tej rozpuszczonej szmaty, której na wszystko pozwalaliście, sprawiała dodatkowo, że do czasu, kiedy poszedłem do gimnazjum, w naszym pokoju nie miało prawa lecieć nic oprócz kreskówek i „Teletubisiów”. I jeszcze to ciągłe straszenie wszystkim, czym się dało. Poprawczakiem. Przeniesieniem do gimbazy z patusami. Wezwaniem na mnie, twoje własne dziecko, policji. Więzieniem. Za bronienie się przed agresorami, za stanowczość wobec siostry, kiedy ta mi dokuczała i mnie obrażała, czy za zrywanie się z ostatnich lekcji. I jeszcze alkoholizmem i narkomanią, z powodu prawdziwych lub domniemanych stanów intoksykacji. Skoro już przy tym jesteśmy – kurwa mać, jak ja nienawidzę rodzinnych spędów w waszym domu, w których z czystego pragmatyzmu, bo na pewno nie z przyjemności, bywam zmuszony uczestniczyć. Zawsze czuję przy was ekstremalny dyskomfort. Dopiero po dwóch kieliszkach się poprawia. Kiedy tylko się da, zgłaszam się na ochotnika do roboty w Wigilię i Wielkanoc, żeby tylko mieć pretekst was nie oglądać. Was i tej zjebanej, rodzinnej echokomory złożonej z podobnych wam debili, którzy utwierdzają was w przekonaniu, że jesteście inteligentnymi ludźmi, a wasze podejście do świata jest mądre i słuszne. Do tej pory mam w głowie pewną scenę sprzed dwóch lat. Na święta na stole zawsze, obowiązkowo, był karp, bo taką „mamy” tradycję. Aż tu pewnego roku jedna z poczytniejszych gazet wysmarowała artykuł, że karp to biedacka ryba i smakuje jak błoto, a w ogóle to zwyczaj wyforsowany przez komuchów. I nagle w te święta karpia już nie było, a wasze kółko wzajemnej retardacji zaśmiewało się do rozpuku, że łohoho, karp to jak błoto smakuje, a w ogóle to komuchy wyforsowały. Ciężko mi było stwierdzić, czy jebiecie po tym karpiu, bo napisali to otwarcie w gazecie i już wolno, czy dlatego, że tak napisali w gazecie, więc zaktualizował wam się światopogląd. Pierdolone, bezrefleksyjne cielęta. Właściwie to w ogóle was unikam, jak tylko mogę. Jeszcze bym naprawdę wpadł w alkoholizm. Serio, nie wiem, jak z wami wytrzymywałem, kiedy pierwsze piwo było jeszcze przede mną. Wiem, że macie wsiowe korzenie, ale czasami mam wrażenie, jakbyście byli nie z innego powiatu, tylko z innej planety – wasze rozumowanie jest tak naiwne i odległe od toku myślenia normalnych ludzi, że nawet, jak jacyś koledzy już się znaleźli, bardzo dbałem o to, żeby na was nie wpadli, żebym nie musiał za was świecić oczami. Ale czasami nie było wyjścia.

Jak na przykład wtedy, kiedy pod pretekstem chujowego dojazdu na nowy wydział postanowiłem w końcu się od was wyprowadzić, bo miałem powyżej uszu mieszkania w miejscu, które przypominało skrzyżowanie przedszkola z psychiatrykiem i więzieniem. Akurat mieliście drugie mieszkanie – wcześniej, podczas swoich studiów, okupował je kuzyn, ale po nim przez kilka lat stało puste. Bo w końcu po chuj mieć dodatkowe źródło przychodu, żeby było łatwiej spłacać kredyt? Kiedy po latach wszedłem tam po raz pierwszy i zobaczyłem, ile się nagromadziło kurzu, miałem ochotę złapać się za głowę. Jakie tam kilkadziesiąt miesięcy pomnożone przez średnią rynkową za wynajem mieszkania o pojemności typowej rodziny w dobrze skomunikowanej dzielnicy, c’nie? Bo chrum, a to za dużo formalności i umowy trzeba podpisywać, a poza tym jeszcze trudno się należności egzekwuje i lokatorów pozbywa. Ciekawe, skąd w takim razie wzięło się tylu debili, którzy na starość kupują mieszkania, żeby żyć z wynajmu? Ale chuj, wasz kredyt, wasze raty. Po kilku tygodniach rakotwórczych dyskusji w końcu pozwoliliście. Tylko kazaliście dokooptować jakiegoś współlokatora, żebyśmy się zbijali na rachunki. Ciekawe, czy myśleliście, że skoro nie widzicie, żebym przyprowadzał do domu znajomych, to pewnie ich nie mam, więc problem z głowy? Ale jednak współlokator się znalazł. Zaprosiliście go… na rozmowę kwalifikacyjną. Chuj tam, pomyślałem, przecież to chyba normalne, widziałem kiedyś na jednym z niewielu obejrzanych filmów, że grono lokatorów robiło castingi. Zaciśnie zęby, pouśmiecha się, poprzytakuje, klepniecie decyzję i można się cieszyć wolnością, nie? Nie do końca. W końcu nie bylibyście sobą, gdybyście nie przynieśli mi wstydu.
- Wie pan, mieszkanie poza rodzinnym domem to dla naszego syna nowość. W wakacje wyjeżdża za granicę, więc będzie to dla niego próba…
Kurwa. Pierdolona. W dupę. Mać. Serio? Co trzeba mieć w głowie, żeby mówić w taki sposób o swoim pełnoletnim dziecku przy rówieśniku, z którym ma zamieszkać? Właściwie ciężko mi sobie wyobrazić wiek, w którym mówienie w taki sposób do rówieśnika własnego syna byłoby w porządku. Pół biedy, że chociaż był spoko i też z rodziny dysfunkcyjnej – przynajmniej nie uważał tego za powód do śmiechu. Ale upokorzenie przy współlokatorze in spe nie było ostatnim świadectwem, jakie sobie przed nim wystawiliście, o nie. Nalegaliście, żeby we dwójkę zwalać nam się na głowę co tydzień i robić inspekcję. Każdego. Pierdolonego. Pomieszczenia. Jak zobaczyłaś, że w łazience są trzy szczoteczki, a nie dwie, bo akurat do współlokatora wpadła dziewczyna, wyglądałaś, jakbyś odkryła co najmniej kilkuletniego trupa. Chrum, nie tak się umawialiśmy! Jak kiedyś przyjechałaś i zastałaś trochę mąki na blacie, bo chwilę wcześniej robiliśmy pizzę, zaczęłaś lamentować, że jak to tak, mieszkanie w takim stanie utrzymywać! No do kurwy nędzy, zupełnie jakby przez wasz debilizm i tchórzostwo wcześniej nie nagromadziły się tam jakieś trzy lata kurzu, a kupka niesprzątniętej mąki miała wywołać korozję szkieletu budynku i jego zawalenie. Co z tobą jest, kurwa, nie tak? Współlokator wytrzymywał te naloty chyba tylko dlatego, że swoją przestrzeń mógł wynajmować za śmiesznie niskie pieniądze. Chociaż, znając ciebie, zdziwiłbym się, gdyby co najmniej nie przyszło ci do głowy, żeby go, podobnie jak na przykład naszą rodzinną dentystkę, zwerbować do wyciągania ze mnie informacji dotyczących mojego życia. Albo nawet do zdawania ci regularnych raportów z tego, co się dzieje w domu, zupełnie jak twojego ojca. Albo nawet dawać mu rabat czy płacić za bycie moim kolegą.

(2_1/2)

 No.229

File: 60d2aac39a67d.vichan.jpg (48,33 KB, 639x535, 2_2 nadzór rodzicielski.jpg) ImgOps Exif Google

Kurwa, nie daje mi spokoju to pytanie o włosy w kuca. Już przemilczając jakość idiotycznego procesu myślowego, który musiał do niego doprowadzić, ciekawe, co byś zrobiła, gdybym naprawdę bujał się w drugą stronę? „Homoseksualistów to ty nie popierasz”. Zupełnie, jakby orientacja była wyborem. Zapisałabyś mnie do psychologa, żeby mnie przekonał, że sobie coś ujebałem, i jednak wolę dziewczyny? Na konsultacje do proboszcza? Próbowałabyś mnie wcisnąć do psychuszki? A może od razu zaczęłabyś się rozglądać za terapią elektrowstrząsami? Ciekawe, co za obraz zrodził się w tym pustym łbie. Powiedzmy to sobie jasno: to, że, kiedy z wami mieszkałem, nigdy nie przyprowadziłem do domu żadnej dziewczyny, wynika po części z tego, że jak z wami mieszkałem, aktywnie robiliście ze mnie spierdolinę, przez co nie umiałem żadnej znaleźć, a po części z tego, że jako nastolatek byłem przez was już tak zantagonizowany, że, gdy wyobrażałem sobie hipotetyczne scenariusze, co by było, gdybym jakąś znalazł i przyprowadził, a ty byś ją zobaczyła i spytała, czy jesteśmy razem, miałem wrażenie, że odruchowo odwarknąłbym „nie”, skutkiem czego za chwilę faktycznie już byśmy nie byli.

Od kiedy tylko nauczyłem się wyrażać swoje zdanie, robiliście wszystko, żeby zabić we mnie wszelką elokwencję, asertywność, dynaminę i normalność. Wieczne opierdole za wyrażanie swoich chęci i potrzeb – nawet za coś tak banalnego, jak spytanie kuzyna ze wsi, czy „mogę”, w sensie, „mogę na moment, żeby zobaczyć jak pasuje”, jego drugą połówkę żaby z czupaczupsa, bo on miał przód, a ja tył. Jakbym był co najmniej, kurwa, bolszewikiem, który przyszedł z bagnetem w dłoni, żeby zarekwirować mu ostatni worek mąki, który dzielił jego rodzinę od śmierci z niedożywienia. A pamiętasz tego niegrzecznego bachora z wakacji nad morzem, który się do wszystkich rzucał i uprzykrzał życie dzieciakom z kwatery? W końcu nie wytrzymałem i, kiedy cisnął we mnie kamieniem, podrapałem go do krwi, żeby pożałował i w końcu oduczył się agresywnych zachowań. Ile cię obeszło, że wcześniej ciągle były na niego skargi, a jego matka była typową dla lat 90. karyną ze szlugiem w zębach, która ani razu nie zwróciła mu uwagi, mimo że odpierdalał także przy tobie? Okrągły chuj. Dla ciebie liczyło się tylko to, że zadałem mu ból i menelica przyszła się do ciebie pluć. Zero refleksji, dlaczego twój grzeczny i chorobliwie nieśmiały gówniak zdobył się na jakikolwiek akt agresji. Ja pierdolę, przecież w tym wieku tak się bałem, że cię zawiodę, że jak mi powiedziałaś, że do obcych dorosłych nie wolno mówić per „ty”, to w rozmowie z ciotką – do której przecież nie powiedziałbym „pani” – zacząłem na własną rękę wymyślać jakieś dzikie, okrężne, bezosobowe struktury syntaktyczne, żeby tylko przypadkiem jej nie urazić nadmierną poufałością, mimo że pierwszą lekcję polskiego w życiu miałem mieć dopiero jakiś rok później. Poza tym, ja, ta tchórzliwa pizda, która wiecznie chowała się za twoją spódnicą, miałbym na kogokolwiek się rzucać dla zabawy? Zdolność dodawania dwóch do dwóch na poziomie cielęcia po lobotomii. Przez ten opierdol, kiedy poszedłem do szkoły, tak się bałem stawiać innym gówniakom, że dwóch cweli przez kilka miesięcy pierwszej klasy było w stanie mnie szantażować pierdoleniem, że poskarżą wychowawczyni, że na świetlicy rzekomo wypiłem jednemu z nich soczek za dychę. I chuj, że przez was byłem też wtedy skrajnym bakteriofobem i nigdy bym czegoś takiego nie zrobił, bo po prostu się bałem, że od picia po kimś innym zarażę się żółtaczką i zdechnę w konwulsjach – jako siedmiolatek byłem już tak przyzwyczajony do tego, że programowo zakładacie z góry moją winę, że miałem wrażenie, że gdyby coś takiego do was doszło, dostałbym opierdol i wciry za kradzież. A potem opierdol za narażanie się na zagrożenie biologiczne. W czwartej klasie z kolei zaczęła się już jazda na całego, która znalazła swoją kulminację na zielonej szkole – patusy z pokoju o mało nie wybiły moją głową szyby od balkonu. Kiedy jednak po powrocie wychowawczyni poprosiła was na rozmowę i wszystko zrelacjonowała po swojemu, nie spytaliście mnie nawet, jak to wyglądało z mojej perspektywy – bardziej was obchodziło, że w ogóle brałem udział w bójce. I że, jak się porzygałem na stacji benzynowej, powiedziałem, że się porzygałem, zamiast, mając pełny kwaśnych wymiocin ryj i żołądek wywalony na lewą stronę, zastanowić się nad jakimś cenzuralniejszym synonimem. A agresja rówieśników z tygodnia na tydzień rosła. Kolejne zebranie, kolejna opowiedziana bójka, kolejne kary. W końcu, żeby mieć spokój chociaż w domu, przestałem się stawiać i zacząłem unikać jakichkolwiek konfrontacji. Sebostwo szybko wyczuło pizdę. Zresztą, nie tylko ono – także uczniowie, którzy uchodzili za grzecznych kujonów, zwietrzyli okazję, żeby sobie podbić pozycję w stadzie moim kosztem. Pod koniec szkoły byłem już tak zgnojony, że pozwalały sobie do mnie nawet młodsze gówniaki. Nikt mi nigdy nie wytłumaczył, jak działają mechaniki stada, ale za którymś razem podskórnie czułem, że muszę chociaż wyzwać na solówę tego najbardziej bezczelnego, żeby zachować resztki honoru. Po paru minutach na horyzoncie pojawiła się moja wychowawczyni. Uciekliśmy. I znowu rozmowa na zebraniu, i znowu kara, i znowu dupa cicho, i znowu gnębienie niewychylającego się kolesia. Pod koniec szkoły jeden z tych śmieci uderzył moją głową w kratę boksu szatni, tak, że na wszystkie strony buchnęła krew, a ja musiałem zaliczyć wizytę u szkolnej pielęgniarki. Nie wytrzymałem. Przy konfrontacji w gabinecie dyrektora wydarłem się, że mam myśli samobójcze. Czy postanowiliście coś z tym zrobić? Pogadać z rodzicami tamtego śmiecia, nastraszyć ich czymś, zażądać od wychowawczyni, żeby coś z tym w końcu zrobiła, zapisać mnie na jakieś sztuki walki? A skąd. Prościej było mnie znowu posłać do próchniejącej psycholożki, która ostatni raz polską szkołę widziała najpóźniej za Gierka. Po co się męczyć z wychowywaniem dzieci i uczeniem ich, jak mają sobie radzić z nieprzyjaznym światem? Niech to za was zrobią instytucje i specjaliści. W końcu oni się na tym znają. Ciekawe, co sobie pomyślałaś, jak trzy lata później, przyzwyczajony, że udział w bójce = opierdole i szlabany, zamiast po prostu pobić gnojka, który się do mnie rzucał, spryskałem go gazem pieprzowym? Raczej nie o przyczynach tego zdarzenia – nie usłyszałem żadnego „dlaczego to zrobiłeś?” ani „czy próbował cię skrzywdzić?”, tylko „co masz do powiedzenia?!”. Nie obchodziło cię, skąd mi się wzięło wrażenie, że użycie, de facto, broni, przysporzyłoby mi mniejszych problemów niż obrona za pomocą ciosów i kopniaków – byłaś zbyt zajęta lamentowaniem, że zostałem zawieszony w prawach ucznia, bo narozrabiałem. Zupełnie, jakbym nie poszedł nie do rejonu, tylko do tej budy dla nieprzystosowanych odpadów, nie dlatego, że w podstawówce byłem gnębiony przez sebostwo, które rok czy dwa później zaczęło dostawać swoje pierwsze wyroki za pobicie kogoś na wfie, tylko dlatego, że sam aktywnie pakowałem się w przemocowe konfrontacje. Super podejście do własnego dziecka, kurwo, naprawdę super.

A kiedy po latach wygarnąłem ci, że leczę się na depresję i nerwicę przede wszystkim przez to, że nie dość, że nigdy nie stanęliście w mojej obronie, to jeszcze przy każdym konflikcie z góry zakładaliście, że to ja jestem agresorem, cała zbaraniałaś. No bo jak to tak? Przecież w maturalnej tatuś na zebraniu tak dzielnie negocjował z polonistką, żeby mi nie wstawiała zagrożenia! Ugrzecznione kujony to chyba inny gatunek. Tylko nie jestem pewny, czy grzybów, czy zwierząt. Pal licho bicie i gnębienie syna, pal licho jego złe emocje i doświadczenia formatywne – dyskutować z nauczycielem, to dopiero kozactwo! Cielęta. Po prostu pierdolone cielęta. I wiesz, co jest w tym wszystkim najgorsze? Idiota jest niezdolny do załapania, że jest idiotą, więc każda rozmowa na ten temat to marnotrawstwo tlenu i rzucanie grochem o ścianę. To smutne, ale wy rozumiecie jedynie język agresji i faktów dokonanych. Ale pal was chuj, dostaliście ode mnie więcej szans niż kiedykolwiek zasługiwaliście.

(2_2/2)

 No.230

File: 60d2aadc7c5c4.vichan.jpg (35,38 KB, 680x316, 3 wehikuł czasu.jpg) ImgOps Exif Google

Drogi Dziadku,

Tęsknię za Tobą, chociaż po tym, jaki byłem dla Ciebie za życia, pewnie ciężko by się było połapać. Byłeś, obok siostry od religii w klasach 1-3, nielicznych prawdziwych przyjaciół i tych kilku nauczycielek i prowadzących na studiach, jedną z niewielu osób, które we mnie wierzyły.

Ciebie też nieźle pokarało. I myślę, że miałeś tego świadomość, ale czasy były inne, więc nie wypadało się z nią wychylać. Żona – toksyczny, gderający moher. Sąsiedzi – przyszłe i bieżące menele. Synowie – wymądrzający się debile z papierami uczelnianymi i bankowymi. Patrząc w tył, wcale mnie nie dziwi, że czerpałeś taką radość z mienia wnucząt. I roweru, na którym mogłeś uciekać od syfu codzienności. Zaraziłeś mnie nim jak cholera, wiesz? Oczywiście, że wiesz. Zawsze mnie ciekawiło, ile we dwóch zrobiliśmy po tych wszystkich lasach, które objechaliśmy w czasie wakacji. Wiesz, że dzisiaj, jak ktoś umrze, mówi się, że „spadł z rowerka”? Znając Ciebie, gdybyś był w stanie to przeczytać, pewnie byś się nieźle uśmiał, bo w Twoim wypadku ta metafora byłaby bardzo trafna – zwiedzałeś lasy na dwóch kołach aż do swoich ostatnich dni.

A musiałeś zejść akurat dwa tygodnie przed tym, jak mogliśmy w końcu na legalu strzelić sobie po piwie! Że sobie na nie pozwalałem wcześniej z kolegami, przed osiemnastką, to już wiedziałeś – byłeś jedyną osobą w całej rodzinie, której powiedziałem o tym wprost. Przyjąłeś to z typowym dla siebie spokojem, luzactwem i zrozumieniem – innymi słowy, nawet nie „przyjąłeś”, tylko to usłyszałeś i odnotowałeś jako typowy dla wieku nastoletniego fakt życia. Po ludzku. Starzy? Równie dobrze mógłbym im się przyznać do morderstwa. Trzeba przyznać, mają w sobie coś ze stanu rycerskiego – zakute łby. Zupełnie, jakby nie mieściło się w nich cokolwiek poza wiedzą ze szkolnych podręczników, kazań proboszcza i przekazu medialnego. Jakby nie docierało do nich, że ich rówieśnicy też czasem integrowali się nad butelką. I też wychodzili na ludzi. Nierzadko, skądinąd, na szczęśliwszych i bardziej kumatych niż oni. A może po prostu nie mieli okazji się przekonać na własne oczy, bo byli tak chujowym i budzącym politowanie towarzystwem, że nikt ich nigdzie nie zapraszał? Gdybyś tylko mógł zobaczyć amok mojej matki, jak kiedyś do mnie przyszła i zobaczyła na balkonie wózek z biedry, który przytachaliśmy wracając z kumplem z pubu parę nocy wcześniej. Co śmieszne, nawet go nie zajebaliśmy, tylko wzięliśmy z ulicy, bo ktoś go porzucił niedaleko bloku. W końcu co to za studia, jeśli nie przywleczesz do domu chociaż jednego śmiesznego fantu? Ale ona, jak zawsze, wiedziała lepiej. Na balkonie zobaczo, po policję zadzwonio, do więzienia pójdziesz, ja cię kraść nie uczyłam! Aż mi się przypomina, jak przy przeprowadzce piekliła się, że stawiam gitarę przy oknie, bo jeszcze ktoś zobaczy, sforsuje drzwi antywłamaniowe i mi zajebie. Z czwartego piętra, w środku dużego miasta, i to z bloku, którego balkony były widoczne tylko z zamieszkiwanego przez klasę średnią osiedla naprzeciwko.

Ciekawe, czy oboje do osiemnastki z wypiekami na twarzy oglądali „Jacka i Agatkę”? Bo jakoś ciężko mi sobie wyobrazić, że takiego oderwania od rzeczywistości można się nabawić obcując z prawdziwymi ludźmi. Gdybym nie wiedział, że mój ojciec to Twój syn, sam w życiu bym tego nie zgadł – jakim cudem udało Ci się wychować świętoszkowatego sztywniaka, który oburza się, gdy ktoś przy nim powie „walić to” albo niepochlebnie wyrazi się o jakimś nauczycielu? Z drugiej strony, ci nieliczni znajomi, którzy mieli nieszczęście poznać moich starych, też często dziwili się, że dzieli ich ode mnie taka mentalna przepaść. Może po prostu w ramach młodzieńczego buntu postanowił, że nie będzie takim luzakiem, jak Ty, i, żeby Ci zrobić na złość, poprzysiągł sobie, że przeżyje całe życie z kijem w dupie? A może przez swoją naturalną dyspozycję wdał się bardziej w matkę? Wzdryga mną, ilekroć sobie przypomnę, co musiałeś z nią przechodzić. Wieczne trucie głowy najdrobniejszymi pierdołami. Szukanie problemów na siłę. Odsądzanie wszystkich od czci i wiary przez pryzmat, a jakże by inaczej, wysrywów najmniej miłujących bliźniego przedstawicieli kościelnego establishmentu. Awantury o picie piwa po robocie i chodzenie na oglądanie meczu do sąsiada. I to wszystko na niecałych trzydziestu metrach z kiblem i kuchnią. Trudno się dziwić, że najszczęśliwszy byłeś zawsze latem, kiedy mogłeś wyjechać na działkę. Świeże powietrze, piwo, szlugi kiedy chcesz, kiełbacha z grilla, ziomki ze wsi, las, rowerek – byle kilkadziesiąt kilometrów od tej jędzy. Z jakiegoś powodu nigdy tam z Tobą nie jeździła. I całe szczęście. Wiesz, że jak zdechła, kiedy miałem 13 lat, to tak bardzo to po mnie spłynęło, że jak wieczorem moja siostra się rozpłakała, to aż musiałem spytać, o co chodzi, bo już zdążyłem o tym zapomnieć? Bardziej było mi żal Ciebie, że musiałeś się z nią użerać, kiedy była w terminalnej fazie raka.

Niestety, w okazywaniu Ci jakiegokolwiek afektu byłem po prostu chujowy. Wpadałeś do nas często, bo nie miałeś co ze sobą zrobić. I przychodziłeś do mojego pokoju. Ale rozmowa, którą próbowałeś nawiązać, właściwie nigdy się nie kleiła, bo na tamtym etapie życia byłem już tak bardzo zrażony do dorosłych i sceptyczny wobec pomysłu dzielenia się z rodziną jakimikolwiek kawałkami siebie, że tylko udzielałem Ci zdawkowych, wymijających odpowiedzi, albo odpowiadałem Ci monosylabami, ostentacyjnie gapiąc się w monitor. Chyba najbardziej dlatego, że bałem się, że jak powiem za dużo, to się przejmiesz i zrelacjonujesz to starym, a ja, zamiast rozwiązania jednego problemu, będę miał dodatkowe. A problemów nie brakowało. Nie odnajdywałem się wśród rówieśników – po części dlatego, że ze względu na generalnie wysokie oceny w pierwszych dwóch szkołach byłem do tego w jakiś sposób naturalnie predestynowany, a po części dlatego, że starzy nie przygotowali mnie na interakcję z nimi i robili co w ich mocy, żeby z już spokojnego i bezkonfliktowego dziecka zrobić zahukanego, paranoicznego zjeba, który nie umie się nikomu postawić i boi się własnego cienia. Fałszywi przyjaciele. I do tego jeszcze domowy reżim. Pół biedy, że po przeprowadzce dostałem własny pokój, a starzy zaczęli się bardziej zajmować siostrą, ale rozrywek i tak nie brakowało. Wołanie przez pół mieszkania, żebym przestawił buty, bo jaśnie panu nie pasuje kawałek podłogi, na którym je położyłem. Podsłuchiwanie pod drzwiami pod pretekstem sprzątania przedpokoju o dwudziestej trzeciej trzydzieści. Grzebanie w moich rzeczach w poszukiwaniu czegoś, do czego się można przyjebać. Wpadanie do mojego pokoju z awanturą, że niby dzwonili do szkoły sprawdzić, czy poszedłem na lekcje, i mnie niby nie było, kiedy poszedłem – choć, w odróżnieniu od niemal wszystkich nauczycieli tamtego dnia, ja na lekcjach byłem. Było już po wystawieniu ocen końcoworocznych, a belfrzy od jakiegoś czasu ostentacyjnie znikali, żeby beztrosko wrócić w losowym momencie, mając w rękach kebaby, a uczniów w dupie, dając tym drugim do zrozumienia, żeby poszli w cholerę i cieszyli się życiem, póki jeszcze mogą. Zupełnie, jakby starzy marzyli, żebym robił coś złego, żeby było mnie za co karać.

Nie, żebym nie robił. Alkohol to tam jeszcze chuj – pewne zachowania są swoiste dla wieku nastoletniego między innymi po to, żeby człowiek miał szansę poznać granice swoich możliwości i nie zrobić z siebie dupy wołowej w towarzystwie, kiedy już dorosłość wymusi spoważnienie. Wagary? W liceum nawet nierzadko, ale większość po osiemnastce, jak już sobie mogłem pisać usprawiedliwienia bez podpadania pod paragraf o fałszerstwie. Wandalizm? Okazjonalnie i dla beki w towarzystwie, ale nigdy nie rozwaliłem niczego, co i tak już nie było do wymiany. Mordobicia? W życiu – tylko jeden, jedyny raz dałem w ryj typowi, który zaczął mnie szarpać, jak spałem po imprezie. Owszem, po pijaku zdarzało mi się mówić i robić głupie rzeczy, ale nigdy nie straciłem nad sobą panowania w takim stopniu, żeby złapać agresora czy zwrócić na siebie uwagę psiarni. Kradzieże? Zajebałem w życiu parę trofeów, ale nic dla zysku. Na przykład kiedyś podpierdoliłem wielką, plastikową tablicę z napisem „TEREN WOJSKOWY / WSTĘP WZBRONIONY” w czterech językach – rzecz jasna ci debile nie byliby sobą, gdyby nie zaczęli panikować, że jak ktoś do nich przyjdzie, to na pewno w pierwszej kolejności wlezie mi do pokoju, zobaczy ją na drzwiach, które właśnie otworzył, i zadzwoni po żandarmów, żeby mnie postawili przed plutonem egzekucyjnym. A wiesz, co było w tym najsmutniejsze? Że nie byłoby komu tego zrobić, bo nikt do nich nie przychodził. Może oprócz jakiegoś hydraulika raz na ruski rok. Abso-kurwa-lutnie zero kontaktu z kimkolwiek poza rodziną i ludźmi z pracy. Byliśmy jak mała, dysfunkcyjna sekta, o której nikt z zewnątrz nic nie wiedział. A szkoda – gdyby przy mnie znalazł się choć jeden dorosły, który odznaczałby się silną empatią poznawczą i normalnością, która pozwoliła moim co bardziej udanym rówieśnikom wyrosnąć na wygrywów, pewnie wylądowałbym znacznie lepiej, bo miałbym jakikolwiek drogowskaz poza tym metalowym, który kiedyś zajebałem z ulicy. Patrząc w tył, Ty chyba widziałeś, że jest mi źle – nie umiałem tego jednak wysłowić, a Ty nie wiedziałeś, co z tym zrobić, ani jak w ogóle to ugryźć.

Niestety, nie pogadaliśmy sobie szerzej nawet wtedy, kiedy starzy przymusowo wysłali mnie do Ciebie na 3-tygodniowy pobyt na działce – trochę z powodów, które opisałem przed chwilą, a trochę dlatego, że przez ciągłe karanie i zastraszanie mnie, ilekroć próbowałem z nimi dyskutować i ilustrować im mój punkt widzenia, oraz całkowite olewanie mojej argumentacji wyłącznie na gruncie tego, że to oni prawdopodobnie zdechną szybciej, zwyczajnie nie umiałem się wysłowić i nie wiedziałem, o czym rozmawia się z normalnymi ludźmi. Ale atmosfera była świetna – codziennie rajd na nową miejscówę, co jakiś czas wpadanie na Twoich starych kumpli, co parę dni nowy bar z frytkami albo kiełba z grilla. A po nocach szedłem na górę i uskuteczniałem solo słuchanie szatańskiej muzyki na chińskiej podróbie empetrójki i nadganianie analogowej wersji „Władcy Pierścieni” – bo filmów, rzecz jasna, obejrzeć za bardzo z kim nie miałem – i to jeszcze w tym dziwnym tłumaczeniu Łozińskiego. I jeszcze ten swojski zapach benzyny, mokrego drewna i szlugów. Charakterystyczna mieszanka. Zawsze kojarzyła mi się ze spokojem, komfortem i Twoim dostawczakiem.

Odszedłeś z tego świata parę lat później, dwa tygodnie przed moją osiemnastką. I, choć paliłeś jak smok, zabiły Cię nie szlugi, tylko zakaz ich palenia. W pewnym wieku wyszło, że masz cukrzycę. Pilnowałeś się, żeby za bardzo nie atakowała, więc nie powstrzymywała Cię przed solowymi wypadami na działkę. Poza tym, jakby coś się działo, miałeś telefon, sąsiadów i jeszcze działkę wujostwa obok. Zawsze byłeś twardym zawodnikiem, więc jeździłeś tam już w pierwszych dniach wiosny. Przez kilka miesięcy nie było żadnych sygnałów, że coś może pójść nie tak – cukier w normie, i w ogóle – ale pewnego dnia poszło. Zadzwoniłeś do wujka i zacząłeś nieskładnie opisywać, że coś ci się dzieje. Po przewiezieniu do szpitala okazało się, że nagle wyjebało ci cukier. Standard, wszystko pod kontrolą. Dopóki nie zażyczyłeś sobie popielniczki, bo chciałeś w końcu nakarmić raka. A tu taki chuj – od jakiegoś czasu obowiązywał zakaz palenia na terenie placówek medycznych. Niestety, z takim stażem jako palacz nie miałeś wyjścia i kurzyć musiałeś, bo nawet lekarz z przychodni mówił, żebyś w tym wieku już nie rzucał, bo to Ci reguluje ciśnienie. I parę cyrków z upartymi pigułami później dokonałeś żywota. Do tej pory pamiętam moją reakcję na widok Twojego zabalsamowanego ciała na katafalku. Nie minęło kilka sekund i wybuchłem tak niekontrolowanym płaczem, że musiałem na gwałt usiąść, żeby nie stracić równowagi i nie upaść. Myślałem, że mój organizm zatracił tę umiejętność gdzieś do połowy pierwszej gimbazy. Nie mogłem się opanować przez kilkanaście minut. A potem przejazd za miasto, pogrzeb i stypa. Dawno niewidziani członkowie dalszej rodziny, wóda na stole, komunały w ustach. „Uszy do góry! Dziadek był bardzo pogodnym człowiekiem i nie chciałby, żebyśmy byli teraz smutni!” – mędrkowała Twoja siostra. I, jakkolwiek nigdy nie miałem jej za szczególnie bystrą osobę, tym razem musiałem jej przyznać rację. Trzeba było otrzeć łzy i maszerować do przodu. Mieliśmy się jeszcze napić.

Za każdym razem, kiedy odwiedzałem Twój grób, wschodnim zwyczajem wpadałem z małpką. Nie kojarzę, żebym miał od którejkolwiek strony jakieś ukraińskie korzenie, ale chuj tam, niech żyje kosmopolityzm. Czasem do małpki dołączała lufa. Raz nawet pojechałem tam z kartonikiem pod językiem, mając nadzieję, że uda się złapać połączenie i pogadać. I wiesz, co? Nic z tego nie wyszło. Zamiast tego uderzyła mnie bolesna świadomość, że od dłuższego czasu jesteś już tylko rozkładającym się ciałem. Bo dusza i życie wieczne to tylko wymysł bojaźliwych, którzy chcieli sobie jakoś wytłumaczyć, na chuj żyją. Milczał grób, milczałem ja. Ale zwyczaju wpadania z małpką, obowiązkowo na rowerze, nie zarzuciłem. Postanowiłem, że będziesz żył chociaż w mojej pamięci, postawach i czynach.

(3_1/1)

 No.231

File: 60d2ab03b56fd.vichan.png (6,86 KB, 229x220, 4_1 kurwy nie dorośli.png) ImgOps Google

Drogi przyjacielu,

Ileż ja się od ciebie nauczyłem! Szkoda tylko, że głównie o tym, że ludzie to szmaty. I że trzeba się pilnować, żeby nie okazywać przy nich słabości, bo, jeśli będą mogli sobie tym podbić notowania, bardzo chętnie wepchną drugiego człowieka pod autobus. Albo nawet mogą to zrobić dla zabawy.

Poznaliśmy się w przedszkolu. Byłem chorowitym dzieckiem, więc zacząłem chodzić regularnie dopiero jako czterolatek; jedynym wyraźnym wspomnieniem, jakie mam z tamtego początkowego okresu, jest to, że próbuję zagadać do jakichś gówniaków, a one mi odpowiadają, że nie mogą mnie lubić. Nie wiedziałem, o co chodzi – dlaczego nikt nie chciał się ze mną bawić? Ale jednak potem w jakiś sposób zakolegowałem się z tobą. Żyłkę rozrabiaki miałeś już wtedy – przedszkolanki wysyłały cię do kąta chyba codziennie. Do dziś pamiętam twój misterny plan wynoszenia klocków na zewnątrz i panikę, jaka mi towarzyszyła, kiedy w domu okazało się, że zapomniałem wyciągnąć swoją działkę z kieszeni i stara znalazła ją przy praniu. Obyło się bez awantury, bo nie wiedziała, że nie wolno nam było wynosić zabawek na podwórze, ale moja rodzina kładła ogromny nacisk na przestrzeganie zasad, więc oberuchany byłem równo. Dało się to zresztą po mnie odczuć jeszcze w trzeciej podstawówki – dorośli często mnie chwalili, ale rzadko kiedy za to, że, dajmy na to, na czwartym levelu umiałem płynnie czytać, ani że na szóstym umiałem cyrylicę. Chwalili mnie przede wszystkim za to, że byłem GRZECZNY. Czyli za to, że byłem spokojny i nie odpierdalałem jak inne gówniaki; stałem w kącie tylko dwa razy, a w całej podstawówce dostałem tylko jedną uwagę, i to za gadanie na lekcji. Co o mnie myśleli starzy, to już inna para kaloszy, ale dorośli z zewnątrz przeważnie byli zachwyceni, że nie sprawiam problemów. A ja tylko patrzyłem, jak rówieśnicy się bawią między sobą i zazdrościłem im, że umieją. Bo już nawet wtedy miałem wdrukowane tyle zakazów, że miałem poczucie, że nie wolno mi robić niczego, na co pozwolą ci duzi. Zostaw, nie umiesz. Nie biegaj, bo się przewrócisz. Nie podchodź do pieska, bo cię ugryzie. Nie oddalaj się od mamy, bo cię pan zabierze. Nie baw się z tymi dziećmi. Bądź grzeczny i słuchaj nas zawsze, bo rózgę dostaniesz. Nie mów brzydko, bo ci język uschnie. No i kary, histeria i bicie za wszelkie przejawy niesubordynacji, nawet wtedy, kiedy jeszcze mi czegoś nie zdążyli zakazać.

Z rozrzewnieniem wspominam zapoczątkowaną przez ciebie zabawę w „mam nowe brzydkie słowo!” – na początku się bałem, ale kiedy już przełamałem pierwszy strach, co poniedziałek wymienialiśmy się coraz to nowszymi wulgaryzmami i inwektywami, choć nie brakowało też, przede wszystkim po mojej stronie, tworów wyssanych z palca, żeby któremuś nie było łyso, że przychodzi z niczym. Tylko skąd ty to wszystko brałeś? U mnie w domu niczego takiego nie słyszałem. Na zewnątrz też nie, ale, patrząc na czasy, w jakich nam przyszło być gówniakami, może to dlatego, że bardzo rzadko wychodziłem z domu. Prawie każdy mój wkład w grę był permutacją czegoś, co albo przyniosłeś ty, albo co powiedział przy mnie jakiś inny gówniak z przedszkola. Gdzie się nie pojawiłeś, wszędzie robiłeś inbę i kibel – a to na wycieczce w zoo zapierniczyłeś z kiosku pocztówkę, a to w środku siarczystej zimy schowałeś Azjacie z przedszkola czapkę, a to na leżakowaniu wszcząłeś wojnę na kapcie, a to uczyłeś inne gówniaki bekać na zawołanie. Po prostu siewca chaosu, i to od najmłodszych lat. Byłeś moim całkowitym przeciwieństwem – a jednak udało nam się zakolegować i przez niemal całą przedbazę trzymać razem. Bałem się rozrabiać tak, jak ty, ale imponowałeś mi i pomogłeś się otworzyć na pomysł, że nie wszystki zakazy moich starych są zasadne. I że oni sami nie pozjadali wszystkich rozumów tylko dlatego, że się rozmnożyli.

Po przedszkolu nasze drogi się rozeszły – twoi rodzice posłali cię do prywatnej podstawówki, a ja poszedłem do publicznej, rejonowej. Czułem się tam bardzo nieswojo – byłeś właściwie jedyną osobą, którą wtedy nazwałbym „kumplem”, a dookoła niemal same nieznajome twarze. Z przedbazy tylko jeden sebek z osiedla obok, z którym i tak prawie nie gadałem, i dwie dziewczyny. Uczyłem się bardzo dobrze, tak, że nawet w pewnym momencie chcieli mnie przenosić klasę wyżej. Miałem małą grupkę kolegów-pokemoniarzy; jeden z nich nawet był moim oficjalnym rywalem. O ile pierwsze trzy klasy były w miarę spoko – przez większość czasu byliśmy pod czujnym okiem wychowawczyni, więc wiele dziać się prawa nie miało – o tyle w drugiej połowie zacząłem obserwować wzbierającą falę gnębienia. Bardzo szybko nauczyłem się, że starym niczego mówić nie należy, bo nie dość, że mi nie pomogą, to jeszcze opierdolą, że się wikłam w konflikty zamiast negocjować i ignorować, żeby się znudziło; całe szczęście, jakoś w połowie roku szkolnego zrządzeniem losu wpadliśmy na siebie na spacerze z matkami koło przedszkola. Wymieniliśmy się numerami i wkrótce zaczęliśmy się ustawiać na osiedlu, wpadać do siebie na popołudniowe granie i po prostu do siebie dzwonić, żeby pogadać o wszystkim i o niczym. Po raz pierwszy w życiu miałem okazję posocjalizować się z kimkolwiek poza kontekstami ściśle kontrolowanymi przez dorosłych – na podwórku musiałem, co prawda, co godzinę meldować się dziadkowi, ale i tak poziom komfortu psychicznego wzrósł niebotycznie. W końcu mogłem w miarę swobodnie pogadać z kimś poza internetem. Chociaż nie, wróć – w internecie też się za bardzo nie wychylałem, bo ojciec znał się na komputerach lepiej niż ja i za bardzo się bałem, że wejdzie mi na konto na którymś forum albo na Gadu i wszystko przeczyta. Nie wydawało mi się to nieprawdopodobne – starzy już nie raz i nie dwa zdążyli pokazać, że mojej prywatności nie tyle nie szanują, co po prostu nie uznają.

Do czasu, kiedy zaczęliśmy się ustawiać, właściwie jedynym źródłem antyrodzicielskich treści, jakie miałem, były właśnie fora w necie – mimo tego, że mój dom uchodził za dobry, dusiłem się w nim, ale nie miałem komu o tym powiedzieć. Cały „prawdziwy” świat tłukł mi do głowy, że rodzina to świętość, a kto narzeka na rodziców, ten śmieć i niewdzięczne bydlę. Potrzebowałem w pobliżu kogoś, kto by afirmował tę prostą prawdę – tak, moi starzy to toksyczni debile, którzy mi szkodzą i mnie upośledzają. I, oddajmy zasługę, gdzie trzeba – w tamtym czasie byłeś jedyną osobą z mojego otoczenia, która była w stanie tę niszę zapełnić. Dopiero przy tobie poczułem się na tyle komfortowo, żeby zacząć wyrażać moje problemy, choć nie było to specjalnie łatwe, bo, jak zdałem sobie sprawę lata później, mimo słownictwa przeganiającego to przeciętnego rówieśnika o kilka długości, brakowało mi danych, jak powiedzieć, że jest mi źle. Wiedziałem, że moi starzy są „głupi”, ale nie umiałem powiedzieć niczego konkretnego. Że zdają się wszystko rozumieć dosłownie i wydaje im się, że cała komunikacja odbywa się w warstwie otwartego tekstu i że deszcz pada, kiedy ktoś pluje im w oczy i śmieje się w twarz. Że myślą, że wszyscy bez wyjątku nauczyciele są obiektywnymi misjonarzami, a rzeczy, które mówią o gówniakach, nie są skrzywione osobistymi sympatiami i antypatiami ani frustracją, że po zmianie systemu wylądowali w chujowo płatnym zawodzie bez przyszłości. Że jak przez trzy lata jedna wychowawczyni wychwala mnie pod niebiosa, że jestem najgrzeczniejszy z całej klasy i jestem dla niej podporą, a ta od klas 4-6 twierdzi, że jestem wcieleniem diabła, to nie ma w tym nic dziwnego i widać do tej pory dobrze się kryłem. Nie wiedziałem też, jak przekazać, że moja matka jest nadmiernie wścibska, histeryczna i inwazyjna nawet jak na standardy matek. Ani jak powiedzieć, że mój ojciec stosuje przemoc, mimo że nie zawsze objawiało się to biciem, tylko często losowym zastraszaniem – na przykład, kiedy jako dziesięciolatek wróciłem do domu żując Big Reda, pytając mnie jadowicie, z wypisaną na twarzy implicytną groźbą wpierdolu, czy piłem, chociaż, jak dotarło do mnie, kiedy lata później już faktycznie cokolwiek popiłem, zapach tej gumy z żadnym alkoholem kojarzyć się prawa nie miał.

Ty może też nie miałeś szczególnie bogatego słownictwa, ale z moich niezdarnych opisów umiałeś wychwycić, że coś faktycznie jest nie tak. Jako że w tamtym czasie większym problemem niż gnębienie w szkole było dla mnie traktowanie w domu, rzadko kiedy wspominałem o tym pierwszym – bardziej ciekawiło mnie, jak sobie radzić z rodzicami. Bo ty ze swoimi żyłeś zaskakująco dobrze – owszem, też mówiłeś, że zdarzało im się ciebie ukarać albo opierdolić za coś głupiego, ale kiedy widziałem na własne oczy, jak pozwalają ci na, patrząc w tył, całkiem normalne dla tego wieku rzeczy, a potem dziwiłem się na głos, że moi mi tego zabraniają, nie mogłeś uwierzyć, że traktują mnie jak niedorozwiniętego kilkulatka. Zresztą, nie ty jeden – gówniaki w szkole też się dziwiły, ale, w odróżnieniu od ciebie, traktowały te ograniczenia jako powód do poniżania i wyśmiewania. Dopiero ten kontrast między twoimi starymi a moimi z całą mocą uświadomił mi, jak nienormalny był mój dom – ty ze swoimi gadałeś na względnym luzie i, kiedy potrzebowałeś ich rady, nie miałeś problemu, żeby o nią poprosić, a kiedy coś zbroiłeś, ale nikomu nie zaszkodziłeś, twój tata tylko się śmiał i prosił twoją mamę, żeby dała spokój, bo w twoim wieku też taki był i za parę lat i tak sam będziesz się tego wstydził. A ja przed moimi kryłem się absolutnie ze wszystkim. Ba, kiedy do domu wracał ojciec, robiłem, co mogłem, żeby nie zwracać na siebie jego uwagi i nie ściągać na siebie jego nieprzewidywalnych humorów. Słowem, ty żyłeś w normalnym domu, który działał jak w pobożnych życzeniach inżynierów społeczeństw, a ja w domu dysfunkcyjnym, o którego specyfice w literaturze dostępnej w polskim chlewie można było przeczytać dopiero lata później. Ty rosłeś zdrowo, ja nie.

Pół biedy, że dzięki tobie mogłem trochę ponadganiać. W końcu miałem z kim pobiegać po osiedlu, pograć na kompie, pobawić się w małego chemika. Pozwiedzać zakazane zakamarki, pośledzić żuli, podpalić kubeł ze śmieciami. Przekonać się, że świat nie jest taki straszny, jak mi go malowano. Dyngusowe bitwy, które urządzaliśmy, były jednymi z najbardziej epickich rzeczy, jakie spotkały mnie w tamtym wieku, a nasze taktyki były nie do podjebania. Moje pomysły plus twój entuzjazm i kozactwo. I nawet trochę polubiłem granie w gałę. Trzymaliśmy się razem tak bardzo, że aż wkręciliśmy ratownikowi na basenie, że jesteśmy braćmi. Kurde, jak tak sięgnę pamięcią do tego miejsca, tam też bawiliśmy się zajebiście – najbardziej chyba po zajęciach, kiedy wracaliśmy do szatni i polewaliśmy się lodowatą wodą ze szlaufa, żeby się hartować i patrzeć, ile który wytrzyma. Mieliśmy najlepsze czasy w grupie, ale zawsze byłeś zbyt oberuchany, żeby skakać ze słupka. Pamiętam, jak przy pierwszym razie stanąłem obok ciebie i dodawałem ci otuchy. Nie emocjonalnie, bo w tym zawsze byłem chujowy, więc nigdy tego nie robiłem – zawsze bałem się, że druga osoba się w tym połapie i poczuje się, jakbym obrażał jej inteligencję. Robiłem to po swojemu, dając ci rzeczowe informacje, dlaczego nie masz się czego bać – to tylko tak wysoko wygląda, ale tam jest za głęboko, żeby sobie rozbić łeb. Stary, nie utoniesz – pływaliśmy już dzisiaj kilkanaście basenów, ile razy utonąłeś? No właśnie. Nie, to nie boli, tylko nie skacz od razu na bombę. Łapy na płasko, wbijasz się jednym ruchem, jakbyś rzucał papierowy samolot. Patrz, stary, tak to się robi. W końcu skoczyłem. A ty, po chwili wahania, za mną. I zwycięstwo, i euforia, i było się czym pochwalić tacie. Kilka lat później ja kompletnie dałem spokój z basenem, a ty zrobiłeś uprawnienia ratownika. Zabawne, jak to wszystko działa.

Moja matka cię uwielbiała. W każdym razie do momentu, w którym odkryła, że wciskasz mojej młodszej siostrze za pieniądze jakieś gównozabawki. Pogadała z twoją matką, i wyszło, że wcale nie jesteś taki do rany przyłóż, za jakiego cię uważają. Czy miałem o to ból dupy? A skąd. Wręcz przeciwnie, miałem to w chuju i sam ci ten proceder umożliwiałem, bo kurwy nie znosiłem jak mało kogo. Ważne, że było na czipsy i colę. Mimo młodego wieku odznaczała się naprawdę sporą inteligencją, gdy szło o manipulowanie moimi starymi i nastawianie ich przeciwko mnie. Czy miała z tego jakieś wymierne korzyści? Nie, żadnych. Tylko radochę, że może im nagadać, że ją uderzyłem, a oni na mnie nakrzyczą i mnie ukarzą. Albo wrzucić mojego Gameboya do śmieci i cieszyć się, że zrobiła mi na złość. Czy obrażać mnie przy rodzicach i patrzeć, jak się śmieją z tego, że jest dla mnie niemiła i mówią otwarcie, że nie ma co się złościć, bo to tylko małe dziecko i „sobie tylko gada”. W połączeniu z bagnem, jakie miałem w szkole, tego było stanowczo za wiele. Nie widziałem mojej rodziny jako przyjaciół, ani nawet sojuszników – kurwa, jak właściwie nazwać ludzi, którzy sprawując nad tobą opiekę nie wierzą ci albo bagatelizują twoje emocje, kiedy się skarżysz, że jesteś ofiarą przemocy, zawsze z góry zakładają twoją winę, śmieją się, kiedy dokucza ci młodsza gówniara, a jak reagujesz, to cię dodatkowo karzą? Bo ja znam naprawdę dużo słów, ale żadne cenzuralne mi do głowy nie przychodzi.

(4_1/3)

 No.232

File: 60d2ab1fee509.vichan.jpg (121 KB, 1000x525, 4_2 szkolne mury.jpg) ImgOps Exif Google

Nie było siły, żebym w takim domu wyrósł na zdrowego człowieka. Byłem zastraszoną pizdą, a gówniaki z podstawówki bardzo chętnie tego faktu nadużywały – im wyższa klasa, tym gorzej. Pewnego dnia twoja matka pogadała z moją i pojawił się pomysł, żebym poszedł do gimbazy z tobą, do tego samego zespołu, w którym mieściła się twoja podbaza. Bo prywatna i katolicka, to i zero gnębienia i patologii. Z tego, co sam mówiłeś, też ci tam nie było źle. Przystałem na to. Co miałem do stracenia? Katol, prawda, był ze mnie żaden, i to od ładnych paru lat, ale podobnie sprawa miała się z tobą – w końcu z niedzielnej mszy spierdalaliśmy matkom we dwóch i dobrze wiedziałem, jaki masz stosunek do walenia pokłonów przed jezuskiem – przyjemniej nam się waliło colę pod sklepem. Dla mnie ważne było, że pójdę do szkoły z moim najlepszym kumplem. Że będzie się z kim trzymać, że będzie mnie miał kto bronić, że chociaż tę szkołę przeżyję normalnie. O, naiwności.

Zawsze było wiadomo, że jak ci się podaje rękę, lepiej przeliczyć palce – do tamtego dnia nie dawałeś mi jednak żadnych powodów, żeby sądzić, że z taką łatwością skierujesz tę cechę także przeciwko mnie. Był jeden z pierwszych tygodni szkoły, pamiętasz? Przywlokłeś ze sobą jakieś gówniane, plastikowe smycze do telefonu, które można było dostać na pobliskim bazarze za piątaka. Chciałeś je wcisnąć jednemu z moich nowych kolegów z dychą przebitki. Był sceptyczny, więc próbowałeś zrobić ze mnie swój dowód społeczny. Nie bardzo wiedziałem, co wtedy zrobić – przez pierwszą część rozmowy wbijałem wzrok w okno i udawałem, że was nie słucham, ale kiedy się do mnie odezwałeś, postanowiłem rozbroić tę bombę w możliwie najbardziej bezbolesny sposób.
- Ej, stary! Prawda, że smyczka do telefonu kosztuje piętnaście?
- Co, ta? Stary, gdzie ty ją kupiłeś? Ja taką na bazarze tu obok widziałem za piątaka!
Chciałem to rozegrać tak, żeby nikt z was nie był pokrzywdzony – ani on, że został zrobiony w konia, ani ty, że kumpel właśnie celowo udaremnił twój wałek – i sprawić wrażenie, jakby cała sytuacja była zwykłym nieporozumieniem, bo nie skumałem, że miałem uczestniczyć w oszustwie. Bądźmy szczerzy – kto jak kto, ale ty tej kasy na pewno nie potrzebowałeś. Miałeś spore kieszonkowe i nadzianych starych, którzy i tak wszystko ci chętnie kupowali. Niestety, połapałeś się, że zrobiłem to specjalnie. A może stwierdziłeś, że nie potrzebujesz przydupasa-debila, który utrudnia ci kantowanie ludzi? O cokolwiek by nie chodziło, tamtego dnia poprzysiągłeś mi zemstę. Najpierw zacząłeś mnie obgadywać i nastawiać przeciwko mnie chłopaków. Potem robiłeś wszystko, żeby obrzydzić mnie dziewczynom, siadając, na przykład, w ławce za mną i trąc o nią grzbietem podręcznika, żeby wywołać wrażenie, że nie trzymam zwieraczy, a potem z udawanym niesmakiem wykrzykiwałeś moje imię. A następnie przeszedłeś do odwracania ode mnie kumpli. Nie tego, którego uchroniłem przed utratą kasy, chociaż też próbowałeś, ale dwóch, z którymi się zakolegowałem na kółku matematycznym, już ci się udało. Jeden w sumie wiele wart nie był – kupiłeś go obietnicami, że pokażesz mu, jak nie być spierdoliną i znaleźć dziewczynę, bo nie warto się trzymać z typem, którym gardzi cała klasa oprócz jednego dziwaka. Drugiemu za to nałgałeś, że obrabiam mu dupę i wyśmiewam za plecami, że jest grubasem. Trafiło na podatny grunt – prawda, żartowałem z jego tuszy otwarcie, ale tylko w takim wymiarze, w jakim on robił to sam, jednak tobie udało się to obrócić tak, żeby myślał, że w ten sposób próbuję sobie podbić pozycję jego kosztem i zrobić z niego oblecha przed lochami. Podziałało tak, że pewnego dnia po prostu bez wytłumaczenia rzucił się na mnie z pięściami. Nie minęło pół roku nowej szkoły, a ja znowu znalazłem się na samym dole klasowej hierarchii – wraz z kumplem, którego uchroniłem przed twoim wałkiem, i jednym, podobnie zgnojonym samcem omega, który do ferii zdążył przez gnębienie już dwa razy zmienić budę. Właściwie sam myślałem, czy by się nie przenieść do rejonu – w końcu straciłem wszystko, po co do tej gimbazy w ogóle poszedłem – ale zatrzymywała mnie myśl, że tam byłoby jeszcze gorzej. Może to był błąd? Może, gdybym wtedy się na to zdecydował, albo nawet w ogóle cię nie poznał, nie wyrósłbym na licealistę, a następnie dorosłego z problemami? Nie, to by było ugryzienie tematu od złej strony. Katolicka gimbaza była nie przyczyną spierdolenia, tylko jego skutkiem. Zresztą, sam byłeś na to świetnym przykładem – chodziłeś do tego zespołu jeszcze dłużej niż ja, a jednak, mimo upierdolenia pierwszego roku na studiach i przeniesienia się na wieczorowe, wyrosłeś na zdrowego i funkcjonalnego dorosłego, jakkolwiek, wieść niesie, raz menda, zawsze menda. Spierdolenie wynosi się z domu.

Poza domem właściwie nie miałem czego szukać. Nie znałem wielu ludzi, a tych, których znałem z poprzedniego życia, po prostu unikałem. Ale spoko, to już była era masowej internetyzacji – moje dawne miejsca w sieci zdążyłem już opuścić, bo się wypaliłem, a poza tym to w nich i w podstawówkowym chińskobajkarstwie naiwnie upatrywałem przyczyn bycia szkolnym popychadłem, ale za sprawą jednego z nieprzekabaconych jeszcze wtedy kolegów z kółka znalazłem nowe – Tibię. Kurwa mać. Kurwa jego mać. Przeklinam ten dzień do dziś. Zaczęło się jak zwykle – ktoś przychodzi do szkoły i mówi o nowej rzeczy, ludzie podchwytują, wkręcają się, i albo zostają, albo odchodzą. Gra typu piksele zabijają piksele. Soundtrack własny. Grafika typu pikseloza. Jako teraz-już-były pokemoniarz wielkich wymagań nie miałem – liczyła się nowość. I interakcja z ludźmi. Kurwa mać, gdybym tylko wiedział, jaka tam dominowała demografika. Przez poprzednie dwa lata tak zdążyłem się zniechęcić do polskiego internetu, że już prawie w nim nie siedziałem i nie do końca zauważyłem, jak daleko idące zmiany, czy, raczej, spustoszenie, wywołało w nim pojawienie się Neostrady. Jasne, docierało do mnie, że teraz każdy seba-osiedlak mógł wejść do mojego safespace’u i tam smrodzić, ale nie sądziłem, że to zjawisko zdążyło się aż tak umasowić. Optymistycznie zakładałem, że jak ktoś umiał skompletować proces rejestracji po angielsku, to chociaż był na podobnym poziomie, co chińskobajkarze z lepszych lat. O, naiwności. O, naiwności.

(4_2/3)

 No.233

File: 60d2ac14db33f.vichan.png (1,64 MB, 1181x885, 4_3 nie zapomnisz.png) ImgOps Google

Na początku trzymaliśmy się tam małą paczką – ja, tamci dwaj z kółka matematycznego, a później, po zmianie serwera, jeszcze ty i starszy kuzyn jednego z nich; miał pacca i royal palla na 40. Tobie się szybko znudziło i zrobiłeś sobie dłuższą przerwę, a my chodziliśmy po Thais, zwiedzaliśmy mapę i noobiliśmy. Serwer był szwabski, to i polactwa potąd i jeszcze trochę. Jak się później dowiedziałem, trafiliśmy akurat na środek wojny między Polakami i Szwedami. Nie żeby ci pierwsi czuli jakąś specjalną solidarność ze swojakami – na dzień dobry na mainie ja i jeden z matematyków, zwiedzając słynną trolownię na wschód od Thais, dostaliśmy z dupy hunta od jakiegoś 70 lv elite knighta i jego kuzyna patusa przed trzydziestym. Próbowaliśmy coś tam jeszcze grać, ale padaliśmy tyle razy, że to już nie miało sensu; jakoś wtedy odezwał się ten kuzyn-paladyn i zaprosił nas do siebie, na serwer amerykański. Był, jak to często na takich bywało, opanowany przez brazoli, ale atmosfera była o wiele lepsza, bo tylko się między sobą i zajmowali expowiska, a poza tym, kiedy grali Polacy, większość z nich była w szkole, a kiedy grali oni, my już spaliśmy. Nawet zdrowy ekosystem. Polaków było mało i luźno się trzymaliśmy razem – najważniejsze, że nikt nikogo nie huntował bez powodu, więc można było spokojnie expić. W losowaniu przypadła mi rola druida – niby najgorsza postać, ale, jak się potem okazało, miałem nad wami przewagę, bo, jak trzeba było się uczyć, po prostu zaszywałem się w tajnej jaskini na południu Thais, siadałem z książką i klepałem uhy, a czasami dołączał kolega pall i, przeważnie powtarzając ten sam przedmiot, skilował sobie na postawionym za plecak blanków monku – czasami nawet się nawzajem odpytywaliśmy. Gdzieś między feriami a wakacjami ty i ja w końcu się pogodziliśmy, ale było wiadomo, że nic już nie będzie takie samo – pokazałeś swoje prawdziwe kolory i po tym, co zrobiłeś, nigdy już nie odzyskałem do ciebie zaufania, którym cię darzyłem wcześniej – ale po prostu nie było wyboru. Mogłem albo się z tobą luźno trzymać, albo być na celowniku. Za zaoszczędzone kieszonkowe poszliśmy we dwóch do banku zrobić przelew za pierwszego pacca. Ale byłem szczęśliwy, kiedy po raz pierwszy mogłem pozwiedzać Ank samodzielnie, a nie tylko za pośrednictwem tibicamów z Youtube! Możliwości zwiedzania czegokolwiek w prawdziwym świecie miałem mocno ograniczone, więc dobra i wirtualna proteza. Mimo tego, że chwilę przed gimbazą Polska weszła do Unii, zapasy naszego głównego towaru eksportowego – problemów społecznych – były jeszcze w naszej dzielni całkiem pokaźne, więc solowa eksploracja jej dalszych rubieży, czy nawet bardziej niszowych części interioru, wiązała się z ryzykiem padnięcia ofiarą rozboju i utratą, w najlepszym wypadku, portfela i telefonu. Dalsze rejony miasta? Nie było po co, nie było z kim. Właściwie do przeprowadzki, wyjąwszy wakacje czy szkolne wyjścia i wycieczki, praktycznie nie ruszałem się poza okolice osiedla.

Całą gimbazę przesiedziałem przed kompem. Podobnie, jak w drugiej połowie podstawówki gry na emulatorze, Tibia wypełniała mi pustkę codzienności i odwracała uwagę od tego, że tak naprawdę nie mam żadnego kompasu ani kierunku, w którym chciałbym iść. Recepta starych na wszystko była prosta – ucz się tego, co ci każą, myśl tak, jak ci każą, przestrzegaj zasad, jakby groziła ci egzekucja, i nie kwestionuj wydeptanej za ciebie ścieżki, a przyszłość przyjdzie do ciebie sama. Był tylko pewien problem – PRL już się dawno skończył, a wraz z nim czasy skierowań do gwarantowanej pracy po ukończeniu studiów. Nie, żebym wtedy rozumował tak dalekosiężnie – z grubsza wiedziałem, w czym jestem dobry, ale opuściły mnie siły, żeby cokolwiek ze sobą robić. Do tego brak pozaszkolnego kontaktu z ogarniętymi rówieśnikami pozbawił mnie jakiegokolwiek odniesienia – nie wiedziałem, co przyszli ludzie sukcesu robią, kiedy wracają do domu. Ale raczej rozwijali jakieś zainteresowania. Albo się socjalizowali. Ja co najwyżej rozwijałem swoją pikselową postać i socjalizowałem się z poznanym na serwerze sebostwem z Pierdziszewa Dolnego. I czytałem anglojęzyczne webkomiksy. Nawet nie wiem, kiedy to się dokładnie stało, ale z awangardy polskiego internetu stoczyłem się do kasty zwykłych zjadaczy chleba. Chociaż nie, zjadacz chleba to dużo powiedziane – ja zrównałem się ze zjadaczami podrobów i przyjąłem, że ich sposób rozumowania to standard „normalnych” ludzi. Kompletnie nie ogarniałem, jak się zmienia świat dookoła, bo nie za bardzo miałem z kim o tym pogadać z kimś ogarniętym. Nawet memów nie znałem.

Oceny w szkole wykazywały tendencję spadkową. Niby normalne, bo gimbaza to oczko wyżej niż podstawówka, i było więcej przedmiotów, ale, biorąc pod uwagę, że w poprzedniej budzie zajmowałem miejsca w konkursach z matmy, a w nowej ledwo wyciągałem czwórki z minusem i nawet nie kumałem, do czego służą funkcje, bo przechorowałem kluczową lekcję, na której babka to tłumaczyła, kiepsko to wyglądało. Zresztą, to już było na dalszym planie – byłem zawiedziony szkołą jako instytucją i najbliższym otoczeniem jako ludźmi. Ty jeszcze dopierdalałeś mi do pieca, ostentacyjnie kręcąc się z odkabaconymi ode mnie nerdami i mówiąc na głos, że takie z was zgrane trio – specjalnie po to, żeby dać mi do zrozumienia, że, mimo powierzchownej zgody, zostałem wykluczony i nie jestem częścią waszego kółka. A do tego na wycieczce, kiedy szliśmy przez cmentarz i wyciągnąłem komórkę, żeby porobić zdjęcia nagrobków, wpadłeś na pomysł, żeby namówić jedną z klasowych karyn, żeby pobiegła na przód, do dziewczyny, która mi się podobała, i wmówiła jej, że robię zdjęcia jej dupy, żeby mnie znielubiła jeszcze bardziej. Nauka z czegoś nawet przyjemnego i motywującego stała się kolejnym niewykazującym oznak sensu gównem do odbębnienia. Pobudka, ruchanie, przebranie, śniadanie, droga. Odsiadka wbijając wzrok w plecy podobającej mi się dziewczyny z klasy, która mną otwarcie gardzi, przeplatana nieprzyjemną interakcją z nauczycielem, zaczepkami klasowego sebostwa oraz przerwami na jedzenie, interakcję z moją grupką ofiar i zaczepki starszego sebostwa. Upragniony dzwonek. Droga z powrotem. Obiad autorstwa dziadka, przyrządzony według sprawdzonych, wojskowych receptur. Hry hry hry, jedz ziemniaczki, wnusiu. Dobre ziemniaczki, hry, hry, hry. Kilkugodzinne okienko spokoju na Tibię. Słuchanie jednego kawałka z przeglądarki w pętli, bo przy odtwarzaczu i grze jednocześnie Windows ME nie wyrabia i zdycha. Siedemnasta trzydzieści. Powrót matki. Jak tam fskole? ruchak tam, kurwa, wytęż empatię poznawczą. Synku, nie sieć ciongle psy komputeze, ciongle w te Tibie gras, uzaleziony jesteś! To gdzie mam, kurwa, siedzieć? Kącik z kompem to jedyne miejsce w domu, w którym nie muszę na was patrzeć. Dziewiętnasta. Szczęk kluczy. Powrót ojca. „MALUCHAAA!”. Fala zażenowania. Kolacja. Ćwiczenie niewidki w realu. Uhy w Tibii, powtarzanie na jutro. Kąpiel. Rozkminy. Sen. Wstawaj! Śpij! Wypij! Lej! Gadaj! Milcz! Kopiuj! Wklej! Spłukać, powtórzyć, zapętlić 5x4x10x3 minus święta. A weekendy jeszcze weselsze. Posprzątaj. Zmyj. Ucz się. Pokaż zeszyty. Źle, źle, źle. Brzydko piszesz. Dwójczyny, trójczyny, tfu. Lenisz się tylko, talent marnujesz, ja w twoim wieku byłem lepszy. Rozkazy. Rozkazy. Rozkazy. Zwolnij mi komputer, w tej sekundzie. Obserwacja. Łażenie po pokoju. Braciszku, czy mogę pograć na komputerku? Pustka. Wzrok w ścianie, żeby nie widzieć. Słuchawki na uszach, żeby nie słyszeć. Nikomu się wygadać, znikąd ratunku. Marazm. Permadół. Weltschmerz. Depresja. A za oknem ludzie się rozwijają i socjalizują. Jeżdżą robić rzeczy i dobrze się bawią. A po weekendzie znowu szkoła z sebami. Zaciśnij zęby, w rejonie miałbyś jeszcze gorzej. Oby do dzwonka. Szczęść Boże.

W trzeciej klasie agresja gnębicieli zaczęła się wylewać poza mury szkoły, więc sprawiłem sobie puszkę gazu pieprzowego. Ale przyszło mi jej użyć wewnątrz, jak zresztą dobrze pamiętasz – była to najgłośniejsza inba w tym smutnym jak pizda gmachu, od kiedy kilka lat wcześniej ktoś wysadził achtungiem kibel na parterze. Gówniarzom z sali przy schodach widać zaczęły buzować hormony, bo ośmielały się i fikały coraz bardziej. Pewnego dnia któryś wszedł na górę i zaczął mnie ciągnąć za włosy. Wywiązała się szarpanina. W końcu zaczął mnie nakurwiać pięściami. Z bagażu doświadczeń wychodziło mi, że gdybym go sprał, miałbym przejebane do sześcianu, więc zamiast tego maznąłem go noszoną w kieszeni puchą. Ale się, kurwa, rozpętało! Kaszel, rozpaczliwy płacz, paniczny bieg do kibla. Jak ty mogłeś użyć gazu w szkole! Wezwanie straży miejskiej, wezwanie starej, zawieszenie w prawach ucznia. Dwutygodniowe ferie na żądanie! Później starzy coś mi pierdolili, że ten gnojek mógł stracić wzrok, ale potem doczytałem i się okazało, że to gówno prawda. Pół biedy, że chociaż kompa nie zabrali – przez ten czas wbiłem moim knajtem z aksa chyba z dziesięć leveli. Seby w Tibii miały bekę i pomogły mi obrócić całą sprawę w taki sposób, że w sumie czułem się dumny, że w końcu postawiłem się systemowi i sprawiłem mu kłopot. Nie spieszyło mi się z powrotem – szkoła była, zresztą, w dość wymowny sposób otoczona ogrodzeniem z drutem żyletkowym, który był skierowany do środka, a nie na zewnątrz – ale zanim mogłem wrócić, musiałem jeszcze zaliczyć wizytę w gabinecie u dyra. Dali mi do podpisania ten słynny kontrakt: miałem nie spożywać w szkole „napojów pobudzających” (bo lubiłem pić colę i najwyraźniej sobie ujebali, że jestem przez nią nadpobudliwy), bezwzględnie przestrzegać regulaminu, nie przynosić żadnego rodzaju broni i dwa razy w tygodniu chadzać do szkolnej psycholożki. A, no i jechać na dwutygodniową obserwację do psychiatryka. Patrząc w tył, zachowali się nawet przyzwoicie – został mi ostatni rok, mogli mnie równie dobrze wyjebać. W międzyczasie, jak się dowiedziałem, zrobili klasowy zwiad – czy bywałem wcześniej agresywny, czy zdaniem innych mam aby na pewno równo pod sufitem, czy sobie czasami czegoś nie dosypywałem do coli. A wystarczyło wyciągnąć chuja z oka albo ucha, kiedy mnie gnębiliście, obgadywaliście i wypierdalaliście moje rzeczy za okno.

Wzbraniałem się przed zsyłką do psychuszki jak pojebany. Był grudzień, więc w akcie desperacji zmoczyłem włosy i na kilkanaście minut wystawiłem łeb za okno. Zdaje się, że mogłem od tego dostać zapalenia opon, ale wizja zapięcia w pasy, elektrowstrząsów i zwarzywiania psychotropami za bardzo mnie przerażała. Przesadzona? Jakbyś miał taką matkę, jak ja, też byś się wszystkiego bał. Kiedy została wezwana do budy, miała minę, jakbym co najmniej kogoś zabił, poćwiartował, zjadł i zgwałcił. Dokładnie w tej kolejności. Jak zwykle miałem wyolbrzymiony do granic absurdu obraz konsekwencji, które spotkają mnie za przewinienie; właściwie bardziej się nacierpiałem czekając. Bo w psychiatryku było po prostu… normalnie. Najgorsze było, rzecz jasna, jedzenie – specjalnością zakładu był, jak to mawiali współosadzeni, pies zmielony z budą. Akurat trafiłem na turnus złożony głównie z bulimiczek, więc mój brak apetytu był najmniejszym ze zmartwień terapeutek; przydzielili mnie do pokoju z rok starszym kolesiem z Aspergerem, więc chociaż dało się pogadać na poziomie. Ludzie mieli swoje problemy, ale dzięki nim odnosili się do mnie, cholera, empatycznie. Empatycznie jak nikt nigdy wcześniej i mało kto później. Wiedzieli, jak to jest, kiedy otoczenie gnębi i odrzuca, i to nawet bardziej niż ja – większość z nich pochodziła z rozbitych rodzin albo nawet z patologii. Ale jednak byli dla mnie lepsi niż znakomita większość „normalnych”. Znali uczucie bezbronności, bezradności i krzywdy; nie chcieli go powielać u innych. Żadnych pasów ani leków nie było, a jedyna elektryczność, jaka przeszła przez moje ciało, to impulsy elektroencefalografu. Prowadząca mnie na badanie pielęgniarka nawet mi zaproponowała szluga. Kurwa, gdzie ci wszyscy normalni i ludzcy ludzie byli przez całe moje życie?

Po dziesięciu dniach odsiadki naczelna terapeutka zawyrokowała: nie jestem psycholem, nawet łatwo nawiązuję kontakt z innymi, tylko widać, że mam niską samoocenę i próbuję ją zasłaniać, ilekroć czuję się zagrożony – możliwą przyczyną dysfunkcje w otoczeniu. Ja, łatwo kontakt z innymi? I jeszcze mnie grupa polubiła? Gdybym wtedy znał ten termin, pomyślałbym, że to jakaś próba wrobienia mnie w efekt Pigmaliona. Ale, nie ukrywam, wyszedłem stamtąd z podniesioną głową i nadzieją na lepsze jutro. Do tego, kiedy wróciłem do szkoły, zderzyłem się z czymś, czego, nie licząc odsiadki za murami psychiatryka, nie doświadczyłem od bardzo dawna – z szacunkiem rówieśników. Nie tylko tych dwóch, z którymi się trzymałem – wszystkich. Jak nic, wychowawczyni wam powiedziała, żebyście byli grzeczni, bo mogę znowu coś odpierdolić, ale hej, niech nienawidzą, póki się boją. Serio? To było takie proste? Wystarczyło jednak się przełamać i o mało nie zrobić komuś krzywdy? Kurwa, gdybym tylko to wiedział w podstawówce. Ale nie wiedziałem, bo dorośli, których zadaniem było dbać o mój prawidłowy rozwój, woleli mi wmawiać, że należy ignorować, to się znudzi, a jak się będę bił, to pójdę do poprawczaka. A w tym samym czasie ojciec sebka otwierał piwo po kolejnym zebraniu, na którym solennie obiecał poważnie porozmawiać z synem, śmiejąc się, że taki mu rośnie nicpoń. Albo, jeśli jego syn był ofiarą, pokazywał mu, jak oddać, żeby tamten drugi pożałował i się odpieprzył. Na tę chwilę to już jednak nie miało znaczenia – w końcu, po ponad dwóch latach, miałem upragniony spokój. Nie, żebym się z tą szkołą nagle polubił. Miałem jej po prostu dosyć. Trzeba było jeszcze odkurwić egzamin gimnazjalny, ale to poszło z przysłowiowym palcem w dupie – nawet się specjalnie nie ucząc skosiłem 91 punktów, najwyżej z całej klasy. Ale chuj mi po tym, skoro miałem zaległości i nawet nie wiedziałem, gdzie chcę iść do liceum, a co dopiero na uczelnię? Ale pal licho, gdybym poszedł do rejonu, mogło być jeszcze gorzej. Niewykluczone, że wylądowałbym w psychuszce jeszcze wcześniej i na znacznie dłużej.

Po zakończeniu szkoły wypełniał mnie optymizm, jakiego wcześniej nie znałem. Czułem się, jakbym mógł zwojować cały świat. Miałem jednak poczucie, że warunkiem koniecznym jest odcięcie się od nieprzyjemnej przeszłości – podobnie, jak po podstawówce, zerwałem wszystkie kontakty. Tym razem tylko na jakiś rok; niektóre odnowiłem, niektórych nie. Ciebie już znać nie chciałem, zresztą już od pierwszej gimbazy – nigdy w życiu nie spodziewałbym się, że dla człowieka, z którym przeżyłem tyle szczeniackich przygód i byłem, zdawałoby się, tak blisko, moja przyjaźń okaże się warta mniej niż piętnaście złotych.

Jakiś czas temu zobaczyłem cię, jak szedłem przez osiedle. Właściwie do szliśmy prosto na siebie. Postanowiłem, że nie będę kusić losu i przy pierwszej możliwości odbiłem w lewo. Po przejściu bezpiecznej odległości spojrzałem w kierunku, który wychodził mi z jedynej logicznej trajektorii. Ale ciebie tam nie było. Też odbiłeś.

PS. We wstępie zapomniałem wspomnieć o jeszcze jednej rzeczy, jakiej się od ciebie nauczyłem – rozpoznawać, kiedy ktoś kłamie, blefuje, lub w inny sposób mija się z prawdą. Ot, subtelne, ale nagłe zmiany tonu, usztywnienie mimiki, spowolnienie. Kiedy później widziałem te sygnały u innych, początkowo zbywałem to, tłumacząc sobie, że się najeżam przez długotrwałą i nadmierną ekspozycję na patologicznego kłamcę. Ale jednak za każdym razem okazywało się, że rację miał bebech. Nawet przydatna umiejętność. Ale i klątwa, bo nie potrafię się zbliżyć do kogokolwiek, u kogo widzę sygnały podobne do tych twoich – tfu, nie potrafię już nawet chcieć. Widzę, jakimi ci wszyscy ludzie są kutasami dla siebie nawzajem i nie chcę mieć z nimi nic wspólnego.

PPS. Słownictwo i zdolność samodzielnego kojarzenia faktów zawsze miałeś cokolwiek marne, więc na wszelki wypadek wyjaśnię – słowo „drogi” we wstępie nie odnosi się do tego, że twoje wspomnienie jest drogie mojemu sercu, tylko do czesnego za gimbazę – łącznie kosztowało moich starych dwadzieścia kilka kafli.

(4_3/3)

 No.234

File: 60d2ac3962022.vichan.gif (4,73 KB, 240x159, 5_1 bob.gif) ImgOps Google

Drogi Prototypie,

Na wstępie: wybacz pozornie uprzedmiatawiającą denotację; do stojących za nią powodów dojdę później.

Nie pamiętam, jak się zaczęła nasza, bądź co bądź, wirtualna znajomość, ale doskonale pamiętam, jak gówniane dni mi rozświetlała. Dorastałem w znacznie lepszym mieście niż Twoje, jednak średnia z ogółu niewiele pomaga, kiedy trafisz do patodzielnicy. Kiedy trochę podrosłem i naoglądałem się miejscowej rzeczywistości, skonstatowałem, że moja dzielnia w sumie nie ma żadnego serca ani nawet zielonych płuc, tylko trzy odbyty. Latka lecą, a zdanie pozostaje to samo.

Wtedy jeszcze nie znałem tego pojęcia, ale zarówno w szkole, jak i na osiedlu, panowało prawo Jante. Niestety, miałem tego pecha, że odstawałem, nawet nie czyniąc w tym kierunku żadnych wysiłków; słownictwem, bo dużo czytałem, ubiorem, bo moi starzy jako jedna z trzech par klasowych rodziców przyzwoicie zarabiali (w sumie nic markowego, ale jako jeden z niewielu nie chodziłem w ubraniach z bazaru), zainteresowaniami, bo chyba jako jedyny chłopiec w szkole miałem wyjebane na spalone i konie mechaniczne, i, wreszcie, wynikami w nauce – chociaż tu nawet nie wiem, dlaczego, bo się specjalnie nie starałem, ani nie puszyłem. Siłą rzeczy, bardzo szybko stałem się ulubionym obiektem gnębienia dla przyszłych robotników niewykwalifikowanych i abiturientów techników. Myślałby kto, że wystarczy poskarżyć rodzicom albo wychowawczyni, nie? Cóż, też tak myślałem. Dopóki nie zorientowałem się, że żaden dorosły nie chce mi pomagać. Wygodniej było automatycznie uznać moją winę za cokolwiek złego się wydarzyło w otoczeniu – od ziemniaka w rurze wydechowej sąsiada po wybitą szybę na parterze. Ba, kiedyś po szarpaninie w pokoju na zielonej szkole wychowawczyni jeszcze tego samego dnia poskarżyła moim starym, że nazwałem kolegów „bandą” i brałem udział w bójce, którą „ewidentnie” sprowokowałem. O szkolnych kolegach już nawet nie mówię, bo ten jeden, którego miałem – nie żeby wtedy bliski – sam był zastraszonym słabeuszem, za którym nikt nigdy się nie wstawił. Obaj przyjmowaliśmy taktykę biernego oporu, chociaż on miał łatwiej, bo znał się z patusami z osiedla i przynajmniej go specjalnie nie gnoili.

Jakkolwiek by tego nie pokroić, najlepszą odtrutką na cały dzień wyzwisk, szyderstw, fizycznej agresji i gróźb wpierdolu zawsze był dla mnie komputer. Ot, posiedzieć na jednym z kilku uczęszczanych przez nas forów, popykać w którąś z gierek z „naszej” serii na Visual Boyu, pobawić się spritesheetami i potryhardować na webkomiksy a’la „Bob and George”, czy wreszcie odpisać komuś na Gadu. W zasadzie byli to sami ludzie z netu, bo w otoczeniu fizycznym czasy powszechnej cyfryzacji miały dopiero nadejść. Co zabawne, w tamtym okresie życia miałem znacznie więcej regularnych rozmówców niż kiedykolwiek później. Niemniej, właśnie tutaj, wczesnym popołudniem, wkraczałaś Ty. W zasadzie nie wkraczałaś, tylko wpadałaś w mój dzień znienacka, jak niekontrolowany huragan śmiechu i losowego poczucia humoru, zostawiając po mojej chandrze jedynie dymiące zgliszcza. I jeszcze ten deminutywny derywat od mojego nicka, z którego zrobiłaś sobie żartobliwy afektonim. A ja dla żartu udawałem, że mnie wkurwia, ale gdzieś tam w krwioobiegu czaiły się pojedyncze cząsteczki oksytocyny. Udawałem też, że moje dni są całkiem spoko i nie zwierzałem Ci się z nich, bo bałem się, że któreś ze starych przejrzy archiwum i będzie mi robić problemy z powodu rzeczy, które mogłoby przeczytać na własny temat. Swoją drogą, wiesz, że jesteś bezpośrednio odpowiedzialna za mój ateizm? Pamiętam fedorową nitkę na naszym głównym forum; sam byłem wtedy na etapie kwestionowania wiary, a Ty, udzielając się w niej, wyrażałaś otwartym tekstem poglądy, które czaiły się w mojej głowie od dłuższego czasu, ale w realu bałem się je z kimkolwiek nawet konsultować, a co dopiero konfrontować. Także przy okazji dzięki za pomoc w odstawieniu opium dla mas.

Kilkanaście lat później, zamiast zajmować się rzeczami, które wypełniają czas przeciętnego faceta w moim wieku, zmagam się z trzema nachodzącymi na siebie nawzajem schorzeniami, rozczłonkowuję po raz setny smutną progresję mojego życia i zastanawiam się, w którym miejscu poszła nie tak, a w przerwach między zleceniami przemierzam pustynię martwego internetu, usiłując poczuć chociaż cząstkę magii, która niegdyś była naszym udziałem. Jednak zamiast niej jest tylko – no właśnie – pustka. I to niesprecyzowane, dobijające uczucie towarzyszące, dajmy na to, wejściu na jakieś tętniące dawniej życiem PHPBB by Przemo tylko po to, by odkryć, że ostatni post napisano około dekady temu, a razem z tobą siedzą tam tylko dwa boty. To cholerne, nawiedzone przez ducha ery presmartfonowej cmentarzysko danych. Opuszczone fora, zamarłe niczym fotografie dyskusji, marzeń i wojenek dzieciaków sprzed dekady, góra dwóch. Dawne rozkminy, trendy i poczucie humoru. I trupy. Trupy nieistniejących już wersji ludzi, których nieistniejąca już wersja mnie znała w przeszłości i z którymi współdzieliła kawałek wirtualnej czasoprzestrzeni. Nawet ostatnio kminiłem, że z konceptualnego punktu widzenia byłoby fajnie, gdyby w Megaman Battle Network zrobili olbrzymi area o nazwie „Dead Internet” (chodniki a’la obramowania okienek do windy ME włącznie, w tle wygaszacz z labiryntem – ot, subtelny klimat nostalgii, nieznośnej neuralgii), ale nie. Nawet Battle Network mi, chuje, zabrali. I to kilkanaście lat temu. A propos, pamiętasz tę zajebistą, aktywną nitkę o MMBN na „naszym” głównym forum, którą wyjebano bez wyraźnego powodu? Pewnie nie, bo nie kojarzę, żebyś się w niej udzielała, ale ja ją pamiętam bardzo dobrze, bo to ja to zrobiłem. Co prawda niechcący, bo chciałem tylko usunąć jednego posta i zrobił się missclick, ale jednak. Poczułem się okropnie – jakbym był zbyt ułomny nawet na to, żeby moderować durne forum o tematyce przeznaczonej dla kategorii wiekowej 3+. Wtedy jeszcze tego nie wiedziałem, ale to właśnie był moment, w którym ta część mnie zdechła, by wkrótce ustąpić miejsca znerwicowanemu, depresyjnemu nastolatkowi.

Okres, w którym przyszło nam iść do gimbazy, był bardzo dziwnym czasem. Z jednej strony Polska właśnie moment temu weszła do UE i zaczynała nabierać dynaminy, szarość peerelowskich osiedli zaczęła ustępować oczojebnym, niepasującym do otoczenia kolorom, a nasze problemy społeczne zaczęły powoli stawać się problemami społecznymi Holandii i Wysp Brytyjskich; z drugiej zaś nasza ukochana seria dostała zatwardzenia, i, przez, bez mała, ponad dwa lata, nie wyszła ani jedna gra. Ciebie przy tym jeszcze trzymały wizualia, fanfic community i możliwość pogadania na forum o innych chińskich bajkach; ja, niestety, dryfowałem już w bardzo innym kierunku. Kumasz, że niemal całe trzy lata gimbazy przesiedziałem przed monitorem, grając z sebiksami w Grę Prostokąt Bije Kwadraty? Ja na początku nie widziałem w tym nic złego, ale uderzyło mnie to z całą mocą, kiedy po ukończeniu gimbazy zaczęło mi się to odbijać bolesną czkawką. Do tego zacząłem się interesować muzyką, chociaż trochę od dupy strony. Kolega w gimbazie, nawet nie pamiętam dokładnie kiedy, pokazał mnie i innemu koledze metal. Nie wiem, jakie są Twoje standardy ciężkości, ale te konkretne dźwięki bardzo ładnie współgrały z moimi ciężkimi emocjami, więc zacząłem je zgłębiać coraz silniej. Niestety, sam, bo rzeczony kolega został przekabacony na drugą stronę i niedługo potem przeszedł na stronę gnębicieli. W szkole był, co prawda, jeden rasowy brud, ale mnie bardzo nie lubił, więc curriculum młodego kuca zaliczałem eksternistycznie i na własną rękę. Żadnych epickich wspomnień z odkrywania Metalliki nad pierwszym piwem w garażu, nic z tych rzeczy. Pierwszy koncert w życiu zaliczyłem jako siedemnastolatek, a i tak poszedłem na niego sam. W domu też nie było przyjemnie – mimo nienajgorszych ocen rodzice nieustannie mieli mi za złe, że nie staram się dostatecznie, a do pieca dowalała jeszcze młodsza siostra, której pozwalali w swojej mi bezkarnie dokuczać i mnie obrażać, a mnie samego karali za jakiekolwiek reakcje, choćby tak błahe, jak niemiłe odpowiadanie jej. Obiło Ci się kiedyś o uszy pojęcie „wyuczonej bezradności”? Bo moja już wtedy była dawno gotowa i na chodzie. Byłem i czułem się sam jak palec.

Dziwność tamtych lat polegała też na jeszcze jednym: próg wejścia do internetu leciał w dół i zaczęły się rodzić te cholerne social media. Wszystkie przykazania o ochronie prywatności, niepodawaniu personaliów i niepokazywaniu twarzy poszły za okno. Byłem przerażony zachodzącymi zmianami i niemal modliłem się, żeby to wszystko pierdolnęło, jednak kiedy wszedłem na Twojego Devianta i zobaczyłem zdjęcie klasowe, nie mogłem się powstrzymać i, na podstawie szczątkowych danych, znalazłem Twój profil na Naszej Klasie. Miałem mieszane uczucia: z jednej strony byłem dumny z zaspokojenia wrodzonej żyłki detektywa, z drugiej – przestałaś być dla mnie abstrakcyjnym bytem. Nabrałaś konkretnej formy. Poczułem, że przeszedłem o kilka kroków za daleko i zrobiłem coś niewłaściwego; to, w połączeniu z moim wypaleniem, sprawiło, że nasze kontakty się urwały i, dzień milczenia po dniu milczenia, bez specjalnych fajerwerków, staliśmy się dla siebie całkowicie obcymi ludźmi. Wielka szkoda – byłaś jedną z najpozytywniejszych postaci, jakie przewinęły się przez moje życie. Patrząc w tył, pluję sobie w brodę, że nie starałem się utrzymywać kontaktu chociaż z Tobą. Nie miałem powodów, żeby usuwać Twój numer, ale nie bardzo umiałem zagadywać do ludzi (nie tylko, zresztą, wtedy), więc tylko któregoś razu napisałem, jak w opisie prosiłaś o pomoc w pracy domowej, ale potem znów cisza w eterze.

(5_1/2)

 No.235

File: 60d2ac5140dc2.vichan.jpg (144,47 KB, 960x640, 5_2 kultura dyskusji.jpg) ImgOps Exif Google


Liceum było chyba jedyną jako tako pozytywną szkołą, jaka trafiła mi się w życiu – dostałem się do bardzo dobrego, więc jedyni dresiarze, jakich widywałem w okolicy, byli z miejscowego gimnazjum. Ale dobra, bez takich żartów, trochę szacunku dla starszych. W zasadzie na początku było jak w bajce. Ot, standardowo, spotkania integracyjne, kawiarnie, pisanie ze wszystkimi na Gronie. I właśnie po pierwszym integracyjnym trafiłem na kogoś, kto nadał melodię mojemu pobytowi w licbazie. Zaczynała się co prawda miło, ale nie trzeba było wiele, żeby przeszła w okrutny, katujący wszystkie zmysły dysonans. Szczerze mówiąc, szkoda mi nerwów i elektronów, żeby rozdrapywać i opisywać całą historię od góry do dołu, więc sobie to podaruję. W każdym razie, wszyscy faceci, z którymi o niej kiedykolwiek rozmawiałem, wygłaszali na temat tej osobnicy jednoznacznie negatywne opinie – a to że płaska, a to że gęba krzywa, a to że dziwne rzeczy wygaduje. I wiesz co? Pasowały dla mnie te dziwne rzeczy. Oj, cholera, pasowały. Po raz pierwszy od jakichś trzech lat spotkałem pneumatyczkę w oceanie somatyczek. Intuitywkę w morzu sensoryczek. Słowem, nie tyle nawet kumpelę, co osobę, zdawałoby się, na poziomie. Jej poczucie humoru, ścieżki rozumowania i poziom inteligencji brzmiały jak echo Twoich cech, które znałem sprzed kilku lat! Choć na początku liceum moje dni były nieporównywalnie lepsze niż te w późnej podstawówce, te rozmowy obudziły we mnie coś, co nie dawało oznak życia od bardzo dawna – żywą i aktywną sympatię do drugiego człowieka. Nadzieję, że są na tym świecie ludzie, z którymi jednak jestem w stanie się trzymać i dogadywać – z luzem, brakiem kija w dupie, niekonfrontacyjnością, oraz losowym i niekoniecznie zrozumiałym dla innych poczuciem humoru. Wpadłem jak śliwka w kompot. I stąd właśnie określenie „Prototyp” – bo, choć nigdy nie spotkaliśmy się na żywo, ilekroć później leciałem na jakąś kobietę, częściej niż nie odznaczała się właśnie tymi paroma cechami, które po raz pierwszy poznałem u Ciebie. Niestety, sprawy potoczyły się w bardzo przykry, niestandardowy i kompletnie niespodziewany dla nas obojga sposób, więc ta znajomość zdechła właściwie tak szybko, jak się narodziła, a ja i ta osoba staliśmy się dla siebie nawzajem, zamiast pozytywnymi postaciami, przykrymi doświadczeniami formatywnymi. Ale czas do tyłu nie płynie. Nie ma zapasowych żyć ani savescummingu. Nie było wyjścia, trzeba było maszerować. Do matury, przez licencjat, i do magistra.

Okres studiów nie był dla mnie specjalnie spektakularny – wszystkie ciekawe rzeczy działy się w miarę poza nimi – ale dały mi trochę oddechu, którego brakowało przed maturą. W końcu miałem przestrzeń, żeby ochłonąć, poobserwować, przemyśleć się na nowo, poznać i polubić samego siebie. W końcu oceny nie mówiły, że jestem ułomem – ba, szybko zyskałem sławę wydziałowego enfant terrible i, choć bynajmniej nie należałem do karnych i turbopilnych studentów, moje predyspozycje bardzo dobrze kleiły się z kierunkiem. Na ostatnim roku ze zdumieniem zdałem sobie sprawę, że jestem jednym z ulubionych magistrantów większości prowadzących. Promotorka była mną zachwycona – wrzuciłem tryb stachanowca i postanowiłem, że napierdolę najdłuższą i najambitniejszą pracę ze wszystkich. Chyba chciałem sobie coś udowodnić, ale nie jestem do końca pewien, co. I, właśnie gdzieś przy magistrze, podczas przerwy w pisaniu, zrządzeniem losu trafiłem na Twojego tumblra. Zaciekawiło mnie, co tam u Ciebie, więc zacząłem go przeglądać. Nie dostałem raka. To był dobry powód, żeby w nim trochę podłubać. Widziałem feministyczną bibułę, na którą trafiałaś i podawałaś dalej. Tagi też. Wiesz, w waszej bańce mizoandrię z feminizmem myli się chyba jeszcze częściej niż po drugiej stronie barykady, choć Tobie zdarzało się zaskakująco rzadko. I, kurde, mam w tym temacie naprawdę sporo do powiedzenia. Chciałbym kiedyś przeprowadzić z Tobą konstruktywną dyskusję o tym, co każdemu z nas nie pasuje po drugiej stronie, i jak te wzajemne zarzuty mają się do tego, co naprawdę dzieje się w przysłowiowej szatni, kiedy druga płeć nie słyszy. Szkoda, że Tobie nie chce się gadać. Zanim jednak się o tym przekonałem, spędziłem nieprzyzwoicie dużo czasu na ważeniu wszystkich za i przeciw oraz możliwie bezinwazyjnych sposobów, żeby się odezwać. Jak byś to w ogóle odebrała? Z jednej strony, po Twoich treściach było widać, że nie zatraciłaś się w totalniackiej nienawiści do mężczyzn i jesteś fanką szeroko rozumianej empatii oraz rozmontowywania toksycznych wzorców, jakie wmusza ludziom społeczeństwo – nie tylko tej szumnie zwanej „toksycznej męskości”, ale i cech, które, analogicznie, można by bez problemu nazwać „toksyczną kobiecością”. Czytając Twoje posty słyszałem umiarkowany głos rozsądku, którego w tej jadowitej wojnie między radfemem a czerwonopigułkowcami tak bardzo mi brakowało. W tych dusznych czasach, w których zdaniem wielu nie wolno nie być skrajnym, to było jak oddech świeżego powietrza. Z drugiej strony, im te posty były nowsze, tym więcej zdawało się z nich wybijać pasywnej agresji i dywanowej mizoandrii spod znaku #notallmen. Obserwując to mięso, jakie latało w internecie w obie strony, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że ktoś, korzystając z pędzącego umasowienia internetu, próbuje wyciągać na wierzch wiszące smrody, które do tej pory pozwalał utrzymywać na wodzy konsensus, i, wyolbrzymiając problemy danej strony i umniejszając tym drugiej, usiłował skłócać ze sobą i polaryzować całe społeczeństwa – lewych z prawymi, wolnościowych z zamordystami, separatystów z unitarystami, tradycjonalistów z postępowcami, religijnych z ateistami. Czy, w końcu, bez bawienia się w skomplikowane podziały związane ze światopoglądem, kobiety i mężczyzn. Gdzie się podziała umiejętność kulturalnego rozmawiania? Przez kilka lat wyglądało, jakby Polska ją zaczęła opanowywać, ale od kilku lat obserwujemy regres, którego się spodziewał chyba nikt. Po kilku latach cywilizowania się nie tylko staczamy, ale i widzimy, jak nasze dawne wzorce wyprzedzają nas w wyścigu na dno. Dyskursanci się najeżyli, zantagonizowali i okopali na pozycjach. Teraz, ilekroć idąc gdzieś w nocy muszę iść za jakąś kobietą, czuję się bardzo niekomfortowo. A co, jeśli weźmie mnie za gwałciciela i wyskoczy na mnie z gazem albo z paralizatorem? Przez ostatnie lata nauczyliśmy się jako społeczeństwo chyba przede wszystkim się siebie nawzajem bać.

Po miesiącach deliberacji, obmyślania wariantów i walki z samym sobą przełamałem się i postanowiłem do Ciebie jednak napisać. Nawet nie dlatego, że byłaś „Prototypem” cech, których później szukałem u innych kobiet – tak po prostu, żeby pogadać i odnowić platoniczny, kumpelski kontakt, dowiedzieć się co tam u siebie nawzajem. Zgodnie z jednym z zestawów przewidywań, zdawałaś się mnie nie pamiętać i udzielałaś uprzejmych, acz zdawkowych i kulturalnie wymijającycch odpowiedzi. Mam nadzieję, że to tylko moje wrażenie, ale zdawałaś się moim entuzjazmem nieco creep-outnięta. Nie mam Ci tego za złe – obiektywnie rzecz biorąc, to ja, pisząc do Ciebie po latach pod głupim pretekstem, zachowałem się jak zjeb i stalker, jakkolwiek nie było moim zamiarem wywoływanie u Ciebie wrażenia jakiejkolwiek presji. Kontakt, choć na chwilę odnowiony, znów się urwał. I wygląda na to, że tym razem na dobre. Cóż począć? Najlepsze, co da się zrobić, to Cię przeprosić i więcej z Tobą nie gadać. To pierwsze niniejszym czynię, a to drugie idzie mi całkiem nieźle po dziś dzień. Pewnie chcesz wiedzieć, co się działo dalej, nie? Kogo ja chcę oszukać – oczywiście, że nie. Więc żeby nie było, że jestem kolejnym niedomyślnym facetem, postawię kropkę tutaj i niczego więcej się o mnie nie dowiesz.

(5_2/2)

 No.236

File: 60d2ac72cac97.vichan.jpg (6,28 KB, 225x225, 6_1 piwo rudych.jpg) ImgOps Exif Google

Drogi biedaku,

W pewnych kręgach krąży takie powiedzenie: jeśli pożyczysz przyjacielowi kasę i nigdy więcej go nie zobaczysz, to znaczy, że dokonałeś dobrej inwestycji.

Nigdy ci nie wcierałem, że w twoim domu się nie przelewa. W odróżnieniu od klasowego nuworysza, którego dziadek dorobił się fortuny na odlewaniu i spawaniu ludziom ogrodzeń. „Spakuj mnie!” – komenderował, z pogardą rzucając ci na stół złotówkę. A ty chowałeś ją w kieszeń i posłusznie, w milczeniu wykonywałeś polecenie. Wtedy wiele o tym nie myślałem – ot, dzieciak jak ja, pierwszoklasista. Widać chce mieć na colę albo na maczugi. Albo, podobnie jak ja, jeszcze nie dostaje kieszonkowego, bo jego rodzice, podobnie, jak moi mnie, uważają go za bezmózgiego debila, który w pierwszej kolejności kupiłby za nie zapalniczkę i coś podpalił. Albo przejebał na colę i maczugi. Z jakiegoś powodu tamten pajac się na ciebie uwziął – właściwie to zawsze był aroganckim dupkiem, który w jakiś sposób wkurwiał każdego. No i na każdym kroku musiał podkreślać, jaki z niego bogacz i światowiec. Do dziś pamiętam pompę i ostentację, z jaką rozpakowywał w klasie nowiutkie N64, które ojciec przywiózł mu, jak nie omieszkał podkreślić, z AMERYKI. Ech, Ameryczka – kraina dolarem i ropą płynąca na przełomie wieków dla każdego z nas była synonimem dobrobytu. Co prawda, jak już się trochę upowszechnił internet i zaczęły się do nas przebijać trochę mniej chętnie eksponowane przez Hollywood obrazki tamtejszej rzeczywistości, ten imidż się trochę zachwiał, ale chuj. Delektował się swoim statusem półboga, póki mógł.

Zawsze postrzegałem cię z dużą dozą empatii, zwłaszcza w drugiej połowie szkoły, kiedy poza sterylnym, cukierkowym parterem dla klas 1-3 zaczęliśmy doświadczać z całą mocą brzydoty post-PRLowskiej szkoły i interakcji międzyludzkich. Podobnie, jak ja, nie byłeś z natury ani trochę konfrontacyjny – ćwiczenie niewidki, odpowiadanie półgębkiem i spuszczony wzrok kojarzyły mi się z tobą równie mocno, co wychudzona postura i charakterystyczna fryzura. Lubiliśmy się, ale żaden z nas nie był dostatecznie silny ani nauczony walki, żeby być w stanie bronić drugiego przed agresorami; kiedy jednak nie było ich w pobliżu, czerpaliśmy radość ze szczeniackich zabaw na korytarzu. Najczęściej berek albo granie w „gałę” pustą butelką. Od drugiej klasy, od kiedy pozwolili mi go przynosić do szkoły, również wiszenie na parapecie nad Gameboyem. Obaj byliśmy chujowi w sporty, więc wfy najczęściej spędzaliśmy gdzieś na uboczu, markując grę i gadając o pierdołach. Tak samo, jak mnie, nasza wychowawczyni od klas 4-6 po prostu cię nienawidziła, ale nie za to, że twój stary zarabiał więcej od niej – chyba po prostu byłeś dla niej zaburzeniem równowagi, bo mimo cichej i spierdolonej natury czasem potrafiłeś rozrabiać na lekcji, a jak czułeś, że masz jakieś szanse, to nawet się postawić albo dokuczyć kolesiowi, który cię gnębił. Nawet po prostu wyzywając go albo plując mu w ryj ze schodów. Ja dość szybko stawiać się komukolwiek oduczyłem – dla mnie pogadanka na zebraniu bardzo często kończyła się karą na kompa, czyli moją jedyną ucieczkę od gnębienia w bazie i toksycznego domu – ty za to byłeś na to odporny, bo do piątej klasy nawet nie miałeś kompa. Nie, żebym ci zazdrościł. No dobra, oprócz tej jednej rzeczy – umiejętności stawiania się innym i jebania szeroko rozumianego systemu. We mnie tak bardzo zabijano myślenie na własną rękę i umiejętność wpadania na rozwiązania, które każdemu normalnemu dzieciakowi wydawały się oczywiste, że raz, jak w czwartej klasie zapomniałem zeszytu od któregoś przedmiotu, zamiast wyrwać kartkę albo wykorzystać przestrzeń w innym, spędziłem całą lekcję na przetrząsaniu po raz setny plecaka, łudząc się, że w końcu uda mi się znaleźć ten właściwy, żeby w końcu mieć jak zacząć pisać.

Nie chciałem przez kolejne trzy lata tkwić w szkole z tymi samymi patusami, które już wiedziały, że mam mentalność ofiary, więc, kiedy pojawiła się okazja, żeby oszukać przeznaczenie i iść do innej gimbazy, zrobiłem to bez dłuższego wahania – ty jednak nie miałeś wyboru. Musiałeś się dopasować. Kiedy po tych trzech latach wpadliśmy na siebie przechodząc przez zrujnowane podwórko, byliśmy już zupełnie innymi ludźmi. Ty – zdrowo pewnym siebie i uspołecznionym kolesiem, który nauczył się grać w gałę dla towarzystwa i właśnie opuścił szkołę owiany sławą legendarnego kawalarza swojego rocznika. Ja – spierdolonym, bojącym się ludzi kłębkiem nerwów, który skończył gimbazę z nienajgorszymi wynikami i reputacją nieobliczalnego psychola, którego lepiej nie prowokować, ale też zjadanym przez strach, że jak da po sobie poznać najdrobniejszą niepewność, ludzie wyczują jego zjebanie jak rekin kroplę krwi, i pożrą go żywcem.
- Dobrze wyglądasz, stary! Bla bla bla, co tam, jak tam, bla bla bla. Jutro u mnie chlanie z okazji zakończenia szkoły, wpadaj, będzie zabawa.
Wpadłem. Zabawa była. Trochę znajomych twarzy, w chuj nieznanych. Pół biedy, ludzie chociaż w większości nie wiedzieli, że jestem zjebany. Tanie piwo i jabole lały się strumieniami. W sumie był to mój drugi kontakt z alkoholem – pierwszy zaliczyłem ledwo pół roku wcześniej, pijąc wódę z plastikowego kubeczka i zagryzając ohydny smak garściami żelków. Ale nie chciałem na dzień dobry wyjść na pizdę, dla której to pierwszyzna, więc markowałem dzielnie. Browary były znośne, bo smakowe, ale ten podobno winopodobny wynalazek o smaku podobno kokosa mnie przerósł. Nie było jednak (hehe) siary, bo wszyscy byli znacznie bardziej porobieni ode mnie. Nawet popiłem w kuchni z jednym autentycznym rycerzem ortalionu, ale był zupełnie takim samym debilem, jak ci w memach – najpierw uczepił się moich włosów, że w długich wyglądam jak baba, a potem próbował mnie podpuścić pytaniem, czy wyssałbym z fujary kumpla jad boa dusiciela. Może jednak w tej mojej gimbazie towarzystwo było trochę bardziej na poziomie? Chuj, wtedy nie chciałem mieć z nią już nic wspólnego, więc, trochę z sympatii do ciebie, a trochę z braku laku, zacząłem się trzymać z twoją ekipą.

Przemieszana była z niej gromadka – od łebków, którzy gimnazjum jeszcze nie skończyli, ale za sprawą obrotnych sebiksów, leków na kaszel i działających coraz śmielej sklepów z dopalaczami zdążyli już sobie przepuścić przez krwiobieg chyba całą tablicę Mendelejewa, przez młodocianych alkoholików z rozbitych rodzin, średniaków, inteligentów z problemami, po bananowe dzieci żyjące w dwupiętrowych mieszkaniach. Wszystkich łączyło jedno – lubili iść grupą w dziwną miejscówę i sobie strzelić browara albo sześć, przepalając je tanimi szlugami. Nigdy nie było wiadomo, gdzie nas poniesie melanż – czy to na opuszczone boisko, czy to na klatkę schodową, czy to na dach rozpierdolonego, straszącego od wczesnych lat 90. maszkarona, który wyglądał, jakby mógł się w każdej chwili zawalić. W postrzeganiu tych ludzi popełniłem jednak pewien błąd poznawczy: do tej pory stadne przepychanki pod tytułem „kto ma większego” obserwowałem jedynie u sebostwa, a niesebowskie przeciętniaki zdawały się być od niego wolne, a, jako że w paczce wszyscy dresiarzami gardzili, nie wpadłem na to, że zachowania, które do tej pory kojarzyły mi się wyłącznie z patusami i innej maści szkolnymi gnębicielami, pojawią się i tam. Niewybredne żarty z zaskoczenia. Pozorowane konfrontacje, że niby coś zjebałem albo komuś zalazłem za skórę. „Jesteś nieśmieszny”. „Jesteś chujowy”. „Weź już nie próbuj żartować”. Jak się dowiedziałem później, w każdym z tych przypadków oczekiwano ode mnie, że się wkurwię i postawię – ja natomiast albo aplikowałem sławetne, mamine „ignoruj, to się znudzi”, albo, kiedy ktoś do mnie sapał, zamiast włączyć tryb zwierza, zachowywałem się w sposób, który zawsze przedstawiano mi jako dojrzały, i cierpliwie próbowałem wyjaśnić spinę jak cywilizowany człowiek. Duży błąd – i, przy okazji, wyraźna emanacja ziejącej wyrwy w moich doświadczeniach formatywnych. W domu nikt mi nie wytłumaczył, że ludzie to większe zwierzęta niż są gotowi przyznać. W obrazie świata, który tłuczono mi do głowy, ludzie się ze sobą solidaryzowali, generalnie życzyli sobie dobrze, stawali w obronie słabszych. Kiedy mój kolega był wobec kogoś nie w porządku, miałem wstawić się za tym drugim i zwrócić mu uwagę. Chciałem być fair wobec ludzi, i oczekiwałem, że oni będą fair wobec mnie. A jak nie będą, to że chociaż ci obserwujący sytuację z zewnątrz zareagują, albo, kiedy im narzekam na sytuację, powiedzą coś na melodię „kurde, to faktycznie nie było w porządku, pogadam z nim”. Do czasu, w którym nie zacząłeś czegoś przebąkiwać o szacunku i ripostowaniu na zniewagi – który dziwnie skoincydował z momentem, w którym trafiłem na czerwonopigułkową bibułę – kompletnie nie wiedziałem, co to jest projekcja siły, i dlaczego jest dla ludzi aż tak ważna.

(6_1/2)

 No.237

File: 60d2ac8716988.vichan.jpg (237,95 KB, 1024x683, 6_2 cena przyjaźni.jpg) ImgOps Exif Google

Z tym to też ciekawa sprawa – nigdy nie miałem powodzenia z płcią przeciwną i po prostu chciałem się dowiedzieć, co robię nie tak, a trafiłem na skarbnicę wiedzy o mechanikach działania ludzkich stad. O tym, jakie osobniki są uznawane za te „fajne” i towarzysko pożądane, a które lądują na dnie. O subtekstualnej warstwie komunikacji, której sens istnienia polega na tym, że nigdy nie jest werbalizowana ani otwarcie uznawana przez jej użytkowników. O hierarchii i dominacji. Z całej tej lektury dilowanie z babami okazało się najbardziej trywialne – bo oto trafiłem na pierdolony kurwa kamień z Rosetty. Ta jedna książka, reklamowana jako ABC podrywu, otworzyła mi oczy na wszystkie powody, dla których w każdym układzie sił, w jakim się znalazłem, nieuchronnie stawałem się popychadłem i chłopcem do bicia. Że nie znaczyłem aktywnie terytorium, to jedno – taka dola introwertyka – ale najbardziej pogrążało mnie to, że byłem wtajemniczony w kod i nie umiałem odczytywać tych niewypowiedzianych wyzwań i sygnałów do konfrontacji. Czy, raczej, w wielu wypadkach zachowanie danego osobnika mi zgrzytało, ale nie do końca kumałem, na chuj się tak zachowuje, skoro problem można rozwiązać za pomocą prostej otwartości i kooperacji. Byłem jak nieuspołecznione zwierzę, które spędziło kluczowe lata formatywne w oderwaniu od stada i nigdy nie poznało sposobu, w jaki ono działa i się komunikuje, przez co osobniki należące do tego samego gatunku go nie akceptują. Problem w tym, że ja nie spędziłem lat formatywnych w kompletnym odosobnieniu czy wśród osobników należących do innego gatunku – w końcu zostałem wychowany przez ludzi. Niestety, jak już wiedziałem nawet wtedy, niezbyt kumatych.

Nie byłem prawidłowo socjalizowany. Nie próbowali we mnie zaszczepić żadnych zainteresowań. Ani żadnej kultury, poza źle pojętą kulturą osobistą, która ich zdaniem polegała głównie na ustępowaniu starszemu, bo tak trzeba, młodszemu, młodszemu, bo tak wypada, głupszemu, bo głupszemu SIĘ ustępuje, i mądrzejszemu, bo ma rację. I na chowaniu swoich emocji i opinii w kieszeń, bo nieładnie mieć jakieś własne. Żadnego zarażania pasją do czegokolwiek, pokazywania muzyki z ich młodości, oglądania filmów, wspólnych wyjść, czy zabierania do znajomych. Nawet nie jestem pewny, czy jakichkolwiek mieli, nie licząc sąsiadów i tej jednej grażyny z osiedla, z którą matka chodziła do liceum. Kiedy wy gdzieś w czwartej klasie oglądaliście pierwsze filmy akcji, thrillery, czy nawet ambitniejsze dramaty i zaczynaliście miewać swoje pierwsze ulubione zespoły, ja tkwiłem w skonfundowanej nieświadomości. Do późnej gimbazy nie byłem w stanie oglądać niczego poza filmami rysunkowymi, bo nawyk oglądania kreskówek był zbyt silny. Zresztą, właściwie do dziś nie oglądam żadnego kina – po części dlatego, że nie wyrobiłem sobie gustu, kiedy był na to czas, ale też dlatego, że wyniesione z domu zjebanie sprawiło, że właściwie nigdy za bardzo nie miałem z kim. Kurwa mać, nawet muzykę w Winampie nauczyłem się prawidłowo sortować dopiero na studiach. Kiedy skończyły się czasy piaskownicy, zacząłem coraz bardziej tracić kontakt z tym, jacy są i co robią po godzinach lekcyjnych moi rówieśnicy. Może poza okazjonalnym pokopaniem gały na osiedlowym boisku. To z kolei wykładniczo przekładało się na to, jak od nich odstawałem. Trzy lata w miarę bliskiego trzymania się z jednym ziomkiem z przedszkola zmitygowały trochę szkód, ale nawet całe popołudnia spędzone w towarzystwie w miarę prawidłowo socjalizowanego człowieka nie zastąpią prawidłowych wzorców w domu.

Kiedy w końcu ty i moja gorzka lektura oświeciliście mnie, że jednak nie dość, że stawiać się należy, to jeszcze oczekuje się ode mnie, żebym umiał zachowywać się w sposoby, które do tej pory jednoznacznie kojarzyły mi się z sebostwem, zrobiło mi się po prostu smutno. Bo jak sam się za sobą nie wstawię, to nie zrobi tego nikt – nawet przyjaciel, który obserwuje nieprzyjemną sytuację, w której doznaję jakiejś krzywdy. Stawianie się ludziom dla zasady jeszcze rozumiałem i przyjąłem bez większego problemu – w końcu mentalność potulnego uginacza karku wyniosłem z domu, w którym królowały głupota i tchórzostwo – ale konkursy szczania na odległość? Serio? To już chyba wolałem sobie znaleźć gromadkę „frajerów”. Celowe sprawianie przykrości ludziom, którzy niczym mi nie zawinili ani nie próbowali mnie zdominować przekraczało moje granice dobrego smaku. Regularny banter? To już prędzej – zadawanie się z kimkolwiek na płaszczyźnie towarzyskiej pomogło mi w końcu odkorkować myślenie pozapudełkowe, które tak we mnie tłamszono, i, co za tym idzie, jako takie wyczucie humoru; celowo nie piszę „poczucie”, bo to, że umiem wychwycić rodzaj żartów, który śmieszy daną grupę osób i się w niego wstrzelić, nie znaczy, że bawią mnie samego. Prawdę powiedziawszy, ludzi, którym kiedykolwiek udało się celowo wywołać u mnie mimowolny śmiech, mogę policzyć na palcach jednej ręki. W sumie to do ósmego roku życia w ogóle nawet nie umiałem się śmiać. Nie miałem odruchu. Tak po prostu. Niemniej, to, że zacząłem częściej żartować, nie pomagało – towarzystwo zdążyło już uznać mnie za „tego chujowego” i na każdy żart odpowiadać ostentacjami zażenowania. Czułem się w nim coraz gorzej, więc kiedy w drugiej klasie pojawiło się nowe, które odpowiadało mi bardziej, stopniowo przestałem się zadawać z twoim. Aż o mnie, kurwa, zaczęli pytać. Niektórzy nawet wyciągali rękę i próbowali mnie gdzieś tam zapraszać. Ale regularny i bezpośredni kontakt trzymałem już tylko z tobą, choć nie był on wolny od pęknięć.

To, że wiecznie wisiałeś mi jakiś hajs, nie było niczym nowym – w końcu pochodziłeś z biednej rodziny mieszkającej w rozpadającym się bloku z płyty i gówna, który chyba jeszcze pamiętał czasy, gdy nie istniało słowo „chruszczowka”. Ale zawsze, czy to na raty, czy to po jakimś święcie, oddawałeś mi wszystko bez pudła. Po dwóch latach trzymania się razem zacząłeś się jednak migać. Pewnego dnia poprosiłem, żebyś się streszczał, bo akurat potrzebowałem mojego kwitu z powrotem.
– Nie no, stary, nie mogę! – odparłeś – Muszę sobie kupić conversy!
Co kurwa? Przyjaciel potrzebuje swojego hajsu, który ty masz, ale ty go nie oddasz, bo chcesz sobie kupić pseudoszpanerskie trampki? Nie byłem dostatecznie asertywny ani nie miałem danych, jak postawić się osobie, którą uważałem za przyjaciela, ale zapamiętałem to sobie i postanowiłem, że odzyskam te pieniądze w taki czy inny sposób. Nie wiedziałem tylko, w jaki.

W drugiej klasie zaczął się sezon osiemnastek. Na kilka mnie nawet zaproszono. Była to miła odmiana – wspólne popijawy w losowych mieszkaniach twoich znajomych, którzy mieli akurat wolną chatę to jedno, ale proszone imprezy? W całej gimbazie jedyne urodziny, jakie zaliczyłem, to wspólny wypad do kina na jakiś film Pixara. Nawet bym nie narzekał, gdyby nie to, że jego docelową demografiką były dzieci w wieku przedszkolnym, a oprócz mnie był tam tylko zaśmiewający się do rozpuku jubilat, który dorastał w, sądząc po skrajnie infantylnym i pylaszczkiewiczowatym charakterze, chyba jeszcze bardziej dysfunkcyjnym domu niż ja. W końcu przyszedł czas i na moją imprezę – zorganizowałem ją z kumplem z gimbazy, którego urodziny wypadają niecały tydzień przed moimi. Rozesłałem zaproszenia do ponad dwudziestu osób, które mnie zaprosiły do siebie lub po prostu uważałem ich za sobie życzliwe. I wtedy posypały się wymówki. A to komuś wypadają imieniny bratowej, już trzecie w tym roku. A to ślub. A to starszej o kilka miesięcy, czyli, siłą rzeczy, już pełnoletniej koleżance matka zabroniła gdziekolwiek wychodzić z powodu złych ocen – i chuj, że już przepisowo mieliśmy powystawiane ostateczne. Ty też z jakąś wyskoczyłeś – nie pamiętam, jaka dokładnie była, ale była tak gówniana, że tylko przewróciłem oczami. Dało się wyczuć, że nasza przyjaźń czeka już tylko na lekarza, żeby wystawił kartę zgonu. No, ale co zrobić, dopuszczalna zaprzeczalność. Poza tym, kompletnie nie umiałem się konfrontować z ludźmi, z którymi jeszcze moment temu byłem na tyle blisko, żeby dzielić się swoimi problemami. Koniec końców przyszła do mnie piątka gości, z czego dwóch wspólnych. Upiłem się na smutno, ale nawet nie udało się usnąć ani zaliczyć zgona. Zaprosiłeś mnie jednak na swoje własne urodziny – prawdę mówiąc, nie spodziewałem się tego, ale wyglądało jak promyk nadziei, że jeszcze nie wszystko stracone, a twoja wymówka naprawdę mogła mieć coś wspólnego z prawdą. Poszedłem. Na miejscu lała się wóda, płonęły szlugi i przesypywały się inne używki. Degrengolada na sto fajerek. Ale w życiu nie ma nic za darmo.
– Ej, dobra, ludzie, policzyliśmy, że za alko, pizzę i resztę wychodzi po pięć dych na łebka! – rzuciłeś.
To była moja szansa.
– No, dobra, stary – odpowiedziałem tak, żeby wszyscy mnie słyszeli – wisiałeś mi dwie stówy, więc w takim układzie wisisz mi tylko sto pięćdziesiąt.
Gruchnęła salwa śmiechu, jakiej nie udało mi się wywołać chyba nigdy wcześniej. „Ale cię zrobił!” – wrzasnął któryś z upalonych gimbusów. Poczułeś się upokorzony? Najwyraźniej. I bardzo, kurwa, dobrze. Ale nie dałeś tego po sobie poznać – kilka minut później w kuchni waliliśmy we dwóch flachę i przepraszałeś mnie, że nie dotarłeś na moją imprezę z powodu powodów. Wyglądało na to, że jednak wszystko git i przyjąłeś mój prztyczek z honorem. Słowo za słowem, kielon za kielonem, szlug za szlugiem. I w końcu zmógł nas zgon. Nazajutrz jeszcze się pożegnaliśmy, jak szedłeś z jakimś innym kumplem kupić sobie urodzinową gitarę.

Ale, kiedy próbowałem się do ciebie dodzwonić kilka dni później, odpowiedziała mi poczta głosowa. Kilka razy. I w kolejnych dniach, i w kolejnych. W końcu zadzwoniłem do jednego z kolesi z paczki, z którym miałem jako taki kontakt, i spytałem, czy zgubiłeś telefon, czy ki chuj. „Nie no, pijemy tu razem na boisku, poszedł się odlać. Jak wróci, przekażę, żeby zadzwonił”. Ale nie oddzwaniałeś. W końcu zniecierpliwiłem się i zadzwoniłem do ciebie. Znowu odgłosy nieodbieranego telefonu. Zadzwoniłem więc do tamtego typa. A tam też cisza. Twoje zachowanie wydawało mi się nielogiczne, ale odpuściłem. Po paru tygodniach jednak nie wytrzymałem i wysłałem wiadomość z pytaniem, czy chcesz się ustawić. „Nie, stary, nie mam czasu, przenoszę się do liceum i muszę się przygotowywać do wstępniaków”. I na tym nasz kontakt się urwał. Serio? Koniec końców moja przyjaźń była dla ciebie warta mniej niż sto pięćdziesiąt złotych? Samoocena odebrała kolejny brzydki cios, ale co zrobić – umysł biedaka zawsze pozostanie biedny. I właściwie okazałeś się całkiem tani. Dla ciebie te półtorej Jagiełły to kilka gietów lub, względnie, kilkadziesiąt harnasi. Dla mnie – dobrze wydany hajs. Za skuteczny wywóz śmieci.

(6_2/2)

 No.238

File: 60d2acad2e9fa.vichan.png (747,75 KB, 795x525, 7_1 zdrowa dynamika.png) ImgOps Google

Droga Miłości,

Kurwa mać, co poszło nie tak?!

Nie przejmuj się. Nie odpowiadaj. Spędziłem nad tą rozkminą znacznie więcej samotnych popołudni i bezsennych nocy niż bym sobie życzył. Można by rozpocząć banałem. Że trafiliśmy na siebie w nieodpowiednim momencie. Że się nie rozumieliśmy. Albo że zawiniły czynniki zewnętrzne. Prawda, prawda, i prawda. I co to zmienia? Za dużo kwasu, by owoce mogły rosnąć. Tu, na tej ziemi, nawet ściany nie wyrosną.

Początek licbazy był dla mnie jak nagłe wyrwanie z zaświatów. Oto, niczym niewprawny podbus, który właśnie zebrał sromotny wpierdol w Pokémony, chociaż dzień wcześniej tym samym teamem zmiótł bez problemu ligę, po raz pierwszy w życiu zostałem rzucony między ludzi, którzy swoją wiedzą, rozgarnięciem i rozumem nie tylko mi dorównywali, co nierzadko i mnie przewyższali – po całym życiu spędzonym na kombinowaniu, jak funkcjonować wśród enpeców, nagle poczułem na własnej skórze uroki multiplayera. Z jednej strony, sytuacja marzeń – w końcu miałem w realu kogoś, z kim mogłem pogadać o zagranicznych mediach i postaciach, które mnie formowały w dzieciństwie, i zostać zrozumianym. Z drugiej trochę przejebane, bo dla mnie – dorastającej w patodzielnicy spierdoliny – takie otoczenie było nowością, a aktualna większość dookoła na co dzień już wcześniej przebywała w podobnym. Z tego prostego powodu strategia przetrwania wśród sebostwa, którą wypracowałem sobie w poprzednich bazach, stała się dla mnie kulą u nogi: postawy i zachowania, które w podbazie i gimbazie jako tako chroniły mnie przed gnębieniem, w licbazie szybko zyskały mi łatkę semipatusa.

Ale po kolei. Okres od zakończenia gimbazy do tego zjebanego dnia był nieironicznie najszczęśliwszym czasem mojego życia. W końcu, po trzech absolutnie depresyjnych latach w katolickiej gimbazie z jedną klasą na rocznik, byłem wolny. Trzy lata poczucia niemal kompletnego braku sojuszników, trzy lata uzależnienia od chujowego MMORPGa, trzy lata poszukiwania akceptacji u samego siebie. Trzy lata po nagłym odcięciu się od głównego nurtu internetu, trzy lata wykluczenia informacyjnego. Trzy lata butelkowania w sobie problemów emocjonalnych i poczucia zgnojenia przez człowieka, z którym trzymałem się od przedbazy, i który już po kilku tygodniach w tym pierdolonym obozie koncentracyjnym pokazał swoje prawdziwe kolory i zrobił mi w tej szkole piekło, bo pewnego dnia moralność wzięła górę i kazała mi udaremnić jego wałek na nowopoznanym koledze. I po tych trzech latach upragniony dzień – dzień, w którym zyskałem wolność. Ładnie się to zgrało w czasie z wyprowadzką z mojej gównodzielnicy w Twoje rejony. W końcu zyskałem własny pokój – nieodzowną bazę operacyjną w mojej trwającej jeszcze przez kilka lat walce o godność, prywatność i normalność. Do tego dzień po gimbazie odnowiłem kontakty z paroma kolegami z podbazy i zacząłem niemrawo nadganiać zaległego social skilla, a licbaza, do której się dostałem, była dostatecznie dobrym argumentem, żeby móc na chwilę zamknąć ryje starym i się trochę pocieszyć życiem. Ech, piękne dni!

Na początku nasza klasa wydawała się dość sympatyczna. Ot, typowy human – trzy lochy na jednego faceta. Ludzie o wiele za starzy, żeby się nawzajem obgadywać i gnębić. Wysoko rankingująca szkoła. Nic, tylko się integrować, co? I na początku szło nam to naprawdę nieźle. Na roku oboje uchodziliśmy za nielichych koksów z angielskiego. I, nie powiem, wyraźnie wywoływało to emocje w nas obojgu, choć, jak zwykle, ja raczej się z moimi nie wychylałem. Miałaś ból dupy o mój poziom, oj, miałaś. Często starałaś mi się udowodnić, że do niego co najmniej dorastasz. Szczególnie tymi żenującymi grami słów. A może nadinterpretuję i tylko chciałaś, żebym się uśmiechnął? Nie prościej stwierdzić dzisiaj niż było wtedy: osobniki, które, jak my, odznaczają się – bez fałszywej skromności – wysoką inteligencją logiczno-rozumową, nierzadko miewają spore problemy ze sprawami, które leżą w gestii tej emocjonalnej. Czyli takimi jak takt, dostrojenie do cudzych emocji, czy ekspresja emotywna. Tak już masz, że nawet, jak nie jest to Twoim zamiarem, potrafisz brzmieć bardzo zimno, oschle, agresywnie i kostycznie. Nie, żebym sam wtedy był lepszy, choć, prawdę powiedziawszy, mam wrażenie, że o ile u mnie inteligencja emocjonalna jest jak uszkodzony organ, u Ciebie była jak brakujący.

Niemniej, ból dupy: miałaś go również o to, że Ty do tej szkoły szykowałaś się przez całą gimbazę, a ja dowiedziałem się o niej dwa tygodnie przed rekrutacją i, kiedy już myślałaś, że nadeszła Twoja chwila triumfu, nagle, na ostatniej prostej, jadąc na białym składaku, przeciął Ci drogę jakiś losowy nieogar, który pokazał, że wbrew Twojemu myśleniu życzeniowemu nie jesteś najlepsza w przedmiocie, który zawsze był dla Ciebie punktem honoru. Ale poza tym ambicjonalnym bólem dupy dogadywaliśmy się jak pojebani. Te absurdalne rozkminy! Te późne godziny przesiedziane na GG! Te wspólne wygłupy na korytarzu!… ech. Skłamałbym mówiąc, że mi się łezka kręci – do dziś, ilekroć sobie przypominam te chwile, mam ochotę wypuścić z siebie co najmniej wiadro, ale od dłuższego czasu nie umiem. Tak po prostu, fizjologicznie. Przypadłość wieku starczego? W każdym razie, jedną z rzeczy, które odróżniały Cię od większości dziewczyn, które znałem do tej pory, było Twoje nieskrępowanie. Na lekcjach byłaś wzorową uczennicą (która czasem sobie przysypiała na polaku, ale chuj tam, byłaś kryta, bo cała agresja polonistki skupiała się na facetach), ale na przerwach, po godzinach? Te joby w Twoich ustach i wiadomościach były jak najpiękniejsza melodia. Twoje poczucie humoru było jednym z niewielu w historii wszechświata, które były w stanie mnie autentycznie rozśmieszyć. Ta slapstickowa przemoc, słowo daję, wywołała u mnie mentalną cukrzycę. Ech. Ja Tobie poczochrałem włosy, Ty mnie kopnęłaś w dupę. Albo trzepnęłaś z całej pary zeszytem. Albo wyciągnęłaś z torby pałeczki i zagrałaś na moim kolanie wściekłe przejście, mimo że utrzymywałaś, że dopiero się uczysz i „Smoke on the Water” na 120 to szczyt Twoich możliwości.

I te wspólne powroty autobusem. I obgadywanie ludzi, którym wiodło się lepiej niż nam. I pierwsze, nieśmiałe rozmowy o spierdoksowych problemach – podobnie, jak ja, miałaś łatkę dziwaczki, a i, patrząc na to, że jeszcze w liceum miałaś na kompie blokadę rodzicielską, jak i również po Twoich opisach Twoich interakcji w domu, zdaje się, że, podobnie, jak ja, też miałaś wesoło. Kiedyś stwierdziłaś, że jestem „trochę niewychowany”. Prawdopodobnie miałaś na myśli coś innego, ale właściwie to trafiłaś – w końcu przez „wychowanie” rozumiemy de facto „wtłamszanie w formę”. A ja wtłamszania w cokolwiek bałem się i unikałem jak ognia, bo formy, jakie widziałem nad sobą, wydawały mi się niewłaściwe i przerażające. Powiedziałaś kiedyś zresztą, że Twoi starzy są z wykształcenia filologami. Czyżby nauczycielami? Nie zdążyłem o to nigdy spytać, ale jeśli tak, to tłumaczyłoby bardzo wiele Twoich skrzywień, na czele z wybijającą w zaskakujących momentach sztywnością i pokładaniem niewspółmiernej do rozumu wiary w instytucję szkoły. Sympatyzowałem i empatyzowałem z Tobą, i sam czułem się rozumiany. Tym bardziej, że operowaliśmy w podobnym kodzie kulturowym, bo, podobnie, jak ja, spędzałaś sporo czasu w zachodnim internecie. Uwielbiałem nasze rozmowy. I jeszcze ten Twój zapach – ten niepodrabialny zapach świeżego prania. Kilkanaście lat później przypadkowo dowiedziałem się, że to konwalia. Intoksykujący w najlepszym tego słowa znaczeniu. Słowo daję, gdybym teraz go poczuł – wtulając się, tak, jak wtedy, w tramwaju, w Twoje patykowate ramiona, żeby chwilę później doznać najprzyjemniejszego miziania po plecach, jakie kiedykolwiek mi się przydarzyło – bezsenność przeszłaby mi jak ręką odjął. Ale tak się nie stanie. I oboje wiemy, jaka jest tego praprzyczyna: Twój stary. Masz pojęcie, jakim kalibrem jest w męskim świecie to, co odkurwił ten wąsaty śmieć?

Grudniowy, szkolny dzień jak co dzień. Lekcja z wychowawcą. „Proszę pana, pan zostanie na chwilę po lekcji” – powiedział pan magister, dyskretnie nachylając się nad moją ławką przy rozdawaniu atlasów. Trochę mnie skonfundowało. Nie wiedziałem, czego chciał, ale zabrzmiało złowrogo. Zostałem. Usiadłem. Czekałem. Puls zbliżał się do tempa typowego utworu z okolic thrash metalu. Czego by o typie nie mówić, nawet wtedy nie wyglądał na człowieka, którego postać ucznia obchodziłaby na tyle, żeby po czasie, za który mu płacą, z własnej woli wypytywał, czy wszystko w porządku, bo coś nietęgo mu wygląda. Zresztą, on i dostrojenie do cudzych emocji? Nie wydaje mi się, żeby go kiedykolwiek specjalnie ruszały. A już na pewno nie u losowych, niewdzięcznych, nieogarniętych i bezczelnych gówniaków, które za trzy lata i tak znikną z jego radaru. Nieobecności? No kurwa, jeszcze nie te czasy, wszystko pousprawiedliwiane, wagarów i browarów zero – co najwyżej z tym rudym śmieciem po lekcjach, ale bez przesady, wtedy jeszcze nie bujałem się po mieście najebany, a już na pewno nie spotkałem po drodze nikogo, kto by na mnie mógł donieść. To może jakieś wypowiedzi na Gronie? Ale nie, też nie – głupich nie siali, pod nazwiskiem nic łatwopalnego nie pisałem. Mentalność przerażonego szczura była we mnie jeszcze zbyt silna. A za kilka sekund miała się dodatkowo umocnić.
- Proszę pana, na zebraniu przyszedł do mnie ojciec jednej z uczennic i powiedział, że jego córka skarżyła się, że jest pan natarczywy.
„Natarczywy”?
- Y, co proszę?
- Jedna z uczennic skarżyła się ojcu, że jest pan natarczywy. Proszę pana, ja nie wnikam, co tam między państwem zaszło, ale wie pan, jak to jest. Proszę uważać, bo w dalszej kolejności sprawa pójdzie do dyrektora. Będzie pan miał problem, będą nieprzyjemności, trzeba się będzie bardzo gęsto tłumaczyć.
„Natarczywy”.
- Yyy, dobrze, spokojnie, my już to sobie wyjaśniliśmy.
Chuj, a nie wyjaśniliśmy. Ale temat jakoś zamknąć musiałem, bo czułem, że jeszcze parę zdań, i będą mnie musieli reanimować. Nawet byłem mu wtedy wdzięczny, że trzymał uczniów na dystans i zwracał się do nich w trzeciej osobie. „Natarczywy”, kurwa mać. Ja, który przez pół podstawówki sympatyzowałem i empatyzowałem z dziewczynami z forów, że seksizm, że uprzedmiotowienie, że niechciane awanse nachalnych typów. Ja, który przez całą gimbazę bałem się nawet zagadać do dziewczyny, która mi się podobała, w obawie, że niechcący zrobię jakiś niewłaściwy krok i przylepią mi łatkę szkolnego oblecha, przystawiającego się w niestosowny sposób do rówieśniczek. To drugie się w sumie poniekąd zdarzyło – pod koniec pierwszej klasy, na wycieczce na pewien cmentarz, jedna z klasowych karyn, która szła przede mną, wkręciła jednej z koleżanek, że robię zdjęcia jej tyłka. Obyło się bez spaprania reputacji na całą szkołę – o to zdążył zadbać już na samym początku koleś, którego przez ponad trzy lata uważałem za swojego przyjaciela – ale w oczach dziewczyn stałem się jeszcze większym śmieciem niż byłem do tamtej pory. Ale mniejsza o to – wróćmy do tego słowa. „Natarczywy”. Żeby tylko się upewnić, że czytamy tę samą stronę – z czym ono Ci się kojarzy w kontekście relacji między facetem a kobietą? Bo moje pierwsze skojarzenie to właśnie taki natrętny oblech, który dzień w dzień chodzi za obiektem swojego pożądania, uparcie wysyła jej niedwuznaczne sygnały i nie reaguje na implicytne ani eksplicytne prośby, żeby przestał, bo to sprawia dyskomfort. Czy, przy odpowiednim poziomie eufemizacji tego, co się chce naprawdę powiedzieć, zwyczajnie ją molestuje. Tylko za kim ja miałem łazić? Kogo ja miałem molestować? Miałem w końcu na uwadze, jak łatwo o to, żeby mnie wyszydzano i wytykano palcami – lata gnębienia w podbazie i gimbazie zrobiły swoje. Byłem przewrażliwiony na punkcie tego, jak mnie odbierają. Unikałem pokazywania się innym takim, jakim byłem naprawdę, i tym bardziej pilnowałem się, żeby nie popełnić podobnego faux pas. Dopisywałem do swojego życiorysu zdania, akapity, a nawet całe rozdziały, które się nie wydarzyły – byle tylko nie wyszły na wierzch moje słabości i kompleksy. A tych miałem pod dostatkiem.

(7_1/4)

 No.239

File: 60d2acc5d2244.vichan.png (94,94 KB, 374x477, 7_2 proces rozkminny.png) ImgOps Google

„Po co on z tobą chciał gadać?” – zagaił kolega z ławki. „Y, coś tam coś tam, nieobecności na wuefie” – zełgałem. Jeszcze by tego brakowało, żeby to się rozlazło po innych ludziach. Trzy miesiące. Czy naprawdę wystarczyło tylko tyle, żeby znowu spaść na dół łańcucha pokarmowego? Przez całą fizykę siedziałem na krawędzi krzesła, nerwowo postukując na zmianę glanem i długopisem. I rozkminiając, skąd mógł przyjść ten strzał poniżej pasa. Bo że nie byłem „natarczywy” wobec żadnej koleżanki, wiedziałem na pewno – nie wykonywałem wobec żadnej jakichkolwiek specjalnych ruchów, z większością nie gadałem wtedy dalej niż zwykłe „cześć-cześć” plus ewentualny small talk o szkole, na Gadu rozmawiałem tylko z dwiema – i w żadnym wypadku nie pisałem jako pierwszy – a na tyle blisko, żeby w ogóle wyszły jakiekolwiek różnice zdań, tylko z jedną. Z Tobą. Tylko, znowu, coś mi się nie kleiło, bo w końcu zawsze pisałaś jako pierwsza, a do tego potrafiliśmy wisieć na Gadu do małych godzin. Ale zaraz, czy różnice zdań były jedynym potencjalnym źródłem motywu po Twojej stronie? Nie no, zaraz. Przecież miałaś ból dupy o to, że dostałem się do tej szkoły mimo tego, że nawet się nie starałem i nawet mi na tym specjalnie nie zależało. I o moją wiedzę z przedmiotu, który był Twoim konikiem. I wysyłałaś mi te wszystkie testy na inteligencję i zasób słownictwa, żeby porównywać wyniki. Kurwa mać, jednak Ty? Ty, chorą na ambicję bóldupnicą i socjopatką, która mści się na mnie za to, że jestem od niej lepszy? Im dalej w las, tym ta teoria miała więcej sensu. Gdy zadzwonił dzwonek, miałem już pewność, że chodzi o Ciebie. Że z zawiści próbowałaś narobić mi smrodu i dorobić gębę. Albo nawet pozbyć się mnie ze szkoły, bo nie umiałaś w uczciwy i konwencjonalny sposób być ode mnie lepsza. W końcu jakim problemem byłoby obrócenie naszego obustronnego slapsticku w zły sposób i popchnięcie ludziom narracji, że to nie była zabawa, z której czerpaliśmy bekę oboje, tylko zły i niepożądany dotyk z mojej strony? Niejeden facet bardzo chętnie uwierzy – albo uda, że uwierzył – w to, że inny facet, a w szczególności taki, który jest od niego słabszy, wyrządza krzywdę kobiecie. O dziewczynach wspominać nie muszę – w końcu, hehe, solidarność jajników. Która często a gęsto przybiera formę kultury masowego gaslightingu i generalnego bycia nie w porządku wobec facetów, którzy w jakikolwiek sposób wychylają się przed szereg. Nie przeszkadzało też, że stanowiłyście jakieś trzy czwarte populacji uczniowskiej – a nuż któraś, rozochocona możliwością i napędzana podobną zawiścią, przypomniałaby sobie, że na jakiejś lekcji patrzyłem na inną o kilka sekund za długo, żeby to nie było „dziwne”? A co, jeśli celowo zaczęłyby ze mną wszczynać konflikty, żeby zrobić ze mnie albo pizdę, która nie reaguje i daje się gnębić, albo chama i agresora, który reaguje, żeby na pizdę nie wyjść? Albo gdyby zmówiły się na kolejne fałszywe oskarżenia o molestowanie, żeby w ramach bardzo źle pojętej rywalizacji wywalić ze szkoły kolesia, który jest za dobry z tego cholernego przedmiotu?

Czułem się jak szczur na polu minowym. A teraz jeszcze do głosu doszło poczucie, że poluje na mnie drapieżnik, który widzi przez moje zasłony dymne. Na interwencję rodziców liczyć nie mogłem. Przećwiczyłem to już na dwóch poprzednich szczeblach edukacji – wierzyli w każde, choćby najbardziej nieprawdopodobne oskarżenie pod moim adresem i nigdy nie zdarzyło im się wziąć mojej strony, a kiedy próbowałem bronić się sam, karali mnie dodatkowo za udział w konfliktach. A poza tym pod koniec gimbazy miałem incydent obronnokonieczny, który o mało nie skończył się relegacją, więc miałbym chuje w buzi do kwadratu. Co miałem zrobić? Jedyną sensowną reakcją wydawał się brak reakcji. Na Twoje próby kontaktu. Żeby nie było mi czego przykleić, żeby nie było czego interpretować. Pod koniec przerwy strategia przetrwania była już gotowa. Zero spojrzeń. Zero słów. Zero przebywania sam na sam. Masz pojęcie, jaki byłem przerażony, kiedy po kolejnym dzwonku musiałem, jako osoba zwolniona z religii, iść do biblioteki i odsiedzieć z wami całą godzinę lekcyjną? Bo jeszcze by tego brakowało, żeby do wychowawcy doszły słuchy, że godzinę po tym, jak zakomunikował mi, że jestem de facto oskarżany o molestowanie koleżanki, jak gdyby nigdy nic postanowiłem zlekceważyć jego polecenie i w godzinach bycia pod ustawową opieką nauczycieli szwendać się poza wyznaczonym miejscem. Dobrze, że oprócz nas była tam jeszcze jedna osoba z naszego nieformalnego kółka ateistów i mogłem udawać, że wszystko w miarę gra, i uczestniczyć w rozmowie nie zwracając się bezpośrednio do Ciebie. A wiesz, jak się przeraziłem, kiedy niedługo później, na klasowej wigilii podeszłaś do mnie z opłatkiem? Pół biedy, że dzieliła nas ławka i nie było mowy o bezpośrednim kontakcie fizycznym poza ułamaniem sobie nawzajem po kawałku tego rozmiękłego świństwa, a dookoła było pełno ludzi, którzy słyszeli naszą wymianę zdań i w razie czego mogli potwierdzić, że nie stało się tam nic zdrożnego.

Wszystko nabrało nowej optyki. Te Twoje wzdychania do naszych kolegów, nauczycieli i znanych facetów, którymi dzieliłaś się ze mną na GG? Ani chybi prowokacje mające na celu skłonić mnie do analogicznych wyznań odnośnie naszych koleżanek, żeby w jakiś sposób wykorzystać je do spaprania mi z nimi relacji. Te pozornie niewinne pytania o kawałki wiedzy z „naszego” przedmiotu? Prowokacje mające na celu wyłowić ze mnie niekompetencję i ośmieszenie mnie na forum szkoły. A pamiętasz, jak przekleiłaś mi kawałek rozmowy ze swoją przyjaciółką, w której ta stwierdziła, że na Ciebie lecę, bo pewnego dnia, kiedy czekaliśmy na matmę, ja i jeden z naszych kolegów zaczęliśmy was „ważyć”, podnosząc was „jak jakieś kłody”? Czyżby przygotowywanie gruntu pod mającą mi zaszkodzić narrację?

Ale miała rację. Leciałem na Ciebie. Ale nie od razu zdałem sobie z tego sprawę. Ta świadomość rodziła się powoli i w bólach. W sumie to przebłyski pojawiały się już wcześniej. Pamiętam, jak tuż po rozpoczęciu roku staliśmy w kółku na zewnątrz, szykując się do wyjścia z nową klasą do parku. Ale mnie wtedy piekło, że zamiast integracji wybrałaś spotkanie ze znajomymi z gimbazy! Wcześniej rozmawialiśmy tylko przez Gadu – dasz wiarę, że przez pierwsze parę tygodni miałem poważne wątpliwości, czy jesteś tą samą osobą, która widnieje na profilowym na Gronie? Gdybym miał wskazać najładniejszą dziewczynę w klasie, przed Tobą spokojnie wymieniłbym parę innych, ale mimo to nie mogłem się powstrzymać od ukradkowych spojrzeń w Twoją stronę ilekroć pojawiłaś się w polu widzenia. Bywały takie momenty, że nie mogłem od Ciebie oderwać wzroku, mimo że nosiłaś się bardzo zwyczajnie, wręcz aseksualnie. I jeszcze ta sensacja płonięcia uszu. I te myśli: „kurde, lubię ją, naprawdę ją lubię”! Ale mimo tych wszystkich objawów widziałem w Tobie przede wszystkim kumpelę, która rozjaśniała mi popołudnia swoim losowym, uroczo pierdolniętym humorem i wielogodzinnymi rozmowami o wszystkim i niczym. Wiesz, że w życiu pod Ciebie nawet nie obaliłem komuny? Nie, żeby Ci czegokolwiek brakowało – moim zdaniem miałaś najzgrabniejsze nogi w całej szkole, a fizjonomia w stu procentach trafiała w mój typ – to bardziej kwestia tego, że w takich dziewczynach jak Ty człowiek nie widzi kawałka apetycznego mięsa, tylko się zakochuje. Urzekała mnie Twoja bezpretensjonalna zwyczajność, wiesz? Proste, półdługie włosy. Brak inwazyjnych perfum. I ubiór złożony z trampek, spodni i gimbobluzy. Piwniczyłbym z Tobą jak zły.

Ale to się nie stało i nie stanie – właśnie dlatego, że tamtego feralnego dnia moje wrażenie wyczekiwanej od podstawówki normalności i upragnionej ulgi od gratisowego skurwysyństwa innych ludzi runęło jak domek z kart. Straciłem zaufanie nie tylko do Ciebie – przestałem się czuć bezpiecznie właściwie przy jakiejkolwiek rówieśniczce. Co gorsza, towarzyszyło mi poczucie, że jeśli okażę jakikolwiek strach lub dyskomfort, połapiesz się, że uderzyłaś w mój czuły punkt i masz nade mną przewagę, a potem przystąpisz do kolejnego ciosu, czymkolwiek miałby on być. Balansowałem więc między unikaniem Cię, udawaniem, że wszystko gra, i mało przekonującą kalkofasadą kozactwa, którą uszyłem sobie na podobne (choć nie tak przerażające) okazje ze strzępków danych podgapionych u osobników, które cieszyły się jako takim respektem w mojej gównodzielnicy. Ciekawe, ile osób postronnych skumało na własną rękę, że coś między nami z dnia na dzień zrobiło się mocno nie tak? Bo że ze swoją przyjaciółką, z którą chodziliśmy do klasy, obgadałaś sprawę na wszystkie strony, to akurat wiem. W końcu sama spytała mnie bezpośrednio, choć nie bez długiej i obustronnej zabawy w kotka i myszkę, dlaczego się do Ciebie nie odzywam. „Bo tak”, wypaliłem. „Rozumiem, nie chcesz o tym rozmawiać”, odpisała. Ale myliła się – chciałem, i to bardzo, ale nie miałem przy sobie nikogo, komu bym ufał na tyle, żeby dzielić się z nim przemyśleniami i emocjami związanymi z tym, że zostałem fałszywie oskarżony o molestowanie jednej z najbliższych osób, jakie miałem w całym dotychczasowym życiu. Koledzy? Nie było ich wielu, a i nie było powiedziane, że po usłyszeniu o tej historii by się ode mnie nie odwrócili. Rodzice? Wolne żarty. Szkolny psycholog? Nie byłem głupi – byłem za to niepełnoletni i przekonany, że w związku z tym konkretnym faktem cała treść ewentualnej rozmowy zostałaby bardzo szybko zrelacjonowana moim starym. Tak samo, zresztą, jak przy każdym z psychologów, po których byłem przez nich ciągany od podstawówki. Telepało mną jednak za mocno – pamiętam, że w tamtym czasie zakatowałem, myśląc o Tobie cały czas, pierwszą solową płytę Serja Tankiana – więc w końcu się przełamałem i jakiś czas później podjąłem temat z Twoją przyjaciółką. Dlaczego akurat z nią? Było mi jakoś łatwiej. A poza tym jakaś część mnie chciała dać Ci parę dni na sklecenie jakiejś dopuszczalnie brzmiącej wersji wydarzeń. Chciałem usłyszeć cokolwiek, niechby i kłamstwo, byle mieć podstawę, żeby zostawić tę sytuację za sobą i znowu móc z Tobą spędzać czas.
- Wiesz, w grudniu wychowawca kazał mi na chwilę zostać po lekcji. Potrafisz zgadnąć, co mi powiedział?
- Wiedziałam, że jej ojciec poszedł do wychowawcy. – odpisała.
- Że co?
- Hurr durr, chodziło o te wasze zabawy na korytarzu! Zrozum, ona się nie czuła bezpiecznie! Sorry, ale z rodzicami się rozmawia!
Tak niebezpiecznie, że aż musiałaś do mnie wypisywać po szkole każdego dnia, także po feralnym zebraniu i rozmowie z wychowawcą. Tak niebezpiecznie, że gdy opowiedziałem suchara, musiałaś mi przyjebać w łeb zeszytem, żeby pokazać się jako ta śmieszniejsza. Tak niebezpiecznie, że zamiast SKORZYSTAĆ Z FAKTU ROZMAWIANIA ZE MNĄ CODZIENNIE powiedzieć, żebym coś robił inaczej albo przestał to robić, musiałaś wysłać ojca, żeby pobiegł do wychowawcy z fałszywym oskarżeniem o molestowanie.

Poczułem się, jakby mnie zdzieliła z liścia, a następnie szyderczo się zaśmiała. To wszystko brzmiało jak damage control i typowy, solidarnościowojajnikowy gaslighting. W końcu w swojej gimbazie niejedno widziałem – baby potrafiły być NAPRAWDĘ podłe i, gdyby w tamtej szkole gruchnęła zwieńczona wpierdolem ze strony szkolnych samców alfa plotka, że jakiś typ łapał którąś za miejsca intymne, wcale by mnie to nie zdziwiło. Niemniej, coś mi zgrzytnęło w głowie – w końcu sprawiałaś wrażenie autentycznie skonfundowanej, a stwierdzenie, że Twoja przyjaciółka „wiedziała” że Twój stary „poszedł do wychowawcy”, zabrzmiało tak, jakby ten skurwysyn już kiedyś odstawiał podobne numery, a samo działanie było produktem jego autonomicznej decyzji. Przemyślałem sprawę. Jakiś czas później napisałem do Ciebie i skierowałem rozmowę na wiadome tory, żeby sprawdzić, jaką wersję usłyszę.
- Omg, dobra, powiem Ci, jak było. Gadałam z nimi przy kolacji i wspomniałam o tym, jak mnie pierdolnąłeś w krtań. Na to ojciec powiedział, że „w takim razie trzeba interweniować”.
- Że co? „Pierdolnąłem w krtań”…?
- Może nie pamiętasz, nie wiem, nie znasz swojej siły, niewiele trzeba, żeby wydarzyło się nieszczęście! Po prostu nie podduszaj ludzi, to będzie ok.
Nie kojarzyłem żadnego takiego incydentu, ani żebym Cię kiedykolwiek podduszał. Nawet nie byłem pewien, czy w tamtym momencie też nie próbujesz na mnie gaslightingu. Do ciężkiej cholery, w kolejnych dniach przeskanowałem całą pamięć w poszukiwaniu opisanej sytuacji i jedyna interakcja z Twoim gardłem, jaką znalazłem, to jak przy którejś rozmowie w typowo żartobliwym rejestrze przesunąłem Ci po nim dwukrotnie palcem w stronę podbródka. Wiesz, w sensie „dobra, dobra, kochana, nie cwaniakuj mi tutaj”. Pamiętam, że po tym powiedziałaś „ej no, co to miało być?”, ale i Ty, i Twoja przyjaciółka wyglądaliście na rozbawione, więc nie wpadłoby mi do głowy, że sprawiłem Ci jakikolwiek dyskomfort. A może w ogóle chodziło o co innego? Nie wiem, i nie łudzę się, że kiedykolwiek się dowiem. Wiedziałem za to jedno: rozmowa nie była w okolicach samego faktu oskarżenia mnie o molestowanie, a ujawnienie komukolwiek, że rzeczą, która sprawiła, że przez poprzednie cztery miesiące unikałem rozmów z Tobą, przebywania w pobliżu, czy nawet patrzenia na Ciebie, był właśnie strach, że możesz wykorzystać dowolną interakcję jako podstawę do dalszych oskarżeń, które mogłyby doprowadzić nawet do wypierdolenia mnie ze szkoły – nie wspominając już o problemach, jakie z tego powodu mogłem mieć w domu – byłoby równoznaczne z wepchnięciem Ci broni do ręki. I nie miało nawet znaczenia, czy inicjatywa fałszywego oskarżenia mnie o niestosowne i uporczywe zachowania natury damsko-męskiej wyszła od Ciebie, czy zrodziła się w głowie tego gnoja – a co, gdyby nawet przy drugim wariancie w pewnym punkcie coś by Ci nie podpasowało i doszłoby do drugiego ciosu, tylko tym razem faktycznie wymierzonego przez Ciebie? Nie chciałem sobie malować na twarzy czerwonego iksa, żeby było wiadomo, gdzie zaboli najbardziej, więc zamiast powiedzieć wprost, o co dokładnie chodziło, po prostu pozwoliłem istnieć wrażeniu, że strzeliłem focha „jak baba”. Pohurrdurzyłem dla zasady i wszystko, zdawałoby się, wróciło do normy.

(7_2/4)

 No.240

File: 60d2acdc2917f.vichan.jpg (28,01 KB, 700x290, 7_3 strach przed własnym c….jpg) ImgOps Exif Google

Ale nie wróciło, o nie. „Po prostu nie podduszaj ludzi, to będzie ok”? Dopuszczając możliwość, że część o „podduszaniu” mogła być celowym wymysłem, równie dobrze mogła to być implicytna groźba. „Lepiej mi nie podpadaj, bo sobie przypomnę albo pomyślę coś jeszcze”. Chciałem rozwiać wątpliwości i wydostać się spomiędzy młota strachu i kowadła dławiącego się niejasnościami, szczeniackiego uczucia, a zamiast tego wplątałem się jeszcze głębiej. Strach i podejrzliwość zwyciężyły – z jednej strony, mimo pozornego rozwiązania dysonansu, odsunąłem Cię na bezpieczny dystans, z drugiej kontynuowałem strategiczne pozycjonowanie się wokół ludzi, którzy otwartym tekstem przyznawali, że Cię nie lubią,a z trzeciej, żeby w razie czego było mi trudniej przypiąć „natarczywość”, zacząłem się zachowywać tak, jakbym na Ciebie nie tyle nie leciał, co anty-leciał. Pozwalałem sobie na żarty z Twojego aparatu na zęby, figury, fizjonomii, i, wreszcie, inteligencji. Wtedy nie widziałem w tym niczego złego – w końcu sama pozwalałaś sobie na żarty ze mnie, więc we własnych oczach jedynie odpłacałem Ci tym samym, dając Ci przy okazji poczucie bezpieczeństwa przed niepożądanym, niekomfortowym i najwyraźniej aż nazbyt widocznym uczuciem osobnika poniżej Twojej samooceny. W moim odczuciu był to też poniekąd słuszny opór przed subtekstualnymi próbami dominacji, które, według jednej z wykładni anatomii relacji międzyludzkich, manifestują się między innymi właśnie jako żarty z drugiej osoby. Bo jak się nie odżartuje albo chociaż nie odwarknie, to traci się punkty szacunku, a nadmierny spadek oznacza powrót do bycia cwelem w stadzie. Po kilku latach gnębienia w poprzednich szkołach zwyczajnie się tego bałem i nie chciałem do tego nigdy wracać.

Uczucia są jednak jak, wybacz porównanie, treść żołądka – jeśli człowiek będzie je w sobie butelkować i nie da im ujścia, będą dręczyć, wywoływać rozrywający ból i zatruwać organizm, uprzykrzając życie, dopóki się nie uwolnią. Z pomocą, czy bez, „oficjalną” drogą, lub nie. Od nowego roku szkolnego miałaś zmienić klasę na inny profil. Pomyślałem więc, że powiem Ci, co do Ciebie czuję, ostatniego dnia. Tak, żeby, nawet, gdybyś postanowiła narobić mi smrodu, sprawa przez kolejne dwa miesiące zdążyła sflaczeć i zrobić miejsce mniej niewczesnym tematom. O kilka dni ubiegł mnie ubiegł kuc z kółka, na które chodziłaś, ale całe szczęście nie przypadł Ci do gustu. „Jednak mogę się komuś podobać”, napisałaś mi tylko. Cóż, mając w perspektywie możliwość kolejnego oskarżenia o „natarczywość”, w sumie nawet się cieszyłem, że moje żarty z Twojej atrakcyjności zadziałały i miałaś wrażenie, że mi się nie podobasz. Gorzej, że, jak się później okazało, brałaś je do siebie o wiele bardziej niż na to zasługiwały.

Był ciepły, leniwy, czerwcowy dzień. Wszyscy, a najbardziej chyba nabijający w poprzednich dniach kabzę miejscowych barów miast prowadzić lekcje nauczyciele, cieszyli się, że za chwilę będą mieli dwa miesiące upragnionego spokoju. Część naszej klasy z podziwem oglądała drewniany miecz, który mój ziomek z ławki wystrugał na pamiątkę dla naszego wychowawcy. Ja za to czułem się, jakbym miał zaraz wykorkować ze stresu. Tamtego dnia miało się zdecydować, czy zaznam ulgi i spełnienia uczucia, które tak długo w sobie dławiłem, czy raczej doznam sromotnej porażki i… co ja, kurwa, gadam, oczywiście, że to było skazane na porażkę, i to od samego początku. Chciałem to załatwić tuż po zakończeniu, ale nie miałem jak, bo gdzieś zniknęłaś, a Twój telefon, zupełnie, jakby kanalizująca się przez sieć GSM opatrzność chciała mi dać do zrozumienia, że wyznawanie Ci czegokolwiek to naprawdę kiepski pomysł, nie odpowiadał – a może po prostu go wyłączyłaś? W każdym razie, wobec niemożliwości skontaktowania się z Tobą, przeszedłem do kolejnego punktu programu dnia – wsiadłem w tramwaj i pojechałem pić jabole z kolegą z czasów podstawówki. Alkohol trochę uspokoił moje nerwy – na tyle, że wieczorem stwierdziłem, że albo dopnę swego dzisiaj, albo nigdy. Napisałem więc do Ciebie na GG.
- Hej, jesteś?
- Trochę – odpowiedziałaś po kwadransie.
- Muszę Ci coś powiedzieć. Wybacz, że tutaj, ale nie mogłem się do Ciebie dodzwonić cały dzień, a już nie wyrabiam.
Zaczęliśmy o tym rozmawiać. Dlaczego nie powiedziałem wcześniej, pytasz? Bo z zebranego korpusu porównawczego obserwacji i doświadczeń wychodziło mi, że wyznanie czegoś takiego otwartym tekstem to bardzo zły pomysł. Że delikwentka, dla zabawy, albo choćby po to, żeby podbić sobie pozycję kosztem słabej spierdoliny na dole łańcucha pokarmowego, mogłaby rozgadać na cztery wiatry, że dziwak poprosił ją o chodzenie, jak jakiś uczniak podstawówki, robiąc z niego pośmiewisko i doczepiając mu ogon, który będzie się za nim ciągnął do końca szkoły. Wziąłem Cię za sukę, odpowiedziałaś oskarżycielsko. Cóż, prawda, o ludziach, którymi gardziłaś, potrafiłaś mówić w bardzo prześmiewczy i kostyczny sposób – mnie niby tam lubiłaś, ale kiedy dowiedziałem się, że „jedna z uczennic skarżyła się ojcu, że jestem natarczywy”, raczej ciężko było przyjąć to za pewnik. Choć, znowu, bojąc się potencjalnych reperkusji, to ostatnie zachowałem dla siebie i odpowiedziałem przepraszająco, wciskając Ci jakieś mało zgrabne wytłumaczenie. Mogłeś mnie nie traktować jak gówno i nie żartować, że nigdy sobie nikogo nie znajdę! No, mogłem. Kurwa mać. Wtedy to miało sens. Mogłeś powiedzieć wcześniej, nikt nie wie, co by z tego wyszło! Kurwa mać, kurwa mać, kurwa mać!

Jedną przykrą i żałosną (z mojej strony) rozmowę później poszedłem spać, czując się jak żywe gówno i śmieć, który spieprzył wszystko, co się dało spieprzyć, i jeszcze trochę. Nasze kontakty na dwa tygodnie całkowicie ustały. Spieprzyłem wszystko? A gdzie tam, to było jeszcze przede mną. W końcu do mnie napisałaś. „Wiesz, chyba powinniśmy kompletnie przestać ze sobą rozmawiać” – rzuciłem w pewnym momencie. Nie gadaliśmy o niczym szczególnym, ale ta wymiana, czy w ogóle sam fakt, że osoba, której ledwie kilkanaście dni wcześniej wyznałem, ile do niej czuję, rozmawia ze mną, jakby tamta rozmowa się nigdy nie wydarzyła, bolały mnie bardziej niż jestem w stanie wysłowić. Nie wiem, dlaczego, ale Twoje nastawienie wydało mi się w jakiś sposób bezduszne, przez co bolało mnie jeszcze bardziej. „Ale dlaczego? To jest bardzo wymowne” – odpowiedziałaś. Nie skumałem, o co dokładnie Ci chodziło – skądinąd miałem wrażenie, że tego słowa trochę nadużywasz. Chciałem jednak w miarę możliwości trzymać Cię poza polem percepcji, żeby pozwolić ranie się zagoić. Oddałem się też wakacyjnej kuracji etanolem, siarczynami i grami komputerowymi. Zadziałała chyba nienajgorzej, bo z tamtych paru miesięcy pamiętam niewiele – jak sięgnę pamięcią, zlewają mi się w jeden, wielki ciąg szlajania się po boiskach, krzakach, lasach, czy opuszczonych budynkach, wbijania się na krzywy ryj na posiadówy do kolegów kolegów i leczenia kaca, z przerwami na granie po nocach w Wiedźmina i kombinowanie, który ziomek wygląda najdoroślej i uzupełnianie baku w monopolowym. Po powrocie do szkoły z kolei starałem się, znowu, trzymać Cię poza polem percepcji. Ale nie było łatwo, bo co i rusz mijaliśmy się na korytarzu. Unikałem jakiejkolwiek interakcji, także wzrokowej. Znalazłem paru nowych kolegów, więc zacząłem spędzać czas z nimi. Paru z nich było z Twojej nowej klasy. Okazało się, że w sumie żaden Cię nie lubi. Dlaczego? Cholera wie. Też miałem pasywny buff do wzbudzania bez wyraźnego powodu ludzkiej antypatii, więc uznałem, że musi chodzić o Twoje anormictwo i jakieś bliżej nieokreślone cechy, które sprawiły, że ze mną dla odmiany się polubiłaś.

W międzyczasie byłem w stanie spiny z Twoją najbliższą przyjaciółką. Pokłóciliśmy się o jakąś pierdołę. Potem wyciągała do mnie rękę, ale wcześniej, kiedy jej temat padł w rozmowie z jedną z dziewczyn z klasy, ta wspomniała, że ta pierwsza mówiła, że „byłem jej drugim cieniem”. W kontekście poprzednich oskarżeń o „natarczywość” brzmiało to bardzo źle – zupełnie, jakby w waszym kółku przedstawianie facetów jako namolnych oblechów i podstępne robienie im smrodu w towarzystwie było rutynowym sposobem wygrywania z nimi konfliktów. Jednak, znowu, między tymi słowami a jej zachowaniem coś mi się nie dodawało. Tym bardziej, że tamta druga wyraźnie nosiła w sobie sporo kompleksów i zawiści, a do tego nie raz i nie dwa odpalała mi czujnik nieszczerości. Postanowiłem więc, przy okazji i pod pretekstem rozmowy o jakichś sprawach „służbowych”, spytać Cię, czy Twoja przyjaciółka faktycznie mówiła o mnie coś podobnego.
- O, już nie jesteś zjebana. Chyba znowu zacznę się przyznawać, że się znamy! – rzuciłem po parudziesięciu minutach rozmowy. Niby czytelny żart, niby w rejestrze zbliżonym do tego, w jakim niegdyś żartowaliśmy z siebie nawzajem, i przy okazji niezbyt udany sposób na zaznaczenie, że jak coś, to ta rozmowa nie jest preludium do nachalnego wieszania się na Tobie jak zakochany gimbus, ale jednak Cię zabolało.
- Udam, że to mi się wydało zabawne. – odpisałaś.
Zrobiło się niezręcznie. Nie takiej reakcji się spodziewałem. To, że nie miałem o Tobie takiego zdania, wydawało mi się oczywiste – tym bardziej po tym, jak Ci wyznałem, co do Ciebie czuję. Inna sprawa, że miałem wrażenie, że bardzo szybko odnalazłaś się w nowej klasie, a ja nie byłem dla Ciebie na tyle ważny, żebyś odebrała tego jednolinijkowca aż tak osobiście. Przeprosiłem. Kontynuowaliśmy, zdawałoby się, już w miarę normalną rozmowę. W końcu spytałem, o co chodzi z tamtą przyjaciółką, i czy naprawdę wygadywała na mój temat jakieś dziwne rzeczy. Spytałaś, od kogo mam takie rewelacje. Ze względu na dobro śledztwa nie chciałem Ci powiedzieć, bo obawiałem się, że jej to wygadasz i sprawa wymknie się spod kontroli.
- Oczywiście, że powiem!
- No, to wybacz, ale się nie dowiesz.
- Ale to dla mnie ważne!
- Wybacz, nie.
- Omg, no nie bądź taki!
- Nie.
Po paru takich przerzutach z jednej na drugą spytałem wprost, czy przez to, że nie chcę Ci powiedzieć, o kogo chodzi, nie chcesz już się ze mną kumplować. Odpisałaś: „nie no, widzę, że Ci nie zależy”. Zaprzeczyłem.
- Przecież to moja najbliższa przyjaciółka!
- Nie no, to sorry. Nie mogę Ci tego powiedzieć, nie ufam Ci.
„Nie ufam”, w sensie „nie, stara, nie poleję ci kolejnego, nie ufam ci, widzę, że się chwiejesz na nogach i zaraz urwie ci się film”. W sensie „nie, młody, nie dam ci czekolady przed obiadem, nie ufam ci, bo jak zjesz czekoladę, to nie zjesz surówki”. W sensie „nie, synu, nie dam ci dychy, nie ufam ci, bo wszystko przepuścisz na czipsy i batony”. Ty jednak, zdaje się, odebrałaś to jako policzek i deklarację ogólnego braku zaufania do Ciebie jako do człowieka.
- Ach, tak? To ja idę to sobie przemyśleć, a tym czasem pa. – odpisałaś, po czym zniknęłaś.
Napisałem do Ciebie dwa dni później – z jednej strony, żeby dowiedzieć się, czy coś się wyjaśniło z Twoją przyjaciółką, a z drugiej, żeby spróbować jakoś wyprostować ten niezręczny dysonans. Niestety, żadna z tych dwóch rzeczy się nie wydarzyła.
- Nie, niczego się nie dowiedziałam. A w ogóle to sobie to wszystko przemyślałam. Nie będę zabiegać o kontakt z Tobą ani go unikać.
- Że co, proszę?
- To znaczy, piszmy do siebie tylko wtedy, kiedy mamy do siebie jakąś sprawę, ale nie licz na to, że jeszcze będziemy się przyjaźnić.
Poczułem się, jakbym dostał w brzuch czymś ciężkim. Z jednej strony, bo właśnie wypowiedziała mi wszelką sympatię jedna z niewielu osób, na których zależało mi do tego stopnia, że aż czułem to w bebechach. Z drugiej, że, choć byłaś kiepska w okazywaniu pozytywnych uczuć, dotarło do mnie, że faktycznie Ci na mnie zależało. I to najwyraźniej nawet bardzo – na tyle, że postrzegałaś naszą relację jako przyjaźń. Zacząłem Cię przepraszać, ale nie chciałaś tego słuchać. To już oficjalnie był koniec. Na odchodne rzuciłaś jeszcze kilka wkurwionych pytań. „Naprawdę sądzisz, że jestem aż tak naiwna?! Chciałeś mi wykrzyczeć w twarz, że jestem idiotką?!”. Nie sądziłem i nie chciałem. Ale Ty już byłaś przekonana, że jest inaczej. Nawet nie jestem pewien, czy sama przez siebie, czy przez kogoś innego.
- Naprawdę aż tak zdążyłaś mnie znienawidzić?
- Nie nienawidzę Cię.
Zimno i klinicznie. „Nie wywołujesz we mnie silnych emocji”. Ciężko mi stwierdzić, czy to był przemyślany cios, czy stwierdzenie faktu, ale zabolało podwójnie. Czułem się okropnie. I na duszy, i na ciele. Przez kolejny tydzień moja fizjologia zachowywała się, jakby schodziło ze mnie wiadro espresso, albo i czegoś znacznie mocniejszego. Ale już następnego dnia postanowiłem odpalić propagandę. Żeby nie wyjść na tego zdominowanego, przecwelonego i zgnojonego.
- Udało mi się jej pozbyć! – przywitałem na przystanku z udawaną radością jednego z gardzących Tobą kolegów z Twojej nowej klasy.
Chciałem to obrócić w taki sposób, żeby wyglądało, że to ja odtrąciłem Ciebie, a nie na odwrót. Czułem, że lada moment zaczniesz robić mi czarny PR, więc chciałem się zabezpieczyć na wypadek, gdyby znowu szykowały się jakieś cyrki z wychowawcą. Działałem wbrew własnym emocjom, ale w tym akurat miałem solidną wprawę. Szczurzy instynkt przetrwania. Byle znowu nie zostać szkolnym cwelem, którego można do woli poniżać i wytykać palcami. Zacząłem znowu pozycjonować się przy ludziach, którzy Cię nie lubili, żeby w razie czego mieć sojuszników. Próbowałem czerpać przyjemność z ich pogardliwych wypowiedzi na Twój temat, i dorzucałem też własne, ale zamiast ulgi czułem tylko przytłaczający smutek, któremu w dodatku nie mogłem dać upustu, żeby nie pokazać, że zostałem zraniony. Za każdym razem, gdy mijałem Cię w korytarzu, miałem ochotę się rozpłakać. A Tobie jeszcze parę razy zdarzyło się celowo podejść, kiedy rozmawiałem z którąś z Twoich przyjaciółek, i, kiedy speszony sobie szedłem, śmiać się za moimi plecami, że nie potrafię Cię ignorować. Na drugim planie wciąż czaiły się echa fałszywego oskarżenia z pierwszej klasy. Czy to aktywne szukanie zaczepki miało być preludium do kolejnego? Sam już nie wiedziałem, w którą wersję wydarzeń należało wierzyć w optyce tych pasywnie agresywnych zachowań. Może wtedy też powiedziałem coś, co Cię wkurwiło, tylko nie powiedziałaś mi o tym wprost, postanawiając zamiast tego wbić mi nóż w plecy? Starałem się trzymać od Ciebie na bezpieczny dystans, a z Twoimi przyjaciółkami utrzymywać na tyle pozytywne relacje, żeby w razie czego stanowiły dla mnie bufor.

(7_3/4)

 No.241

File: 60d2acf88cadc.vichan.png (11,66 KB, 990x103, 7_4 dźwięki ciszy.png) ImgOps Google

Jakoś w trzeciej klasie przemieliłem to i uznałem, że chyba jednak podchodziłem do Ciebie z nadmierną paranoją. Ogólnie. Choć, trzeba mi oddać, nie wzięła się ona znikąd, jakkolwiek taki układ czynników, jaki spowodował między nami pierwszą i, w moich oczach, najpoważniejszą wyrwę, często się raczej nie zdarza. Chciałem wyciągnąć do Ciebie rękę i to wszystko naprawić. Decyzja dojrzała pewnego dnia, pod koniec lekcji. Postanowiłem, że spróbuję do Ciebie zagadać w tramwaju.
- Hej, jesteś na mnie dalej zła?
- Nie.
- Słuchaj, przemyślałem wszystko i doszedłem do wniosku, że w wielu miejscach zachowałem się wobec Ciebie nie w porządku. Możemy pogadać?
- Szczerze mówiąc, wolałabym teraz poczytać.
Wolałabyś poczytać niż ze mną pogadać. Aha. Spoko. Dbając o to, żebyś nie zobaczyła mojego wyrazu twarzy, odwróciłem się, poszedłem w stronę wyjścia i wysiadłem. Po raz kolejny poczułem się jak upokorzony śmieć. O dziwo, napisałaś do mnie jednak kilka dni później.
- Hej, to ja, przepraszam, jeśli wtedy w tramwaju poczułeś się olany, ale ta seria jest zbyt wciągająca! O czym chciałeś pogadać?
Twoje wytłumaczenie zabrzmiało mniej więcej jak „hej, sorry, nie mogłam się wtedy ustawić, musiałam policzyć dziury w serze”. Jakbyś się ze mnie nabijała. Jakbyś, zamiast zostawić mnie leżącego w spokoju, żebym sobie zdechł na poboczu, specjalnie wykręciła, żeby do mnie podjechać, po czym zmieniła buty na glany i zaczęła mnie dla zabawy kopać po żebrach. Zaczęła się słowna przepychanka.
- Masz mnie za debila? Najpierw mówisz mi zakamuflowane „spierdalaj”, a teraz jeszcze przychodzisz się pośmiać?
- Nie mam, nie mówię i nie przychodzę.
- Serio? Myślisz, że się na to nabiorę? Pokazałaś, jakie masz do mnie nastawienie. Czego jeszcze ode mnie chcesz?
Spermutować i zapętlić razy kilka. W końcu dopuściłem możliwość, że faktycznie przyszłaś z wyciągniętą ręką. Ale Ty już najwyraźniej zdążyłaś pod wpływem całej wymiany zmienić zdanie. A może od początku faktycznie chciałaś mi dodatkowo dowalić, na zasadzie przynęty i zamiany? „Wiesz, nie, od kiedy nie mamy ze sobą kontaktu, czuję się lepiej sama ze sobą. Niestety, zajrzałam do tamtej rozmowy i to jest postanowienie, którego chcę się trzymać”. I po rozmowie. Jeśli rzeczywiście chciałaś sprawić, że przez chwilę poczuję, jakby znowu mogło być między nami pozytywnie, tylko po to, żeby potem stworzyć wrażenie, że miałem szansę, ale ją spieprzyłem, to Ci się udało. Znowu, nie wiedziałem, któremu podszeptowi intuicji wierzyć.

Uszanowałem Twój wybór i dałem Ci spokój, ale cały czas zżerało mnie poczucie winy, że Cię skrzywdziłem i niesłusznie osądziłem. Przez kilka miesięcy mijałem Cię na korytarzu ze świadomością, że każdy dzień przybliża ten, w którym zobaczę Cię po raz ostatni. A jednocześnie, mając z tyłu głowy Twoje jadowite wypowiedzi na temat ludzi, których nie lubisz, a także Twoje złośliwe zachowania z poprzedniego roku, miałem poczucie, że muszę dalej robić dobrą minę do złej gry i robić wszystko, żeby na zewnątrz nie wyglądać na zgnojonego. Nasze ostatnie spotkanie na żywo było do bólu niespektakularne – ot, któregoś dwucyfrowego maja minęliśmy się w korytarzu, kiedy szliśmy na matury. Ja na swoją, Ty na swoją. Ja ze swoim kumplem z ławki, Ty ze swoją przyjaciółką. Nawet chyba na siebie nie spojrzeliśmy. Symbolicznie. Kiedy egzaminy się skończyły, każde poszło w swoją stronę. Rzuciłem się w wir wakacji – trochę po to, żeby w końcu odreagować ostatnie miesiące, trochę po to, żeby o Tobie zapomnieć. Potem pierwszy rok studiów – jak to z pierwszymi latami bywa, nietrafionych, do przekiblowania i przeczekania, aż będzie można się przepisać na lepsze. Gdzieś tam pobywałem, czegoś tam popróbowałem, kogoś tam poznałem, coś tam porobiliśmy. Niestety, wszystko to było jak oderwana od ciała ręka, którą wyrzuciło na brzeg morze: nic nie dało. Nikt inny nie był w stanie zapełnić tej ziejącej pustki. Wciąż, mimo że wiedziałem, że rozpad naszych relacji nastąpił już dawno, nie mogłem wyrzucić Cię z systemu. W końcu postanowiłem więc podjąć jedną, ostatnią próbę. Choć czułem w kościach, że jest skazana na porażkę. Napisałem.
- Hej, wybacz, że Ci zawracam głowę, ale dalej nie mogę przestać o Tobie myśleć. Minęło dużo czasu – nie chciałabyś się spotkać i pogadać na spokojnie?
- Nie, proszę, jednak przestań o mnie rozmyślać. Zgadza się, minęło dużo czasu, ale nie chcę do tego wracać. To należy do przeszłości, o której nie lubię myśleć.
„Przeszłości, czyli o rzeczy, o której nie lubię myśleć”, czy „tej konkretnej przeszłości, o której nie lubię myśleć, bo należy do niej znajomość z tobą i przez to przykro mi się kojarzy”? Cholera wie, bo nagminne kalki z angielskiego były, jak sięgnę pamięcią, immanentną częścią Twojego idiolektu. Ale przekaz był nader czytelny.
- Wiesz, próbowałem, ale nie jestem w stanie. Jesteś dla mnie zbyt ważna.
- To może nie próbuj tego robić czynnie, tylko zajmij się czymś innym.
„Chorujesz i nie możesz się wyleczyć? To przestań chorować, a jak nie umiesz, to zajmij się czymś innym, samo przejdzie”. Empatia nigdy nie była Twoją mocną stroną – nie, żebym sam był pod tym względem o wiele lepszy – ale ani myślałem mieć Ci za złe Twoją wolną wolę. Ale ja chciałem nie tyle empatii, co sposobności, żeby w końcu, gdy już, skądinąd, nie znajdowaliśmy się w tym samym układzie sił i nieszczególnie mieliśmy możliwości, żeby sobie nawzajem szkodzić, przegadać w otwarte karty te wszystkie nieporozumienia, niedomówienia i niejasności. Te wszystkie wzajemne zarzuty, będące produktem źle uformowanych osobowości, nadinterpretacji słów i faktów, oraz wzajemnej nieufności. I fałszywego oskarżenia o „natarczywość”, zarzewia tych wszystkich przykrości, które sobie zadaliśmy na przestrzeni lat.

A lata mijały, gasła nadzieja, wkoło się kręciła z nami karuzela. Zdarzało mi się co jakiś czas wchodzić na Twój profil, z ciekawości, co u Ciebie. I za każdym razem wyglądało to coraz smutniej. Podobnie, jak wiele Twoich rówieśniczek, wskoczyłaś na coraz głośniejszy i coraz bardziej rozpędzony wagon internetowego feminizmu i ekologizmu. Z czasem, pośród Twoich zwyczajowych, losowych postów o muzyce, humorze i dupie maryni zaczęły się pojawiać pełne bólu dupy posty o ochronie środowiska. W sumie nic nadzwyczajnego – sam lubię przyrodę i za każdym razem, kiedy dowiaduję się, że wycinają albo odcinają mi kawałek lasu pod jakąś inwestycję, strzela mnie chuj, a że sama zawsze miałaś do lasu blisko, tym logiczniejsze, że jesteś do niego przywiązana. Gorzej, że w pewnym momencie niemal wszystkie przejawy Twojego poczucia humoru zaczęły do tego zastępować coraz dłuższe eferwescencje spod znaku radfemu. Że patriarchat, że biały facet uprzywilejowany, że kultura gwałtu i wykluczania, że aborcja, aborcja, aborcja… Przyznam szczerze, że o ile z aborcją to sadzić, palić i legalizować, a polskie prawo w tej kwestii jest zwyczajnie antyludzkie, to, kiedy czytam te opowieści dziwnej treści o przyzwoleniu na przemoc wobec kobiet, wszechmęskim spisku przeciwko pozwalaniu wam na godne zarabianie, czy szklanych sufitach, odnoszę wrażenie, że albo dorastaliśmy w dwóch różnych Polskach, albo ktoś tu z precyzją tornada usiłuje transponować na wschodni grunt problemy Zachodu. O kwestiach ekonomicznych i prawnych można by długo i produktywnie, a i naprodukowali się o nich ekonomiści i prawnicy, których wiedza pozwala im je objaśnić lepiej niż ja kiedykolwiek będę w stanie, więc pozwolę je sobie pominąć, ale w realiach, w których dorastałem ja, zarówno fizyczna, jak i werbalna agresja wobec kobiet zawsze była ściśle verboten. Owszem, zdarzały się i domy patologiczne, ale to nie tak, że tylko mężowie i ojcowie mieli monopol na terroryzowanie swoich rodzin – poznałem więcej niż jeden przypadek, w którym sprawczynią przemocy była kobieta. I, co więcej, kiedy baba jest agresywna, albo generalnie zachowuje się wobec kogoś nie w porządku, rzadko kiedy ktokolwiek w ogóle zwróci jej uwagę, a facetowi nawet nie bardzo wypada się komukolwiek poskarżyć. Serio, nie przypominam sobie żadnej sytuacji, w której byłbym przez kogokolwiek potraktowany lepiej tylko dlatego, czy w ogóle dlatego, że jestem facetem. Jeśli już obserwowałem jakieś preferencyjne traktowanie na gruncie płci, zawsze szło w drugą stronę. To wam się daje pierwszeństwo, to wam się daje kredyt zaufania, to wam się ustępuje, to was się broni i chroni, to was się z byle powodu wywyższa i usprawiedliwia, to wam przy rekrutacjach literalnie daje się dodatkowe punkty za płeć, to wy ponosicie lżejsze konsekwencje z tytułu przestępstw i innych przewinień, to wam daje się szacunek cnotą urodzenia, a nie za osiągnięcia czy umiejętność projekcji wiarygodnej groźby przemocy, czy, w końcu, jak pokazała akcja #metoo, to wy możecie łatwo spaprać komuś życie za pomocą fałszywych oskarżeń o przemoc na tle seksualnym. Czy to z zemsty, czy to z chęci pozbycia się konkurenta o lepsze stanowisko, czy po prostu zaistnienia i zwrócenia na siebie uwagi. „Nie chcecie się bać oskarżeń o molestowanie, to nie molestujcie”? Ten sam poziom co „nie chcecie słuchać oskarżeń o fałszywe oskarżenia, to fałszywie nie oskarżajcie”. Jestem za karaniem winnych, ale nie za przyjmowaniem wszystkiego, co mówi dana osoba, na mordę i z połykiem, tylko dlatego, że jest odpowiedniej płci i przedstawia się jako ofiara. Zdaję sobie sprawę, że feminizm ma wiele sensownych postulatów, i że rewolucji nie robi się w jedwabnych rękawiczkach, bo pokojowe nastawienie nie gwarantuje, że przeciwnik będzie was traktował tak samo, ale, z drugiej strony, zachowywanie się nie w porządku wobec osób postronnych gwarantuje co najwyżej ich opór i niechęć. To, że nie chcesz być, quote unquote, „potulną ciotą bitą przez męża pijaka”, nie znaczy, że sama masz być toksyczna i przemocowa. W środowisku feministek funkcjonuje retoryczny chwyt, że faceci są tak uprzywilejowani, że nawet nie zdają sobie z tego sprawy. A co, jeśli z kobietami jest tak samo? A co, jeśli świat nie jest czarno-biały i brzydkie nierówności są po obu stronach sporu? Co, jeśli spór między płciami jest sztucznie podsycany przez możnych tego świata, żeby zniechęcać ludzi do współpracy i odwrócić ich uwagę i chęci od budowania solidarności klasowej? Zresztą, mam wrażenie, że jesteś dostatecznie kumata, żeby to rozumieć. Bądźmy szczerzy – feminizm jest dla Ciebie przede wszystkim wygodnym wehikułem do kanalizowania własnej mizoandrii. A ta z kolei wygodnym ujściem dla złych emocji wynikających z Twoich życiowych niepowodzeń i kompleksów. A do tych ostatnich sam przyłożyłem rękę, biorąc Twoją ograniczoną ekspresję emotywną za znak, że żartobliwe docinki Cię nie ruszają, a brak taktu i wyczucia emocji drugiego człowieka za sygnał, że życzysz mi źle. Kurwa mać, czy ja stworzyłem potwora?

Kiedyś od naszej wspólnej znajomej usłyszałem, że „znowu zawaliłaś studia” i mówiłaś, że „już nie chce Ci się uczyć”. Skąd ja to znam? Ambitny cel. Długa, żmudna, ciężka praca na pełnych obrotach. Wyrzeczenia. Wytrzymaj jeszcze trochę, już tak blisko. I nagle uderzenie głową w mur, zawiedziona nadzieja, weryfikacja oczekiwań wobec przyszłości, konieczność przekalibrowania ambicji poniżej wmawianych przez otoczenie możliwości. Dekompresja. Cios prosto w samoocenę. Ruminacje. Mentalne przypadłości. Apatia. Depresja. Zrzeszotnienie mózgu. W Twoim wypadku, zdaje się, w tle czaiły się jeszcze zaburzenia odżywiania i, niewykluczone, wynikłe z tego zbicie sobie tkanki tłuszczowej poniżej bezpiecznego progu, które z kolei mogło poskutkować zaburzeniami hormonalnymi, chociaż to skumałem dopiero lata później, gdy zacząłem trochę się interesować psychologią poznawczą. Ludzie mają różne sposoby na radzenie sobie z problemami, czy chociaż z towarzyszącymi im emocjami; jedni uciekają w pracę, inni w uzależnienia, jeszcze inni w przerzucanie winy na innych, i, wreszcie, znajdują się też tacy, którzy próbują na innych przelewać całą swoją negatywność. Mnie na przestrzeni dziejów zdarzyło się próbować tego wszystkiego mniej lub bardziej po trochu, ale, całe szczęście, udało mi się znaleźć sensowne ujście w pracy twórczej. Głównie nad tworzeniem muzyki. Nie osiągnąłem w tym zakresie niczego specjalnego (a w każdym razie niczego, czym chciałbym Ci się chwalić), ale nadawanie uczuciom i pomysłom percypowalnej formy potrafi bardzo pomagać. Zwłaszcza, gdy człowiek, choćby się dwoił, troił i poznał miliard słów, nie jest w stanie ich zwerbalizować. Pół biedy, że zwerbalizować można chociaż nuty. Kiedyś, jak grom z jasnego nieba, trafił mnie fragment melodii, który od razu nierozerwalnie skojarzył mi się z Tobą, wiesz? Nie brzmiał jak nic, co zdążyłem usłyszeć do tamtej pory, wliczając w to te wszystkie kawałki, które mi swego czasu wysyłałaś. Ale moje synapsy po prostu wiedziały, że to jest o Tobie. Nawet nie pamiętam, w jakich okolicznościach mnie napadło, ale pamiętam, że musiałem jak najszybciej chwycić za coś do pisania, w obawie, żeby nie uleciało. A leci tak: Szesnastka C4, reszta ćwiartki E4, półtora ósemki B4, szesnastki E5, E5, D5, A4, D5, E5, D5, B4, D5. Ćwiartka G5, ósemki A5, D6, szesnastki D6, B5, G5, B5, D6, B5, G5, B5. Ćwiartka E6, ósemki F#6, A6, szesnastki A6, F#6, E6, F#6, A6, E6, B6, F#6. Trzydziestki dwójki A6, F#6, A6, F#6, i szesnastki D6, C#6, B5, A5, F#5, E5, C#6, B5, G#5, F#5, F#6, E6, D6, C#6. I na to jeszcze harmonia oktawę w dół. Tempo koło stu dwudziestu. Nie wiem, skąd mi się to wzięło, ale ta sekwencja nut kojarzy mi się z Tobą równie silnie, co konwaliowy zapach Twoich detergentów do prania.

Nic tak nie boli jak niespełnienie, nieaktualne od wieków marzenie. Tyle niewymienionych żartów. Tyle niezarekomendowanych kawałków. Tyle nieodbytych epickich debat o wszystkim i niczym. Mogliśmy być dla siebie nawzajem kimś ważnym, a zamiast tego zostaliśmy tylko przykrymi przeżyciami. Robi mi się niemal niedobrze na samą myśl, ile aktualnych, przykrych cech Twojego charakteru mogło być bezpośrednim lub pośrednim wynikiem tego, w jaki sposób potoczyła się nasza znajomość. Mam wyrzuty sumienia, bo czuję, że Twoja mizoandria i problemy z samooceną mogą w niemałej mierze wynikać z tego, jak na Ciebie reagowałem po tym, kiedy dowiedziałem się od wychowawcy, że przyszedł do niego Twój ojciec i powiedział mu, że jestem wobec Ciebie „natarczywy”. Pierdolony efekt motyla. Z drugiej strony, wiadomo, jak to z tymi motylami bywa – dasz się uwieść ich barwom, sama staniesz się larwą. Tęsknię za Tobą, ale na tym etapie już nawet nie zaglądam na Twój profil. Boję się tego, co tam mogę zobaczyć. Na przykład zmienione nazwisko. Albo kolejne treści wskazujące na postępującą deteriorację Twojej psychiki. Albo, odpukać, adnotację „in memoriam” – bo, kiedy ostatnio widziałem Twoje zdjęcie, wyglądałaś na nim, jakbyś nie mogła się zdecydować, czy się wyhuśtać z depresji, czy umrzeć z niedożywienia.

(7_4/4)

 No.242

File: 60d2ad210328f.vichan.jpg (65,89 KB, 375x500, 8_1 ostatni komandos.jpg) ImgOps Exif Google

Drogi śmieciu,

Bo tylko na takie miano zasługujesz – znasz to powiedzenie, że to, co dla jednego człowieka jest odpadem, dla innego jest cenne? Zmodyfikowałbym to nieco – to, że coś jest dla kogoś cenne, nie znaczy, że później nie stanie się dla niego nic niewartym odpadem. Zupełnie, jak nasza znajomość.

Dobrze pamiętam, jaki budziłeś we mnie podziw w pierwszych dniach liceum. W tamtym czasie chciałem być częścią kucowskiej subkultury, ale, poza słuchaniem piraconych empetrójek i czytaniem o niej w internecie, nie miałem do niej żadnego dojścia. Ty zaś na pierwszy rzut oka wyglądałeś na kogoś, kto się zna na rzeczy – bojówy, skóry, koszulki zespołów, i jeszcze te dojebane glany z klamrami. Kurwa mać, robiłeś wrażenie. Tym bardziej, że jako zahukana spierdolina, świeżo po katolickim gimnazjum, bardzo wtedy potrzebowałem jakiegoś bardziej oblatanego kolegi, który by mnie przygarnął pod swoje skrzydło i pokazał, na czym polega bycie normalnym nastolatkiem. Przewodnika po doświadczeniach formatywnych. Mentora. Figury starszego brata. Byłem jednak zbyt nieśmiały, żeby do ciebie zagadać na korytarzu – obserwowałem tylko z daleka twoją pewność siebie, luz i charyzmatyczne interakcje z innymi. W towarzystwie zdawałeś się czuć jak ryba w wodzie, a każda posiadówa na parapecie w kiblu ze szlugiem na dużej przerwie wyglądała jak mała impreza, na której zbierała się szkolna śmietanka towarzyska. Z tobą w centrum albo blisko centrum. W pierwszej klasie o paleniu w szkole jednak nawet nie myślałem – byłem oberuchany, że mnie mogą wyjebać nawet za jaranie poza budą, więc co dopiero w samym budynku. Pierwszy rok spędziłem więc w otoczeniu innych ludzi, chociaż miałem nadzieję, że kiedyś uda mi się z tobą pogadać i zakumplować.

Okazja przyszła, ale dopiero pod sam koniec wakacji – po raz pierwszy w życiu poszedłem na jakikolwiek koncert. Sam jak palec, ale uznałem, że raz kozie śmierć. Co miałem w końcu do stracenia? Najwyżej, że obcy ludzie mnie wyśmieją albo zwyzywają od pozerów z powodu nieznajomości jakichś wewnątrzsubkulturowych memów czy oczekiwanych sposobów zachowania. Wpierdolu się nie bałem, na miejscu była ochrona. Pierwsze pogo w rytm perkusji typu popsuta pralka, jakie to było zajebiste! Poobijałem się i oddychałem jak niedoszły topielec, ale czułem się genialnie. I nagle wypatrzyłem w tłumie ciebie. Akurat się skończył set supportu, więc postanowiłem, że albo teraz, albo nigdy.
– Yyy, sorry, tu przy barze, yyy, pytają o dowód?
– E, czekaj, my czasem do jednej szkoły nie chodzimy? To dawaj do baru!
Kurwa, to było takie proste. Z moich wcześniejszych doświadczeń z ludźmi wychodziło mi, że takie bezpośrednie zagadanie do kogoś na podstawie jakiejś powierzchownej, wspólnej cechy, było bardzo głupim pomysłem – albo mnie wyśmiewali, albo obrażali, bo patrzcie frajera, kolegów przyszedł szukać. Browar jebnięty, towarzystwo poznane – ba, jakby tego było mało, na ostatni dzień wakacji zaprosiłeś mnie do siebie za miasto, żebym się napił z tobą, jakimś twoim ziomkiem lokalsem i twoją dziewczyną. A tydzień po rozpoczęciu szkoły na popijawę koło torów z twoim szerszym kółkiem. Złożyło się idealnie – znajomych znajomego z podstawówki, z którymi czasem piłem na doczepkę w pierwszej klasie, zaczynałem mieć powyżej uszu i już nie chciałem się z nimi zadawać.

To kółko było chyba jedynym kontekstem towarzyskim, który kiedykolwiek w życiu mogłem nazwać „paczką znajomych”. Po raz pierwszy czułem się w nim w pełni akceptowany. Jako miastowy z klasy średniej trochę w nim odstawałem, ale nigdy nie daliście mi tego odczuć – przyjęliście mnie jak swojego i co chwilę zapraszaliście na jakąś popijawę. Jakie to było zajebiste uczucie! Klimat rozbijania się po waszej wsi, lasach i opuszczonych budynkach z plecakiem pełnym jaboli i przeżywanie pijackich przygód przy akompaniamencie przesterowanych gitar i growli w 128 kbps były po prostu niepowtarzalny. Kumaliśmy się na tak wielu poziomach, że w końcu czułem, że odnalazłem moje miejsce na ziemi. Na wiejskim końcu linii autobusu, kilkadziesiąt kilometrów za miastem. Ekspozycja na życzliwych mi ludzi w końcu sprawiła, że zacząłem się coraz bardziej ośmielać i gubić kompleksy, które dotąd blokowały moje funkcjonowanie. Nauczyłem się trochę wychodzić do ludzi, bo w końcu miałem dookoła kogoś, kto lubił mnie za to, jaki jestem i mimo mojego spierdolenia. Żadnego wyśmiewania i obrażania za to, że jestem z zewnątrz, ani że za szybko mówię, ani że jestem „jakiś dziwny”. I przy okazji miałem pierwszorzędny dystraktor od bólu związanego z niedawnym rozpieprzeniem sobie relacji z obiektem pierwszego, intensywnego, nastoletniego uczucia.

Ośmieliłem się na tyle, że zacząłem przed lekcjami popalać z tobą szlugi, chociaż nigdy na przerwach – wtedy ograniczałem się tylko do lojalnego stania na świecy. Ale jak była szkolna wigilia, nawet ojebaliśmy w kiblu jabola! Dzięki tej biedaterapii ekspozycyjnej w końcu zacząłem sobie na dobre radzić z irracjonalnymi lękami, jakie mi zaszczepiono w wieku guwniackim. W tunelu pojawiło się światełko normalności – może jeszcze nie cała młodość stracona? Może jeszcze dało się wyjść na niezjebanego dorosłego? Sam byłeś w maturalnej, więc nie zawsze byłeś dostępny, ale polubiłem się z ekipą na tyle, żeby ustawiać się z nimi nawet pod twoją nieobecność. Kurwa mać, gdzie przez całe moje życie były te wszystkie godziny spędzone w zadymionym garażu z kratą browarów i pirackimi składankami z boomboxa? I te wszystkie spacery po wsi, i misje eksploracji lasu, i walenie Komandosów pod chmurką? Na pewno nie w przeszłości, więc robiłem, co mogłem, żeby to nadgonić. Dla dramatyzmu mógłbym dodać, że cierpiały na tym moje oceny, ale to byłaby gówno prawda – były złe już od początku liceum, a nawet wcześniej, bo kompletnie nie wiedziałem, co chcę robić w przyszłości, więc wyłożyłem na nie lachę, wychodząc z założenia, że do matury co trzeba się wytłucze, a w międzyczasie lepiej korzystać z młodości, póki jest. Jeśli nie z wami, przejebałbym ten czas w inny sposób – znając życie, pewnie przed kompem, grając w jakieś głupie gry albo szukając bezużytecznych informacji chuj wie o czym. Uzupełnianie wybrakowanych umiejętności społecznych na pewno nie wydawało mi się nagannym sposobem spędzania wolnego czasu – widziałem to raczej jako, skądinąd przyjemną, konieczność.

Moja zażyłość z ekipą doszła do takiego poziomu, że w lipcu aż pojechaliśmy na wspólne wakacje. Wspólny wyjazd! Większość ludzi, których znałem, miała to odhaczone już na wysokości końca gimbazy, ale moi starzy upierali się, że nigdzie nie pojadę, dopóki nie skończę osiemnastki. Ja z kolei po feriach półtora roku wcześniej uparłem się, że już nigdy więcej z nimi nigdzie nie pojadę, bo ich towarzystwo było dla mnie zbyt wkurwiające i wyniszczające. Niby trzy razy w życiu pojechałem na jakiś obóz, ale nie należałem do tych, którzy przywozili stamtąd długotrwałe przyjaźnie czy piękne wspomnienia młodości – dla mnie, jako dla chronicznie ostatniej w kolejności dziobania, chowanej pod kloszem pizdy o mentalności ofiary, zostały głównie te przykre. Jak bycie wyśmiewanym za chujowość w sporty, głupie i przykre kawały ze strony kolegów z pokoju, kradzieże moich rzeczy, czy „cwelenie” przepychaczem od kibla albo symulowanie stosunku analnego, kiedy stałem przed kimś w kolejce. A tu nie dość, że z własnej woli pojechałem nad morze z ludźmi, których lubiłem, to jeszcze nie mieliśmy nad karkiem opiekunów i mogliśmy chlać na legalu, kiedy i gdzie tylko chcieliśmy! Nie wspominając o tym, że dopalacze przeżywały swoją złotą epokę i można było je dostać na straganie ulicę dalej! Fanem stymulantów nigdy nie byłem, ale zamienniki trawy kopciłem nawet chętnie. Każdy dzień był jedną, wielką balangą od pobudki do zgonu. Kilkanaście godzin chlania, popalania i dopalania, dzień w dzień. Kopanie ćpajdołków na plaży, zaśmiewanie się na skuciu z Komiksów-Gigantów, które kupiliśmy na fazie, słuchanie punku i kucmuzy, zgonowanie przy włączonym telewizorze, dziwne przygody z miejscowymi, malownicze zgony pod wieczór… A do tego ciągnący się niemal cały wyjazd konkurs pod tytułem „kto otworzy piwo czymś głupszym”. Zaczęło się niewinnie, bo od kratki do grilla – potem w ruch poszedł słup WN, dach sąsiada, łopata, szczotka od kibla. A skończyło się wybuchowo, gdy jeden z naszych ziomków chwycił za puszkę dezodoru. I otworzył, jebany – i piwo, i dezodor. Po tym już więcej nie próbowaliśmy, bo trzeba było pół dnia wietrzyć domek. Marzenie. Gdzie te wszystkie epickie odpały były przez całe moje życie?

Chociaż nie, jeden odpał zdecydowanie nie był epicki. Ten twój. Byłeś wtedy świeżo po maturze i miałeś dziewczynę, która była świeżo po egzaminie gimnazjalnym. Nie uderzała mnie nigdy jako orlica intelektu – prawdę mówiąc, z tego, co zrozumiałem, miała reputację wsiowej kurewki, która potrafi dać za szluga – ale nie wnikałem, bo było mi miło, że mojemu kumplowi jest miło. A poza tym zawsze miałem luźne podejście do tego, kto, z kim i kiedy, bo z bozią i kościółkiem pożegnałem się w okolicach 10 levela. Tak się jednak złożyło, że jeden z kolesi ze wsi postanowił między wami zamieszać. Wmówił twojej lubej, że na naszym wyjeździe zdradziłeś ją ze znajomą, która z nami pojechała. Grunt miał poniekąd przygotowany, bo, jak się dowiedziałem później, parę lat wcześniej rozgadałeś po wsi, że straciła z tobą dziewictwo – choć ty sam wianuszek straciłeś dopiero właśnie z tą gimnazjalistką. W moich oczach z tego powodu gorszy nie byłeś – w szkołach, do których chodziłem, dało się odczuć, jak byli postrzegani faceci, którzy „chyba nigdy nie mieli dziewczyny”, więc na wysokości liceum już sam dokładałem starań, żeby ktoś nie pomyślał o mnie czegoś podobnego. Nie, żebym szedł aż tak daleko, żeby rozgadywać, że rozdziewiczyłem jakąś znajomą, ale uprawiałem sugestywną grę pozorów – śmiałem się z nieśmiesznych, seksualnych żartów rówieśników, wyskakiwałem z własnymi, insynuowałem prawictwo lub homoseksualizm nielubianym, „jakimś dziwnym” kolegom czy nauczycielom, w myśl zasady, że kto nie stawia się wyżej od kogoś innego, ten ląduje na dnie. Zdarzało mi się też dopisywać do swojego życiorysu „autentyki” wyczytane na JoeMosterze, żeby komuś czasem nie przyszło do głowy, że po lekcjach spędzam całe dnie przy komputerze, uciekając w pikselowy świat przed antagonizującym otoczeniem, w którym, w odróżnieniu od tych zdrowo rosnących rówieśników, nie było nawet do kogo otworzyć gęby, żeby usłyszeć coś, co nie jest nakazami, zakazami albo zbitkiem niewnoszących nic do mojego rozumienia świata komunałów. Ale ani myślałem drwić z ciebie z powodu tego, co odkurwiałeś tamtego wieczoru – martwiłem się o ciebie, choć w głębi duszy czułem, że to wygląda nie tylko nienormalnie, ale wręcz infantylnie i żałośnie.

Dzień jak co dzień – dwa browary, kilka szlugów i paczka czipsów na śniadanie, zwiedzanie, plaża, dopy z bonga, spożywczak, sześciopak na głowę i jakaś flacha, powrót. I wieczorna balanga do ostatniego zgonu w oparach absurdu, przy miszmaszu naszego ulubionego rocka i metalu z komórek. A w każdym razie taki był plan, dopóki chwilę po zmroku nie dostałeś telefonu od swojej lubej. Poszedłeś na stronę, więc nikomu nie przyszło do głowy, żeby za tobą iść i ci przeszkadzać. W sumie to nawet nikomu nie przyszło do głowy, że zaraz może być problem, więc wszyscy kontynuowali intoksykację. Znajoma z przodownikiem zgonów w ekipie oglądali mecz i sączyli bronki, a ja z drugim koneserem tajfunów i innych magic dragonów zasiedliśmy na krzesłach na zewnątrz, odpaliliśmy Zbycha (łapiesz? Zbigniew Boniek!) i zaczęliśmy coś pierdolić o gitarach, żeby chwilę później dojść do wniosku, że jesteśmy dwoma bogami czilującymi na Olimpie, spoglądającymi z wysokości na zmienne koleje losu śmiertelników. Z każdym buchem byliśmy coraz bardziej boscy. A koleje losu śmiertelników coraz bardziej zmienne – bo oto, kiedy my uznaliśmy, że spoko by było zobaczyć, jak to jest być śmiertelnikiem i wyciąć zgona (ja dystyngowanie, w poprzek tapczanu, on z ryjem w leżącym na chodniku pudełku po pizzy), ty postanowiłeś dokonać praktycznej demonstracji śmiertelności poprzez wycięcie sobie dziury w brzuchu. A w każdym razie coś takiego wywrzeszczałeś, kiedy wpadłeś do domku i chwyciłeś leżący na blacie nóż. Niestety, ja i mój kolega z panteonu byliśmy już tak głęboko w symulacji, że ledwo cię zarejestrowaliśmy. Powrzeszczałeś, porozpierdalałeś rzeczy, wybiegłeś z rykiem. Nasza znajoma nie wyrobiła i wyszła płakać na huśtawce. Na placu boju został jedynie, o ironio, człowiek-zgon. Ten sam, który zawsze pił najszybciej i odpadał jako pierwszy, a parę dni nazad zgubił się przy powrocie z nocnego wypadu i znalazł się rano, chrapiąc na wycieraczce, otulony zapieprzonym komuś parawanem. Chwycił z lodówki trochę paliwa – padło na flachę absyntu, którą daliście mi na osiemnastkę – i ruszył kilka kroków za tobą, czekając, aż się wykrzyczysz, żeby z tobą pogadać i odwieść cię od pomysłu manualnego wywołania u siebie ewentracji. Poszło mu w miarę sprawnie – po kilkudziesięciu minutach, kiedy usiadłeś, przysiadł się do ciebie z flachą i pomógł ci się uspokoić, choć, kiedy absynt się skończył i poszedł po dolewkę, znowu gdzieś się zawieruszyłeś. Ale przynajmniej wróciłeś nad ranem, nie naruszywszy swojej integralności cielesnej. Niby wróciłeś do normy, ale to tak naprawdę był jej koniec.

(8_1/2)

 No.243

File: 60d2ad374b699.vichan.jpg (126,9 KB, 800x480, 8_2 wiara w człowieka.jpg) ImgOps Exif Google

Powrót, popijawy na wsi, kolejne beki po dopalaczach. Ale któregoś razu znowu pokłóciłeś się ze swoją już-za-miesiąc licealistką i pobiegłeś w las popłakać na osobności. Czy to wyglądało żałośnie? Jak sam skurwysyn. Czy to sprawiło, że zacząłem tobą gardzić? Abso-kurwa-lutnie nie. Bo, widzisz, kiedyś pracowałem pod okiem takiej jednej wsiowej półmenelicy – była wspaniałym przykładem na to, co się dzieje, gdy dać sfrustrowanej czterdziestokilkulatce odrobinę władzy nad paroma facetami, ale powiedziała mi jedną rzecz, która została ze mną po dziś dzień. „Wszyscy robimy kupę”. Nigdy nie byłem z tych, którzy postrzegaliby płaczącego chłopa jako kogoś gorszego. Prawdę mówiąc, zawsze byłem zdania, że oczekiwania, które nam forsują zarówno kobiety, jak i inni mężczyźni, nie przystają do współczesnego świata, a kulturowy wymóg butelkowania w sobie „niemęskich” emocji i aspirowania do bycia przemocowym samcem alfa prowadzi jedynie do nieszczęść i tragedii. Więc powinienem zostać feministką, bo właśnie z tym walczą, c’nie? W tamtym momencie pierwszym instynktem było jednak zrobienie czegoś, żeby ryzyko nieszczęścia lub tragedii zmitygować, więc chwyciłem dwa piwa z plecaka i podbiegłem do miejsca, w którym przycupnąłeś. Napiliśmy się, wypaliliśmy parę szlugów. Zacząłeś się rozklejać, że pewnie teraz wyglądasz jak pizda, bo się rozklejasz. Sklaryfikowałem, że chuj mnie boli, jak wyglądasz, bo bardziej się martwię o twoje samopoczucie. Parę łyków, parę buchów kiepa z bukwami. Uspokoiłeś się. Podziękowałeś, że masz we mnie takiego przyjaciela.

Niestety, jak się wkrótce okazało, ja w tobie przyjaciela nie miałem. Jakiś czas później w końcu zerwałeś ze swoją Jagną, choć nie obyło się bez jazdy po wybojach. Pewnego dnia patrzę na fejsa – loszka zmienia status związku na „to skomplikowane”. Z tego, co kojarzę, każda taka zmiana wymaga obustronnego potwierdzenia, więc przez chwilę nie pokazywało się, że jesteście razem. A potem widzę, że potwierdziłeś i zamiast „w związku z Jagną” jesteś „w skomplikowanym związku z Jagną”. Potem „w otwartym związku”, a następnie „w otwartym związku z Jagną”. A potem znowu „w skomplikowanym” i „skomplikowanym związku z Jagną”. Nie, żebym sam miał w materii związków przesadnie dużo do gadania, ale ja pierdolę. Kiedy w końcu definitywnie się rozstaliście, cała ekipa odetchnęła z ulgą. Może w końcu uda się wyjść i dokończyć jedną posiadówę bez czucia się jak bohater drugoplanowy powiatowej biedatelenoweli? Faktycznie, parę takich nam się trafiło. Ale najbardziej brzemienny w konsekwencje okazał się sylwester w górach. Znajomy twojego znajomego pozwolił nam się wkręcić na krzywy ryj, sam nawet nie wiem, jak. Przy chlaniu z góralami nasze dotychczasowe przygody to było, kurwa, małe miki – wóda lała się strumieniami od dwunastej. A na śniadanie były jeszcze browary. Wspominałem o dwudniowym biforze? I same brudasy, więc muzycznie skumałem się z nimi jeszcze lepiej niż z wami. Karuzela melanżu kręciła się jak popierdolona. W samego sylwka nie trzeba było wielu godzin, by większość z nas, w tym ja, wskoczyła już na etap alkoholowej amnezji anterogradalnej. W pewnym momencie, kiedy wracałem ze szluga, zaczepiłeś mnie:
- Ej, stary. Potłukłeś jakieś szkło i masz rozmowę z gospodarzem.
- Żesoproszę?
- No, szkło w pokoju przy oknie potłukłeś jak po flachę sięgałeś.
Byłem tak napierdolony, że brak wspomnienia w bazie danych nie czynił tego nieprawdopodobnym – miałem dziury w pamięci nawet w sprawach dotyczących tego samego dnia. Zanim jednak zdążyłem na wspomnianą rozmowę pójść, ta nasza zeszła na gadanie o dupie Maryni. Dosłownie, bo zacząłeś mi coś pierdolić o jakiejś miejscowej, którą przed chwilą wyrwałeś. Temat szkła jakoś się rozpłynął. Podobnie, jak niedługo później ja sam, bo wyciąłem zgona.

Po powrocie do domu widzieliśmy się jeszcze kilka razy. Poszedłeś na studia, więc miałeś zdecydowanie mniej czasu niż dawniej. Ja w międzyczasie zdążyłem zacząć maturalną, więc też nim nie grzeszyłem, choć, dodam na swoją obronę, walczyłem z systemem, jak tylko mogłem. Ale jednak bez ciebie browary na peronie nie smakowały już jak dawniej. Sam wszedłem w rolę mentora dla paru młodszych kuców, choć było widać jak na dłoni, że za sprawą znacznie zdrowszego zaplecza osobowego w domu w wielu sprawach są znacznie bardziej ogarnięci ode mnie. Zaklęty krąg życia, kurwa mać – kiedy po letniej sesji wyszło, że masz kilka kampanii wrześniowych, dotarło do mnie ostatecznie, że twoja otoczka pewnego siebie zawadiaki, który sobie ze wszystkim poradzi, była tylko fasadą. Ale że sam miałem kilkunastoletnią historię upartego robienia dobrej miny do złej gry i ukrywania swoich słabości, nie miałem do ciebie pretensji. Pojechaliśmy na kolejne wakacje, chociaż nie były już tak cudownie pojebane jak wcześniej – znalazłeś sobie nową babę, a nasza znajoma znalazła sobie chłopa, więc przeważnie szlajałem się po okolicy i chlałem z kolesiem z gór, który też nikogo nie miał. Mimo zazdrości o to, że wy macie partnerów, a ja nie, błogosławiłem wam – cieszyłem się, że mój przyjaciel jest szczęśliwy. Nawet mimo tego, że każdego wieczora przed snem obowiązkowo pękało jeszcze parę dodatkowych piw z góralem, bo przez wasze gabaryty zza ściany dobywało się tak obleśne sapanie i plaskanie skóry o skórę, że nie było mowy o uśnięciu, póki się sobą nie nacieszycie. Ale chuj, było fajnie, jak było fajnie. W pewnym momencie zaczęliście trochę niedomagać z hajsem, ale wspólnymi siłami udawało nam się to załatać. Już nawet nie wymagaliśmy od was, żebyście się dokładali do flachy. Chociaż, nie powiem, kiedy pod sam koniec, czekając pod budką z żarciem na śniadanie w postaci kackebaba, zobaczyłem was, jak wracacie z siatką pamiątek, strzelił mnie chuj. Nie chciałem jednak psuć atmosfery na finiszu, więc machnąłem ręką – w końcu suma, którą dołożyłem w stosunku do tego, czego wam zabrakło na alkohol, nie była taka duża. Nie było co drzeć łacha.

Całkiem randomowo dostałem jeszcze zaproszenie, żeby przez tydzień posiedzieć na chałupie u górala, więc z chęcią z niego skorzystałem. W końcu wakacje maturalne ma się raz w życiu, nie? Każdy ich dzień poza toksycznym domem był na wagę złota. Ty jechałeś z naszą znajomą z powrotem do siebie na chatę, więc podaliśmy sobie ręce i się pożegnaliśmy. Co znamienne, przez próg – było to nasze ostatnie spotkanie jako przyjaciół. Po wycieczce w góry ustawiłem się w mieście z jednym z górali, którzy byli z nami na sylwestrze. Temat zszedł na rzeczoną imprezę.
- Ty, no kurwa, stary, ale jego ojciec był wkurwiony, jak się jeszcze rozjebało to szkło…
- Kurwa, czekaj! To szkło, które podobno potłukłem sięgając po flachę? Ja pierdolę, zapomniałem, że miałem za to oddawać hajs!
- Co? Ty? To nie byłeś ty, to ten grubas ze wsi, co z wami przyjechał!
- Jak to, jesteś pewien?
- A czy Wojtyła był katolikiem? Obracałem laskę w łóżku wtedy pod kołdrą, najebany, ale com widział, tom widział. Wszedł, jak nikogo nie było, otworzył okno, zahaczył, jebło wszystko o podłogę, a ten się jeszcze rozejrzał, czy nikt go nie widział, i spierdolił z pokoju!
Co…? To dlaczego niby powiedziałeś mi, że to ja rozjebałem i ja mam rozmowę? Kilka telefonów później zdobyliśmy numer gospodarza, żeby się dowiedzieć, co się tam tak naprawdę odjebało. A tu się okazuje, że on zna od swojego ojca wersję, że wbiegłeś do kuchni i nagadałeś wodzowi domu, że to ja! Nie mogłem uwierzyć własnym uszom – mój mentor i przyszywany starszy brat okazał się jedną z największych gnid, jakie miałem pecha poznać w całym życiu. Rozpierdoliłeś kawał drogiego szkła, ale w pierwszym odruchu, zamiast, nie wiem, uciec do kibla, albo, jeszcze lepiej, na szluga, żeby wmieszać się w tłum, poszedłeś w to wrobić mnie. Człowieka, który nigdy ci niczego nie żałował, prawą rękę w ekipie, lojalnego przyjaciela. Z jakiego, kurwa, powodu?! Czy, podobnie, jak inni fałszywi kumple, też w pewnym momencie uznałeś, że skoro jestem wobec ciebie fair i nie żałuję ci pomocy, ale mam problem z pizdowatością, uznałeś, że jestem frajerem do oskubania? Po wszystkich naszych przygodach, niezliczonych godzinach przegadanych o wszystkim i o niczym, hektolitrach wypitego alkoholu i dwóch metrycznych gównotonach wymienionej muzyki? Po tym, jak sam po raz kolejny płakałeś jak skończona pizda i się darłeś wniebogłosy, że się pochlastasz, bo się pokłóciłeś z dziewczyną-gimnazjalistką, a ja cię pocieszałem, chociaż przeciętny facet w moim wieku zacząłby tobą otwarcie gardzić? Kurwa, nie, no pasaràn. Wersji, że tamci dwaj zmówili się, żeby nas celowo skłócić, nawet nie brałem pod uwagę – jaki interes mieliby w tym mieć dwaj kolesie, z którymi się ledwo znaliśmy? Pierdolnąłem to w chuj. Kiedy zobaczyliśmy się podczas innej imprezy i próbowałeś się ze mną przywitać, nie chciałem mieć już z tobą nic wspólnego.
- Spierdalaj, złodzieju.
- Co?
- Spierdalaj, mówię.
I tyle. Piliśmy w osobnych kółkach i się unikaliśmy.

Przez tych paru wspólnych znajomych, z którymi jeszcze miałem jakiś kontakt, co jakiś czas dostawałem nieproszone wiadomości na temat twojego życia. A to, że definitywnie dałeś sobie spokój z socjologią – czy, raczej, że to ona dała sobie spokój z tobą. A to, że podjąłeś jakiś kurs programowania. A to, że cię przerósł. A to, że robisz na kasie w biedrze rzut kamieniem od mojego domu. O, pardon, w Jeronimo Martins Polska! Jakiś czas temu dowiedziałem się, że się hajtnąłeś. Patrząc na zdjęcia, dało się odczuć, że ślub był wynikiem presji otoczenia – pytanie tylko, czy twojego, czy jej. Napisałbym, że przykro się na to patrzy, ale, gdy teraz widzę zawartość twojego profilu, czuję jedynie wstręt. I nie wiem, czy bardziej do ciebie, że zamiast przewodnika i tak brakującej w moim życiu figury starszego brata okazałeś się być pospolitym cwaniaczkiem i nielojalnym ścierwem, czy bardziej do siebie, że pozwoliłem sobie na znalezienie się w pozycji, w której wydawało mi się, że potrzebuję w życiu kogoś takiego jak ty.

(8_2/2)

 No.244

File: 60d2ad5bca56b.vichan.jpg (121,08 KB, 1024x680, 9_1 pudels.jpg) ImgOps Exif Google

Drogi Druhu,

Ależ to była jazda po kocich łbach! Znając nasze ciągoty do pesymizmu, każdy z nas pewnie ma poczucie, że wylądował gorzej od drugiego. I pewnie każdy z nas pod pewnymi względami ma rację, a pod pewnymi cudze chwali, a swojego nie zna, bo trawa zieleńsza zawsze po drugiej stronie płotu. Ale przez mój płot to sobie możesz sobie skakać do woli, jak za dawnych lat. Chociaż, znając życie, jak Cię melanż poniesie, to prędzej pod nim uśniesz wracając.

Kiedy poznawaliśmy się na korytarzu w pierwszych dniach liceum, nawet nie przypuszczałem, że będziesz jedną z dwóch osób z tamtych czasów, z którymi będę utrzymywał regularny kontakt. I jedną z tych niewielu, które mogę z czystym sumieniem nazwać „przyjacielem”. Ot, niepozorny, niewysoki i niewygadany koleś z fryzurą jak pudel. Ja w tamtym czasie siedziałem z kucem, który w wakacje zdążył się skrócić do długości i gustów emosia, Ty, ze wszystkich możliwych osób na świecie, ze swoim gnębicielem z czasów podstawówki. Ten stan rzeczy nie trwał jednak długo – po dwóch miesiącach do klasy dopisały się dwie lochy, które cały przyjemny status quo wywróciły do góry nogami. Po trzech miesiącach, z kolei, z teraz już znanych Ci powodów, moje pozytywne odczucia płynące z bycia w tej klasie definitywnie wyparowały. Ale te pierwsze miesiące licbazy były jak spełnienie marzeń o świętym spokoju od gnębienia, przynajmniej na szkolnych korytarzach – zdawało się, że klasa naprawdę ma potencjał, żeby się lubić, a ja, żeby w końcu się odnaleźć wśród rówieśników. Tak się jednak nie stało – bardzo szybko podzieliliśmy się na gardzące sobą nawzajem bez wyraźnego powodu kliki, a w ławach zaczęło następować stopniowe przetasowanie. Na początku, jak to dwaj spierdoleni introwertycy, nie za wiele ze sobą gadaliśmy. Ale to właśnie ta rzecz – spierdolenie – sprawiła, że poczułem solidarność i potrzebę dążenia do wzajemnej pomocy w prostowaniu się. Choć zaczęło się od tego, że, kiedy nagle się okazało, że mój nowy kolega już nie chce ze mną siedzieć, przysiadłem się do Ciebie, a Ty ni stąd, ni zowąd przypadkiem wspomniałeś o Megamanie Zero. Widzisz, w podbazie i gimbazie byłem otoczony ludźmi, którzy albo dostępu do netu i zachodnio-łibusiarskich mediów nie mieli w ogóle, albo poświęcali go na sebowskie rozrywki typu CS czy Tibia – po raz kolejny w stosunkowo krótkim czasie poczułem się, jakbym po kilku latach grania przeciwko NPCom został nagle rzucony w wir multiplayera. Ale, muszę przyznać, z początku Twoje oporne podejście do zmiany mentalności i oduczania się bycia pizdą wkurwiały mnie jak mało co. Na tamtym etapie życia byłem już dość mocno wkręcony w rozumowanie greckim alfabetem i postrzeganie ludzi jako komponentów zwierzęcego stada – praktycznie wszystkie poprzednie lata w szkole, nie licząc sterylnych klas 1-3 w podstawówce, spędziłem na dole łańcucha pokarmowego, ale teraz, gdy w końcu zrozumiałem, co i dlaczego szło nie tak, bardzo chciałem się odbić i pożyć jak przeciętny, w miarę zdrowy nastolatek. Ty jednak zdawałeś się mnie kompletnie nie słuchać i w tkwić w koleinach swojego spierdolenia, z uporem godnym kawałka źle upieczonej baraniny z kebaba między zębami. „Stary, jak będziesz taki uległy, ludzie tym bardziej będą Cię wykorzystywać i traktować jak szmatę!” – tłukłem Ci do głowy. A ty przytakiwałeś, po czym dalej robiłeś swoje. Ty sterczałeś z rozdartą szatą i nadstawiałeś drugi policzek, ja kombinowałem, jak się włamać do magazynu z bronią. Ty stawiałeś na miłość – miłość i cierpienie. Ja zaś chciałem walczyć i zerwać kajdany, dla świetlanej przyszłości mordować wielkie pany. I w ławce tak siedzielim, i wspólnie główkowalim, dlaczego nam nie idzie.

Zawsze byłeś ekstremalnie miły. Nie, żeby sztucznie – kwestia wysokiego poziomu empatii. I prawdopodobnie niezdiagnozowanej nerwicy. I dysfunkcyjnego domu. Bo w końcu z jakich innych czynników może wyjść facet, który mimo brania udziału w turniejach sztuk walki boryka się z chorobliwą nieśmiałością i ma tak wdrukowaną reakcję przepraszania innych za absolutnie najmniejszą pierdołę, że jeszcze trochę, i przepraszałby drzewa, że oddycha? Jak ktoś miał wprawione oko, widział, jak na dłoni, że w Twoim procesie formatywnym coś poszło MOCNO nie tak. A przede wszystkim w rodzinie. Chyba nigdy wcześniej nie poznałem człowieka, który byłby w tak widoczny sposób bardziej lękowy ode mnie. To przez to, że nigdy Cię specjalnie nie bronili, a zamiast chwalić, ciągle opierdalali i o wszystko obnwiniali – skąd ja to znałem? Ponadto Twoja maniera językowa i kiepskie rozumienie rzeczywistości wyraźnie wskazywały na to, że, podobnie, jak w moim przypadku, ci duzi, którzy powinni byli Ci wytłumaczyć świat i pokazać, jak się po nim poruszać, wykonali nad Tobą naprawdę chujową robotę, najwyraźniej o świecie nie rozmawiając z Tobą w ogóle. A jak już, to niezbyt mądrze i nakazowo. Skąd ja to, kurwa, znam. Miałeś nade mną jednak jedną przewagę – byłeś jako tako uspołeczniony. Miałeś znajomych, wielu nawet bliskich. A do tego Twoja dalsza rodzina nie była zdystansowana, tylko utrzymywaliście jako taki kontakt. Z drugiej strony, im więcej masz, tym więcej możesz stracić – chociaż Tobie o tym przypominać nie trzeba, bo w tym zakresie dostatecznie dużą robotę robią pogrzeby. Jak żyję, nie pamiętam, żebyś przeszedł chociaż pół roku bez wycieczki na cmentarz. Krewni, znajomi z zajęć, przyjaciele. Choroby, wypadki, samobójstwa… Brzmi jak recepta na wór chorób psychicznych. Nigdy nie chciałem być kolejnym powodem, dla którego w święto zmarłych miałbyś do odwiedzenia kolejny grób. Szczerze mówiąc, patrząc w tył, nie mogę wyjść z podziwu, że udało Ci się nie wyhuśtać, choć, znając Ciebie, pewnie miewałeś takie myśli nie raz i nie dwa, ale nie chciałeś sam stać się powodem, dla którego ktoś się poczuje na Twoim pogrzebie tak jak Ty na jednym z miliona cudzych. Ale, nie raz i nie dwa, pokazałeś, że wyjścia ze spierdolenia nie gwarantuje nawet pokaźna sieć pozytywnych kontaktów międzyludzkich. I nie miało nawet znaczenia to, że, w odróżnieniu ode mnie, miałeś starsze rodzeństwo. Kontakt z nim zawsze miałeś gówniany, i nie było dla Ciebie żadnym przewodnikiem. Podobnie, jak ja kiedyś, nie umiałeś się stawiać ludziom. Mało tego, byłeś tak zastraszony, że w trzeciej klasie z nerwów wygadałeś sam z siebie tej kurwie, która podobno uczyła nas polskiego, że ją nagrywamy, jak się wydziera i nas obraża, żeby iść z tym do kuratorium! Twój autosabotaż w pewnym momencie zrobił się dla mnie tak wkurwiający, że zacząłem unikać Twojego towarzystwa, a na Gadu przesunąłem Cię na listę „ludzie chujowi”. Twój brak chęci, żeby pomóc samemu sobie, odbierałem jako niemal zdradę – oto miałem pod ręką proste recepty, jak zrobić, żeby ludzie zaczęli się z nami liczyć, które skądinąd zdawały się działać w moim pozaszkolnym towarzystwie, a Ty dalej swoje i swoje. Chciałem, żebyśmy pomagali sobie nawzajem i byli dla siebie sojusznikami w walce przeciwko nieprzyjaznemu światu normików, ale Ty się bałeś do niej w ogóle przystąpić, nawet po to, żeby bronić samego siebie. Wolałeś chować głowę w piasek i udawać, że Cię nie ma.

Okres po maturze był dziwny. Nie tyle wakacje, co pierwszy rok, a nawet dwa. Ja po jednym roku znalazłem coś w rodzaju ciekawego kierunku, którym jednak zainteresowałem się głównie dlatego, że ta dziedzina przychodziła mi w miarę łatwo i po godzinach przeważnie nie musiałem się tym zajmować dalej, dzięki czemu miałem czas na regenerację i, jak to od czasu skończenia gimbazy, pogoń za przegapionymi doświadczeniami formatywnymi. U Ciebie za to pójście na uczelnię było poprzedzone dwuletnią praktyką, zajęciami i doszkalaniem się w celu dopisania kluczowej matury. Miałeś coś, czego ja nie miałem – jasny cel i żywe zainteresowanie, które pchały Cię do przodu przez burzę. Ja na tamtym etapie już się łatałem psychotropami, bo zrządzeniem losu wylądowałem z bezsennością o podłożu nerwicowo-depresyjnym. Ty miałeś ambicje i marzenia. Ja nie. Byle dojechać do magistra i nie ochujeć z braku jakiegokolwiek kompasu czy celu ponad przetrwanie. Kiedy spotkaliśmy się ten rok z hakiem po maturach, właśnie byłeś w procesie dostawania się na dwie różne uczelnie. Byłeś tak zorientowany w tym, co one oferują i co konkretnie chcesz po nich robić, że aż mi się zrobiło wstyd. Nie, zresztą, po raz pierwszy. Już w ostatniej klasie podstawówki, kiedy gadałem z niektórymi rówieśnikami, byłem w głębokim szoku, że oni wiedzą, co chcą robić w przyszłości, do jakiej chcą iść gimbazy, a potem licbazy i co tam dalej. Ja wiedziałem tylko, że coś tam umiem, mam jakiś potencjał i chcę jakoś przetrwać. Skąd oni, do chuja, brali te wszystkie pomysły i wiedzę o świecie zewnętrznym? Ze mną nikt o takich rzeczach nie rozmawiał, nikt mnie nie pytał, kim chcę być, nie podsuwał żadnych sensownie brzmiących pomysłów. Podobnie zresztą, jak w przypadku zainteresowań, które miały inne gówniaki – w punktach życia, w których one poznawały swoich pierwszych ulubionych wykonawców muzyki, zasady gry w gałę, teorię muzyki, czy podstawy motoryzacji, ja miałem wielkie, ziejące dziury, przeplatane pretensjami o wszystko, opierdolami, że w komputer ciągle bębnię zamiast się uczyć, strachem przed dorosłymi i rówieśnikami, i charczeniem dziadka, że obiad gotowy. Żadnych punktów odniesienia poza ocenami i pretensjami, że mało, żadnego drogowskazu, żadnych godnych zaufania autorytetów. Jednocześnie, od kiedy w liceum zdałem sobie sprawę, że taka życiowa niepewność, brak zorientowania i niewiedzenie, czego się chce, sprawiają, że inni tracą do mnie szacunek, zwyczajnie bałem się obnażyć i poprosić kogoś o radę czy pomoc, bo obawiałem się, że moje nierozgarnięcie wyjdzie na światło dzienne i, w trzeciej już szkole z rzędu, stanę się pośmiewiskiem i chłopcem do gnębienia. Kiedy zaś trafiłem na mój silnie sfeminizowany wydział, ta paranoja tylko się pogłębiła – jako jeden z nielicznych facetów już byłem tam na świeczniku cnotą urodzenia, więc dawanie już i tak półotwarcie gardzącym mną lochom kolejnych powodów, żeby postrzegały i traktowały mnie jak śmiecia i niegodnego szacunku słabeusza, wydawało mi się bardzo słabym pomysłem.

Twój wydział też był silnie sfeminizowany i, ze względu na jego zwiększoną „interaktywność”, miałeś jeszcze bardziej przeruchane niż ja, ale chociaż udało Ci się znaleźć sojuszniczkę. Ba, po jakimś czasie została Twoją dziewczyną. Potem się rozstaliście, ale pozostaliście dobrymi znajomymi. A potem znalazłeś inną, która też zauważała nieprzyjemne sposoby, w jakie nasza kultura jest wykrzywiona przeciwko facetom, nie godziła się na nie, i jeszcze dyskutowała o nich otwartym tekstem! Co więcej, przy obu mogłeś być sobą i otwarcie okazywać swoje słabości. Do tego Twój krąg znajomych poszerzał się, choć większość ludzi, z którymi na przestrzeni historii miałem do czynienia ja sam, ze względu na Twoją nieukrywaną nieśmiałość z miejsca odrzuciłaby Cię jak ostatni odpad. Z drugiej strony, Twoja pokora i altruizm przysporzyły Ci też bardzo wiele cierpienia – zwłaszcza podczas magistra. Twój promotor był typowym dla polskich uczelni, betonowym januszem, który studentów traktował jak chłopców na posyłki i tanią siłę roboczą do własnych projektów. Do tego jego znajomości w branży i miejskich organach sprawiały, że mógł sobie na luzie pozwalać na bardzo wątpliwe posunięcia – jak na przykład nękanie Cię po godzinach, ciąganie Cię przez pół miasta, żebyś wykonywał dla niego robótki, hehe, do dyplomu, czy wymuszanie na Tobie dokładania niemałej kasy do samej pracy magisterskiej. Do tego najwyraźniej dał zielone światło do wykorzystywania Cię swoim współpracownikom, bo też ciągle suszyli Ci dupę i jeszcze mieli pretensje, że za wolno zapierdalasz. Pociąg, uczelnia, robota, pociąg do domu, praca nad dyplomem, zawroty dupy i wymuszone rearanżowanie planów po godzinach uczelnianych, późna kolacja, wysiadywanie nad dyplomem do drugiej w nocy, jednoręczna liczba godzin snu. Spłukać, powtórzyć. Fraza nawet trafna, bo stężenie gratisowego skurwysyństwa, jakiego doświadczałeś w tych przyprawiających o pylicę i raka płuc murach, było porównywalne do sebowskiej zabawy w spłuczkę w szkolnym kiblu. Byłeś przeharowany i znerwicowany. Kiedy więc podczas twojej wydziałowej wigilii nadarzyła się okazja, żeby się napić, poszliśmy w tango. I to grubsze niż planowaliśmy. Machnął Jezus ręką, z Leninem poszli się upić. Z trzech piw zrobiło się pięć, po flaszce miodu pitnego, jakieś losowe wino i kradziona ze wspólnego stołu wóda. Ja trzymałem formę, jednak Ciebie nagle ścięło.

(9_1/2)

 No.245

File: 60d2ad72dacc5.vichan.jpg (9,14 KB, 260x282, 9_2 dżiglipaw.jpg) ImgOps Exif Google

Zarzygałeś podłogę w kanciapie. Sprawę komplikowało, że miałeś od starej bana na wracanie najebanym, a planowałeś jeszcze tego wieczora wrócić do domu. Całe szczęście udało mi się zdobyć od Twojej dziewczyny wzór do odblokowania Twojego telefonu, żeby przejrzeć korpus Twoich smsów do matki, zobaczyć, w jaki sposób piszesz – od składni, przez charakterystyczne idiomy i sformułowania, aż po samą interpunkcję – po czym, emulując Twój idiolekt, wysłać jej wiadomość, że jednak śpisz u mnie. Bez fałszywej skromności, podróba mi wyszła doskonała – łyknęła to od razu, a ja mogłem przystąpić do dalszej części programu, czyli wzięcia Cię za chabety, przetargania przez transport publiczny i pierdolnięcia na kanapę, żebyś mógł odzgonować do rana. Nie pierwszyzna – ten mebel widział Cię w tym stanie nie raz i nie kilkanaście. Gorzej, że jak się obudziłeś, okazało się, że po drodze zgubiłeś plecak. Z całą pierdoloną dokumentacją do pracy. Rozpoczęło się gorączkowe odtwarzanie naszej trasy. Rozkleiliśmy plakaty. Obdzwoniliśmy wszystkie biura rzeczy znalezionych, jakie się dało. Próbowaliśmy nawet spytać januszy z monitoringu, ale nikt nic, kurwa, nie wiedział. Poczułem się jak ostatni śmieć. Nie upilnowałem sytuacji, choć z nas dwóch to zawsze ja miałem mocniejszy łeb. Moje zaniechanie dopierdoliło Ci do pieca, z którego już i tak żywo buchał toksyczny dym. Co prawda część dokumentacji udało się odzyskać, choć nie bez trudności i skurwysyństwa osób trzecich – ze względu na dziwny układ, w jaki wmanewrował Cię promotor, byłeś zmuszony stoczyć batalię o kopie zdjęć, które sam zrobiłeś przedmiotowi własnej pracy, i to jeszcze, ze wszystkich możliwości, na gruncie jebanych, kurwa, praw autorskich. Ale to nie był koniec, co to, to nie. Przez to wszystko zrobiło się z Tobą tak źle, że aż kilka razy Twoja luba dzwoniła do mnie z prośbą o coachingową interwencję, bo sama nasiąkała negatywnością, jaka na Ciebie spływała, i nie wyrabiała psychicznie. A ja za każdym razem prowadziłem z nią obszerne, niemal godzinne wywiady, żeby zdobyć wszystkie potrzebne informacje i obmyślić strategię, jak Cię przekabacić, żebyś jednak nie zdecydował się siłować z pociągiem albo cosplayować żyrandola. I czułem się jak śmieć i manipulant, bo, choć od bardzo długiego czasu byłeś jednym z najbliższych mi ludzi, nie potrafiłem poczuć w związku z Twoim cierpieniem żadnych emocji – w każdym przypadku traktowałem to chłodno i zadaniowo, ale w żadnym nie zrobiło mi się smutno, ani nic. Może co najwyżej się trochę zdenerwowałem. Co, do chuja, jest ze mną nie tak?

W pewnym momencie zdechł Ci komputer. Nie no, spoko, serwis jest rzut beretem, da się załatwić, nie? Zwykle tak, ale nie wtedy, kiedy nagle z przepracowania dostaje się udaru. Pół biedy, że byłeś na telefonie z dziewczyną, dzięki czemu usłyszała, że zaczynasz pierniczyć jak w malignie, i udało się szybko zorganizować przewóz do szpitala. Ogarnięcie serwisu kompa spadło na Twojego starszego brata. Serwis? Jaki serwis! Naście lat temu jakiegoś kompa naprawił i działał jak złoto, po kiego grzyba hajs wydawać. I tak naprawił, że go sfajczył. A w międzyczasie jeszcze starzy w szpitalu sobie żartowali, żeby lekarz nie mówił Twojemu promotorowi, że w Twojej głowie nie znaleziono raka, bo jeszcze się dowie, że nic tam nie ma. Kiedy się o tym wszystkim dowiedziałem, akurat byłem po niemożliwym maratonie we własnej robocie. Miałem dosyć wszystkiego i wszystkich. 14 godzin jebania codziennie przez miesiąc, nałożone na dietę redukcyjną z postem przerywanym i rakotwórcze interkacje ze starymi co kilka dni. Moje nerwy były na granicy wydolności. Już myślałem, że trochę odetchnę, ale nie! Wracaj żesz do ktoła, smaż się razem z nami! Coś we mnie pękło. Oczami wyobraźni widziałem, jak nagle się okazuje, że jednak masz tego guza i nagle muszę oddać równowartość tych 14 x 30 godzin mojego życia w dolarach na Twoje leczenie, bo inaczej będę nielojalnym chujem. Kiedy zaś uparcie dobijał się do mnie od kilku tygodni inny znajomy, ujebałem sobie, że to dlatego, że pokłócił się ze swoją lubą, z którą miał spłacać mieszkanie mimo życia na kocią łapę, i teraz potrzebuje hajsu. Co się ze mną działo? Nawet jak zadzwoniłeś, żeby mnie zaprosić na kameralnego sylwestra, na którym miała być Twoja była, pierwszym skojarzeniem było, że chcesz mi wepchnąć w łapy starzejący się, tyjący, nafaszerowany psychotropami problem, bo pewnie Ci zawraca dupę, przeszkadza w życiu, i grozi rozklekotaniem się i zostaniem bohaterką kolejnego pogrzebu, a, jako że jak zwykle zapomniałeś wyciągnąć chuja z ucha, kiedy ktoś coś do Ciebie mówił, to podczas rozmowy ze swoją obecną, kiedy opowiadała Ci, że w rozmowie powiedziałem jej, że „nie czuję teraz potrzeby mieć nikogo w swoim życiu”, przekręciłeś sobie to na „oho, samotny jest, baby mu trzeba”. Kurwa, ale mi się wtedy cień rozgadał. I jeszcze na spontanie wypluł ośmiominutowy kawałek obrazujący moją perspektywę na wszystkie te Twoje trudy. Całe szczęście w końcu do tego magistra dojechałeś, choć, z wiadomych, nieprzewidzianych powodów, obrona odjechała Ci równo o rok.

Po obronie była mała celebracja – po części „oficjalnej” poszli sobie Twój promotor, jego współjanusz, Twoja była i jej facet, a zostaliśmy tylko my dwaj i Twoja dziewczyna. Ona jednak wkrótce też się wykruszyła, więc zostaliśmy sami. Poszliśmy nad rzekę. Przeszliśmy cały odcinek wodopojowy, żeby znaleźć jakieś otwarte miejsce, w którym da się dostać piwo, a i tak musieliśmy się cofnąć do pierwszego baru, który na początku zignorowaliśmy. Była prawie połowa października. Wszystko było już dostatecznie martwe, a teraz umierało jeszcze bardziej.
- W sumie symbolicznie wygląda ten dzień, stary. Same powroty. To na wydział, to do pracowni, to nad rzekę, a teraz do punktu wyjścia. – zarzuciłeś filozoficznie.
Ale ja widziałem coś zupełnie innego. Koniec, więdnięcie i obumieranie. Sensacja inercji, osłabienia i przymulenia jak w niespodziewanym przeziębieniu w głuchy, jesienny, zajebany chmurami dzień. W tle równie dobrze mógłby lecieć jakiś radziecki coldwave z lat 80. Ale to wszystko miało odniesienie przede wszystkim do mnie. Ty miałeś swoje pięć minut. Twoje życie się dopiero zaczynało – ja zaś miałem wrażenie, że swój szczyt osiągnąłem jakiś rok wcześniej, a dalej już będzie tylko w dół i po wybojach. Twoja obrona wypełniła pół audytorium; na mojej byłem tylko ja i 3-osobowa komisja. Zdrowie mnie nie rozpieszczało – kiedy po studiach i roku taperingu z tych pieprzonych psychotropów na sen przez chwilę wyglądało, że w końcu się od nich uwolnię, po czterech miesiącach roboty poza domem, która wymuszała na mnie spanie w zatyczkach, poawiły się szumy uszne, i z powrotem w szpony uzależnienia. Kiedy w końcu zebrałem się, żeby pójść na siłownię i przestać być słabeuszem, okazało się, że od nadmiaru siedzenia przed komputerem i tak zjebałem sobie kręgosłup, więc koniec z dźwiganiem i poprawianiem jakości własnego ciała przyszedł rychlej niż ustawa przewiduje. I, jakby tego było mało, kiedy przez chwilę wydawało się, że jednak mój kierunek da mi przyzwoite możliwości zarobkowe, wiadome wydarzenia wypierdoliły koniunkturę na całym świecie na ryj, a do tego rynek zaczęły podgryzać coraz sprawniejsze maszyny. Zupełnie, jakbym grał w życie w wersji demo, a kurwa niebieska czuwała, żeby mi nie było za wygodnie, rzucając mi pod nogi coraz to nowsze i bardziej upośledzające kłody, ilekroć przekroczę pewien pułap realnie wyglądającej nadziei na względną normalność.

Z dwóch podejść do, zdawałoby się, analogicznych problemów z funkcjonowaniem wśród ludzi, sprawdziło się nie moje, polegające na wiecznym robieniu dobrej miny do złej gry i udawaniu, że trzymam sytuację za jaja, tylko Twoje, oparte na cierpliwości i pokorze. Choć, nie ukrywajmy, miało w tym nielichy udział lepsze uspołecznienie w nieco bardziej otwartym na świat otoczeniu. Z drugiej strony, mimo tych wszystkich przykrości i niepowodzeń, miałem świadomość, że pod wieloma względami masz gorzej – mieszkałeś na zadupiu z toksyczną rodziną aż do dyplomu, musiałeś dorabiać na praktykach podczas i tak już dostatecznie wyniszczających studiów, co i rusz Twoja psychika odbierała kolejne razy od losu na niekończących się pogrzebach. Ja z kolei grzałem dupę w drugim mieszkaniu rodziców, żyłem na minimalnych wymaganiach systemowych i, kiedy Ty zapierdalałeś, ja opierdalałem się, odbijając sobie lata czucia się jak gówno bezproduktywnym błądzeniem, nietrafionymi próbami socjalizacji i bezużytecznymi rozmyślaniami, niszcząc sobie zdrowie złymi nawykami, zamiast po godzinach na uczelni chodzić na jakieś dodatkowe kursy i zajęcia, czy choćby jakąś sensowną terapię. Czułem się, jakbym zmarnował młodość. Ale Ty, nawet, jeśli po cichu zazdrociłeś mi większego komfortu życia, albo nawet gardziłeś mną, bo z Twojej perspektywy byłem narzekającym na nic mięczakiem, nigdy nie dałeś tego po sobie poznać.

A jednak, po kilku latach względnej stabilizacji, Twoja locha okazała się być taka sama, jak te, o którym pisali w tym nieszczęsnym podręczniku dla niespełnionych Casanovów. Okazało się, że Twoje człowieczeństwo jest dla niej pociągające, ale tylko wtedy, kiedy okazujesz je innym niż jej. Kiedy zaś manifestowałeś je przy niej, sprawiało jej dyskomfort. Jej bycie w porządku okazało się tylko fasadą, która opada, gdy pokazujesz przy niej słabość, strach czy niepewność. Oboje równi, ale ona równiejsza. Ty masz się dla niej poświęcać i robić rzeczy, na które nie masz ochoty, ale ona jest z dysfunkcyjnego domu, chodzi na terapię i masz jej ustępować. Terapeutka jej powiedziała, że wyrzucanie z siebie emocji jest zdrowe i skutkuje dobrym ruchaniem, więc może nimi rzucać w Ciebie. Ona żali się na gaslighting i przemoc psychiczną, Ty padasz ich ofiarą. Kiedy już po wszystkim słuchałem o tym przez telefon, nie mogłem uwierzyć w to, jak Cię tresowała. Z zewnątrz wyglądaliście na modelową, wspierającą się w trudnościach parę, a wyszło na to, że Twoja suwerenność była odcinana kawałek po kawałku, jak węgierskie salami. I jeszcze, kiedy okazało się, że znowu ujebałeś prawko i nie czujesz się z tym dobrze, wpadła w histerię. Zaczęła się wydzierać, że jej nie rozumiesz. Wyniosła się na kilka dni do rodziców. A kiedy wróciła, kazała Ci wykurwiać. W jedno popołudnie spakowałeś cały swój dobytek i załatwiłeś z rodzicami, że będziesz się gnieździł w zagraconym mieszkaniu chorej babci, z którego mogą Cię w każdej chwili wypierdolić. I żadnego ruszania jakichkolwiek rzeczy.

Byłeś wrakiem, więc odpaliłem moduł emotywny, żeby dać Ci poczucie, że nie jesteś w tym gównie sam. Gadaliśmy dwie i pół godziny. Jak to zwykle bywa, nie czułem żadnego wkurwienia, ale, żeby okazać solidarność, ubrałem w jego fasadę moje prawdziwe przemyślenia. Że jesteś lepszy niż arbitralna ocena tego przerośniętego dziecka. Że jej „niezrównoważenie” może wynikać nie z tego, że ma problemy cięższe niż Ty czy ja, tylko że ktoś z jej bańki informacyjnej najwyraźniej wmówił jej, że poddawanie się własnym impulsom zamiast walki z tym, co niepożądane, jest okej, że usprawiedliwianie swoich chujowych i przemocowych zachowań psychologiczną nowomową jest w porządku, i że ona tak naprawdę nigdy nie odpowiada za swoje słowa, czyny i postawy. Wyłożyłem Ci, że każdy ma prawo do emocji – te w końcu są tępe, zwierzęce i atawistyczne, więc ciężko, żeby ktoś ich tak po prostu nie czuł – ale długotrwałe stosowanie na innych gaslightingu, manipulacji i innych form przemocy psychicznej to już świadomy wybór. Czy, w końcu, że jeśli ktoś każe Ci z dnia na dzień wypierdalać z domu, bo go „przytłaczasz”, a potem ryczy, że tego nie przemyślał, ale dalej każe Ci wypierdalać, to naprawdę nie jest godny tego, żeby Cię obchodzić. Poprzytakiwałeś, jak zwykle, bez przekonania. Parę dni potem zadzwoniłem, żeby sprawdzić, czy żyjesz. Nie chciało Ci się myć, nie chciało Ci się jeść. Aż byłem gotów wsiąść w swojego rzęcha, żeby kupić w biedrze jakieś czyste gacie, przywieźć Ci je tam i wziąć Cię do parku, żeby Cię przewietrzyć i na chwilę wyrwać z tego jebanego marazmu. W końcu się otrząsnąłeś i oficjalnie z nią zerwałeś. Wedle Twoich własnych słów, nie przyjęła tego dobrze. Następnego dnia napisała do mnie – od jakiegoś czasu ćwiczyła wykonywanie usług z zakresu medycyny alternatywnej i szukała chętnych, żeby poćwiczyć, a mnie akurat dopadła dolegliwość, którą się tak leczy. Zdziwił mnie jednak timing. Wieczorem zostawia ją facet, a następnego dnia sama pisze do jego bliskiego kumpla? Z lojalności i ostrożności procesowej zadzwoniłem do Ciebie, żeby ustalić, co tu jest grane, i czy na przykład nie będzie chciała mi nagadać na Twój temat czegoś przykrego, czy nawet próbowała mnie przeruchać, żeby się na Tobie zemścić. Zaoferowałem, że pójdę tam z włączonym dyktafonem i wyślę Ci cały przebieg interakcji. Ale wpadło mi do głowy coś jeszcze. W końcu obracała się w środowisku, które bardzo popierało #metoo, a i, wedle Twoich słów, sama nie raz i nie dwa pokazała się jako hipokrytka, która uwielbia krytykować przemoc, tak długo, jak nie chodzi o tę, którą uprawia na innych. Ciekawe, czy gdyby faktycznie chciała mnie przeruchać, ale bym jej stanowczo odmówił, spróbowałaby mnie oskarżyć o próbę gwałtu, albo co najmniej narobić mi smrodu w towarzystwie? Wtedy mógłbym posiedzieć na nagraniu, poczekać, aż sprawa nabierze odpowiednio dużego rozmiaru, a potem odpalić moją kartę-pułapkę i dokonać kompromitacji na oczach dużej publiczności. Nie tylko jej samej jako osoby – także pomysłu, że należy bezwarunkowo wierzyć wszystkim, którzy twierdzą, że padli ofiarą przemocy seksualnej i bez pytania palić na stosie każdego, kogo się o nią oskarża. Symbolicznie pomścić wszystkich tych, którym fałszywe oskarżenia odebrały przyjaciół, karierę, zdrowie psychiczne, czy życie. Wyrównać rachunek z fałszywymi oskarżycielami. Pomścić siebie samego.

Jednak dzień przed planowanym zabiegiem napisała do mnie, że nie daje jej spokoju jedna rzecz – ponoć zadzwoniłeś do niej i powiedziałeś, że nienawidzę kobiet i byłbym ją gotów skrzywdzić fizycznie. Zbaraniałem. W pierwszym odruchu pomyślałem, że w ramach zemsty na Tobie próbuje nas skłócić. Przedzwoniłem do Ciebie, żeby to wyjaśnić. Ale nie, to nie była żadna zemsta – Ty faktycznie do niej zadzwoniłeś i to powiedziałeś. Postradałeś zmysły, czy jak? Dostrzegam dość sporą różnicę między pobiciem a nagraniem kogoś na dyktafon, żeby przekazać Ci dowód na to, czy mówił coś na Twój temat albo, nie wiem, próbował ode mnie wyłudzić informacje, które mogłyby Ci zaszkodzić, czy próbował przeruchać, żeby Cię upokorzyć. Wiedziałem, w jakim stanie byłeś przez poprzednie dwa lata, więc narzuciłem sobie moratorium na kąśliwe komentarze, ilekroć coś odjebałeś, albo Twoja locha po raz enty wydzwaniała do mnie, żebym jej pomógł Cię przewijać, bo znowu zrobiłeś emocjonalną kupkę i sobie nie radzi. Ale teraz dopadła mnie bolesna świadomość – w tym zjebanym duecie być może ona wcale nie była jedynym ani największym problemem. Przed oczy pamięci znów wrócił obrazek, jak, niczym niesprowokowany, wygadałeś przed laty naszej polonistce, że ją nagrywamy, żeby to wysłać do kuratorium. Z premedytacją dusiłem to w sobie przez lata, żeby nie pierdolnąć tej znajomości w cholerę i z pozytywistycznym pedagogizmem pomóc Ci w wychodzeniu ze spierdolenia w taki sam sposób, w jaki życzyłbym sobie, żeby ktoś kiedyś podszedł do mnie – jesteś naiwnym jak dziecko, doskakujących do idiotycznych wniosków debilem, który skonstruował sobie obrazek świata na podstawie stereotypów, swojego lepiejwiedzenia i chujowych dubbingów taniego anime z RTL7, które zastępowały Ci interakcję z normalnymi ludźmi, i nie robi nic, żeby to naprawić. Usłyszysz piąte przez dziesiąte, zrozumiesz połowę, a dośpiewasz sobie czterdzieści razy tyle. A może przez te dwa lata przeciorania przez skrajnie toksyczne środowisko akompaniujące Ci przy magisterce Twoje lęki ewoluowały w regularną schizofrenię? Serio, idź w końcu do psychologa. Dla Ciebie może jeszcze nie jest za późno.

(9_2/2)

 No.246

File: 60d2ad98b5b0c.vichan.jpg (193,09 KB, 960x641, 10 śmietnik historii.jpg) ImgOps Exif Google

Drodzy podludzie,

Otaczacie mnie od zawsze, więc w sumie jestem do was trochę przywiązany. Ale tylko trochę, bo, jak na to nie spojrzeć, parszywe z was mendy. Co do, kurwa, jednego. Gdzie bym was nie spotkał, prędzej czy później wychodziły z was prawdziwe kolory. I zawsze wystarczył wam jeden z kilku bodźców: odmienny światopogląd, bycie „z zewnątrz”, zawiść wobec ludzi, którzy mają mniej przejebane, chęć zaimponowania płci przeciwnej, używki albo kasa. Oj tak, tą ostatnią, w odróżnieniu od reszty, nie śmierdzieliście, ale zawsze była świetnym miernikiem waszej lojalności.

Gdziekolwiek bym na was nie wpadł, za każdym razem ideały po jakimś czasie głośno i boleśnie zderzały się ryjem z betonową ścianą rzeczywistości. W pierwszym rzucie daleko szukać nie musiałem, chociaż długo mi zajęło zrozumienie, jak wiele i dlaczego jest z wami nie tak – chodziliśmy wspólnie do podstawówki. Było was naprawdę wielu. Kulturowe warunkowanie w postaci ekspozycji na pomysł pierdolenia szkoły zostało mi zaszczepione z góry przez bajki, które czytała mi stara i zachodnie kreskówki, więc na zewnątrz marudziłem, że tam idę, ale w głębi duszy się cieszyłem, że będę miał tylu nowych kolegów, a w moim życiu zajdzie istotny progres. Uważaj, czego pragniesz, młody… Na początku nawet za bardzo nie ogarniałem, jak wiele nas dzieli. W tamtych czasach nikt się specjalnie nie wyróżniał ubiorem i przez myśl by mi nie przyszło, że są wśród was tacy, których rodzice są bezrobotni, rozwiedzeni, albo chleją. Że wielu było bez studiów, to tam pal licho; byłem chowany w duchu chrześcijaństwa, a w nim ważny i godny szacunku był każdy. Od kiedy zresztą dowiedziałem się, co to są grzechy, bardzo się bałem jakiekolwiek popełniać – przynajmniej dopóki nie przekonałem się, że religia to chuj oszustwo, które silnym służy do narzucania swojej woli innym, słabym – do usprawiedliwiania swoich ułomności, mądrym – do przebiegłego sterowania ludźmi, głupim – jako proteza własnego rozumowania i gotowa recepta na życie. No i, skrzywdzonym przez los, jako pociecha i kotwica trzymająca przy znysłach, jak u tego pastora z „Jabłek Adama”. Generalnie chrześcijańska filozofia jest super – bądź dobry, pracuj nad sobą, inspiruj innych, nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe. Gorzej, że wielu chrześcijan, zamiast się do tego stosować, wykorzystuje te pryncypia jako preteksty do stawiania się w roli moralistów i zatruwania życia innym. A potem sru, znowu w palnik, znowu w cug przemocy domowej i wyzysku. Ale hej, bozia jest miłosierna. Wybacza. Wystarczy spowiedź, niedzielna msza na kacu, piątak na tacę i koperta po kolędzie. Możesz być mierny i bierny, byle wierny. Ja jednak byłem długo trzymany pod kloszem, więc gdzieś do czwartej klasy tkwiłem w błogiej nieświadomości. Stawanie w imię tego, co jest „w porządku”, nadstawianie drugiego policzka i opowiadanie się po stronie słabszych wydawały się być jeszcze słuszną drogą postępowania, a nie sygnałem dla innych, że można na mnie żerować. Każdy rodzic z definicji kochał swoje dziecko, więc nawet, jeśli stosował wobec niego przemoc, robił to w jak najlepszej wierze. A instynkt bez wyjątku kazał mu dążyć do tego, żeby dziecku było dobrze i niczego nie brakowało. Nie wiedziałem, że w gruncie rzeczy w moim domu wiele rzeczy działa mocno nie tak, jak powinno, i nie wyobrażałem sobie nawet, że w waszych nierzadko idzie jeszcze gorzej. Ale, jak już sobie z tego zacząłem zdawać sprawę, nigdy nie postrzegałem tego, że mojej rodzinie powodzi się lepiej niż waszym, jako powodu do dowalania wam z tego powodu do pieca. Ba, czasami atakowało mnie poczucie winy, że mam lepiej cnotą urodzenia. W pewnym sensie jednak nie było mi się trudno z wami identyfikować – klucz był wpisany w moje DNA. Obie pary dziadków pochodziły ze wsi. W mojej rodzinie próżno było szukać profesorów czy doktorów; właściwie rodzice byli pierwszymi w linii, którzy skończyli jakiekolwiek studia. Miejska mentalność? Taki chuj. Oni tylko byli grzeczni i mieli papiery, ale rozumienie, jak działają ludzie dookoła, przerastało ich zdolności poznawcze. Mentalnie mieszkali gdzieś między gospodarstwem a sterylnym światem przedstawionym PRL-owskich podręczników do wychowania gówniaków. Wszyscy jesteśmy społeczeństwem! Każdy jest ważny i wartościowy! Każdemu należy się szacunek! Niestety, wam o tym nikt nie powiedział. Albo po prostu nie zrozumieliście lub nie chcieliście zrozumieć, bo chodziliśmy do tego samego kościoła. Dobrze się uczyłem, ale chujowo grałem w gałę i się nie biłem, więc wzięliście mnie na celownik – od plucia, przez prymitywne kawały i wyzwiska na korytarzu, po zmawianie się, żeby oskarżać mnie przed wychowawczynią o rzeczy, których nie robiłem, i, na samym końcu, przemoc fizyczną. Zrobiliście mi z życia piekło, przy całkowitej bezczynności, a niekiedy i współudziale dorosłych. W gimbazie zresztą też, choć było was tam znacznie mniej. W liceum co najwyżej zakręciliście się przygodnie w pobliżu, na jakiejś posiadówie, ale nie byliście aż tak odczuwalni.

Po dłuższej przerwie zadałem się z wami po maturze – tym razem z własnej woli, choć nie bezpośrednio, bo przez wspólnych znajomych. I na początku nawet was nie rozpoznałem, bo, zamiast w ortaliony, też byliście ubrani w czerń i glany. Podobnie, jak ja, mieliście jakieś tam pomysły na przyszłość – koniec końców, jednym poszły lepiej, innym gorzej; paru z was dobiło do magistra, garstka nawet robi doktora. Spędziłem z wami wiele pięknych chwil, choć, nie ukrywajmy, pierwsze skrzypce przeważnie grał tu alkohol – od tanich browarów walonych w krzakach, przez dwutygodniowe, zagryzane jalapenos ze słoika wino pod namiotami, po spirol walony ze wspólnego kieliszka puszczanego w kółko. Tym bardziej nie spodziewałem się, jacy się okażecie. Ale, zanim pokazaliście swoje prawdziwe kolory, wyglądaliście bardzo podobnie do mnie – sprawialiście wrażenie podobnie zagubionych, nawet kumatych nonkonformistów, którzy nie odnajdywali się w ugrzecznionym, systemowym świecie normalnych ludzi. Normalnych, czyli przyjmujących na mordę i z połykiem wszystkie polecenia i preinterpretacje prawdy, jakie rzucają im figury autorytetu, spędzających cały wolny czas oprócz niedziel na klepaniu pamięciówy do szkoły, stroniących od imprez i używek, biorących śluby zaraz po studiach i nieironicznie upatrujących sensu życia w przedłużaniu tego zraczałego gatunku. Ustawionych na torach, niezadających sobie ani innym trudnych pytań. Bo norma to tylko społeczny konstrukt i emocjonalny bat na tych, którzy nie dają się wtłamsić w formę i grzecznie zasuwać dla zysku swoich panów. Jako osoba, która pomysłem normy gardziła zawsze, naturalnie grawitowałem w stronę ludzi, z którymi mogłem na nią pokurwić. A że jeszcze lubiliśmy podobną muzykę i te same używki? No kurwa, lepiej niż w domu. I przy okazji, przynajmniej do pewnego czasu, mieliśmy podobny stosunek do kultury i przejawów forsowania jej w szkołach: wszyscy zdawaliśmy się kumać, że lekcje polskiego i historii, przynajmniej poza programem do matury rozszerzonej, spełniają przede wszystkim funkcję propagandową, a zadaniem nauczycieli jest nie tyle rozwój istotnych kompetencji, co indoktrynacja; umiejętność posługiwania się formami pisemnymi była tylko efektem ubocznym. Nigdy nie oceniałem ludzi po tym, jak sobie radzili w szkole, bo na pierwszym miejscu zawsze stawiałem jakość procesu myślowego. A wy zdawaliście się mieć w sobie tę słynną mądrość ulicy. Co prawda niektórzy z was po cichu mną gardzili z tych samych powodów, co w szkołach, a do tego jeszcze ze względu na miasto mojego pochodzenia, ale za dobrze się bawiłem, żeby to jakoś specjalnie odczuwać. Choć, nie ukrywam, trochę mnie to bolało, jak każdy inny akt gratisowej agresji, w tym i pasywnej. W gruncie rzeczy, gdzie bym się z wami nie zadał, zawsze postrzegaliście mnie jako ciało obce.

Ale, całe szczęście, z pomocą przyszła nam polityka. I to nawet nie dlatego, że wyszły różnice światopoglądowe, tylko dlatego, że dała mi okazję bardzo blisko przyjrzeć się sposobom, w jakie procedujecie informacje i reagujecie na wiejący wiatr. Prawda, polityka była obecna w polskim internecie w miarę zawsze, ale zwykle na stronach z humorem – najpierw w formie kawałów i nagrań wpadek znanych postaci, potem śmiesznego dziadzia w muszce masakrującego lewaków, aż w końcu przywędrowała na demoty. W formie nieironicznej pozostawała jednak domeną piszących jednym palcem i bez interpunkcji januszy z WP i innych Onetów. Dopóki nie przestała. Początkowo nie mogłem uwierzyć w to, co się odkurwia – oto w pewnym momencie z polskiego internetu cynizm, nihilizm, sarkazm i orgazm (w chusteczkę) wyparły podniosłe, patetyczne do punktu śmieszności twory z orłem i wyklętymi. Internauci, nagle zamiast żartobliwie życzyć sobie nawzajem chujów w dupy, powsadzali sobie we własne kije. Bezpieczna przestrzeń, do której toksyny prawdziwego świata nie miały wstępu, stopniowo stała się polem świętej wojny, choć w tamtym czasie najbardziej słyszalna była tylko ta jedna strona. A kapitalizm zrobił to, co zawsze szło mu wybornie – zwietrzył nową modę i wzmocnił ją do granic absurdu, podobnie, jak w poprzednich latach komercjalizował rap, punk, czy inne „buntownicze” gatunki muzyczne, wysrywając na rynek nieprzebrane morze bazaropodobnej tandety. Niby robił to, co zawsze – wzmacniał i sprzedawał już istniejące emocje. Ale tym razem w centrum zainteresowania była nie muzyka rozrywkowa, a światopogląd. Znikł ortalion, pojawiła się odzież partiotyczna. Także na niektórych z was. Nie ukrywam, do ostentacji patriotyzmu zawsze podchodziłem z uniesioną brwią, ale niektóre designy wyglądały naprawdę zajebiście, i przez moment zastanawiałem się, czy by sobie nie sprawić czegoś podobnego. Ale tylko przez moment, bo, jak pewnego razu się spotkaliśmy i zacząłem was słuchać, dostałem raka. Czułem się, jakbym zamiast pójść się napić przez przypadek trafił nie w tę uliczkę, co trzeba, i trafił na sesję kółka różańcowego na najtwardszym Podkarpaciu. Imigranty Polskę islamizują! Unia brukselska, nierządnica europejska, Polskę zabija! Ciekawe, kiedy zdelegalizują bycie Polakiem, podkreślam, Polakiem! JESTEM PATRIOTĄ! Nie wierzyłem własnym uszom. Ludzie, z którymi jeszcze jakiś czas temu szydziłem z systemu i jebałem po naiwności nieironicznycch katolików, nagle bez oczywistego powodu stali się echokomorą bigoterii i plucia jadem, niczym doborowa jednostka moherów w złotych czasach polskiego katofaszyzmu.

Przez jakiś czas próbowałem z wami debatować, wychodząc z założenia, że skoro skumaliśmy się na gruncie tradycyjnie apolitycznej muzyki, którą potrafili ze sobą grać ludzie o naprawdę dziko różnych poglądach, nie będzie to stanowiło większego problemu – barwy to były dla tamtych, tfu, normików, ale my, jako kontestanci i wolnomyśliciele, byliśmy ponad to. Niby tak, ale jednak nie – coraz bardziej się od siebie oddalaliśmy i coraz bardziej sobą gardziliśmy, a dodatkowo zaobserwowałem, że wasze opinie na temat muzyki i zespoły, którymi się jaracie, trochę za bardzo pokrywały się w tym, co akurat było reklamowane w związanych z nią mediach. Doszedłem do smutnego, ale potrzebnego wniosku, że nic tu po mnie – kolejne poszukiwanie okazało się bolesnym niewypałem i stratą czasu. Wasz ogląd na świat, zarówno ten polityczny, jak i kulturowy, okazał się być tylko emanacją fabrycznie pakowanych zestawów przekonań, a wy – konsumentami, produktami i nieświadomymi marketingowcami wtórnymi. Z drugiej strony, stanowicie ogromną część społeczeństwa, więc poznanie waszych ścieżek rozumowania okazało się później nawet przydatne, kiedy przyszło mi się musieć układać z wam podobnymi. Jednak, mimo wszystkich zabawnych chwil, jakie z wami przeżyłem, patrząc w tył, czuję do siebie wstręt i obrzydzenie, że przejebałem z wami tyle momentów mojego życia, które mogłem poświęcić na bardziej rozwijające zajęcia i lepsze towarzystwo. Pytanie tylko, na jakie?

(10_1/1)

 No.247

File: 60d2adb8daf98.vichan.jpg (56 KB, 500x314, 11 odjechany pociąg.jpg) ImgOps Exif Google

Drodzy nadludzie,

W którym punkcie, do cholery, się minęliśmy, i dlaczego nie zostałem jednym z Was? A przecież byliśmy w awangardzie – to my byliśmy tą grupą, która, trochę w ucieczce przed szarością i chujnią otaczającego nas, przemocowego i niewyrozumiałego chlewu, przemierzała internet w poszukiwaniu bodźców z tego lepszego świata.

Lepszego, czyli w sumie bajkowego, bo, choć w tamtym czasie synonimem wszystkiego, co dobre, był anglojęzyczny zachód, naszym lekarstwem na szarość były właśnie bajki i związane z nimi uniwersa. Głównie japońskie. Choć komputery się już powoli upowszechniały, internet w dalszym ciągu pozostawał domeną niemalże elity; to jeszcze były te czasy, kiedy to ostatnie było dostępne jedynie za pośrednictwem telefonii naziemnej, a zaporowe stawki i perspektywa zajętego łącza bardzo skutecznie odstręczały większość rodziców od pomysłu zakupu modemu. Sam miałem glejt tylko na godzinę siedzenia, i to tylko w obecności starych, ale ten czas i tak był na wagę złota – dzięki ściąganym romom z RPGami bardzo szybko nauczyłem się angielskiego na poziomie, który spokojnie pozwoliłby mi zaszpanować jeszcze na maturze rozszerzonej, a dostęp do webkomiksów, stron z humorem i forów dyskusyjnych, jakkolwiek ograniczony czasowo, był nieoceniony w otwarciu mojej głowy na rzeczy, które na podstawie bezpośrednio otaczającej mnie rzeczywistości w życiu by mi się nie przyśniły. Czy, generalnie, w jej otwarciu, bo polska klasa chłoporobotnicza i ci, którzy do niej nie należą, ale się z niej wywodzą, bardzo źle reagują na wszelkie przejawy heterodoksji. Bez waszej pomocy pewnie jeszcze wiele wody by w rzece upłynęło, zanim bym się w ogóle dowiedział, co to jest ateizm, i że logika broniąca kurwy niebieskiej jest dziurawa jak swego czasu zwłoki Vidkuna Quislinga. Albo że rodzina wcale nie jest święta cnotą urzędu, i to, że ktoś jest z kimś spokrewniony, wcale nie znaczy, że ma jakiś niezachwiany i nieprzekraczalny instynkt bycia dla niego dobrym. Sesja po sesji, Wasze posty i rozmowy z Wami pomagały mi rozmontować draperię kretyńskich kłamstw, którymi karmili mnie dorośli, żeby mnie kontrolować. Znaczy, nie żebym sam nie czuł, że system, w którym najwyższą wartością jest wiara w słowa, wygląda podejrzanie, a rodzic, który zabrania czegoś robić dziecku, bo to niby złe, a potem sam to robi, zbywając zarzuty hipokryzji słowami „co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie”, nie jest wiarygodny, ale presja społeczna była silna i wszechobecna. Łudziłem się, że, „zrozumiem, jak podrosnę” – dzięki Wam jednak udało mi się zrozumieć wcześniej, że to faktycznie, że wiele z tych odgórnych narzuceń nie ma obiektywnego sensu, tylko służy wygodzie narzucających.

Byliście też dla mnie protezą życia towarzyskiego po szkole – próżno go było szukać wśród gnębiącego mnie sebostwa. Po całym dniu gnębienia marzyłem tylko o tym, żeby uciec w internet, na moje ukochane forum i do moich ukochanych gier na emulatorze. To były jeszcze te czasy Gadu – co prawda sam byłem zbyt spierdolony, żeby inicjować kontakty, czy w ogóle wiedzieć, jak to się robi, ale mnie w tym wyręczaliście. Nie gadaliśmy o niczym szczególnym poza tematyką naszych forów, ale te rozmowy o pierdołach naprawdę podnosiły mnie na duchu. A kiedy w końcu założyli mi stałe łącze, mogłem cieszyć się Waszym towarzystwem całe popołudnie. A w każdym razie dopóki nie wrócili starzy. Byłem coraz aktywniejszy na forach, ale, niestety, jako że internetyzacja polskiego chlewu postępowała, coraz aktywniejsze były również nooby. Gnębienie w szkole przybierało na sile, a wraz z nim ładunek negatywnych emocji, które w sobie nosiłem; gry, w które grałem, generalnie nie miały dużo wspólnego z agresją, więc jedynym ujściem, jakie znajdowałem, było nakurwianie raportów za najdrobniejsze przejawy nieprzestrzegania regulaminu. Widać odwalałem kawał dobrej roboty, bo, gdy pewnego dnia wróciłem zgnojony ze szkoły, wszedłem na forum i zobaczyłem na górze parę dodatkowych linków. Kurwa mać, mój własny panel moderatora! Z miejsca zabrałem się do roboty. Teraz mogłem tępić raka nie tylko wtedy, kiedy łamał obowiązujące zasady – mogłem to robić także wtedy, kiedy mnie po prostu wkurwiał. Wypierdalałem posty i sypałem banami na lewo i prawo. Czasem po prostu za głupie pytania, czasem za błędy ortograficzne. No i oficjalnie stałem się częścią forumowego kółka wzajemnej adoracji. „Hehe, stary, dobrze cię widzieć na pokładzie, tylko trochę się czuję nieswojo, bo jak nie miałeś moda, to cały czas tylko widziałem czerwony pasek na górze xD” – zaśmiewaliście się w notkach przy rytualnym wbijaniu mi 100% paska ostrzeżeń. Do tego trochę się zajarałem spritingiem, więc nawet otworzyłem własny sklepik z sygnaturami. Stałem się szanowaną częścią elity, przynajmniej w tej, bądź co bądź, elektronicznej przestrzeni.

W pewnym momencie władza i posłuch uderzyły mi do głowy i postanowiłem przeforsować własny, dodatkowy regulamin, choć zrobiłem to drogą przemytu – nazwałem go „FAQ ogólne” i przedstawiłem gronu jako wytyczne dla nowych użytkowników, sformułowane w zdaniach takich jak „nie postujemy dwa razy pod rząd – zamiast tego używamy funkcji edycji” czy „trzymamy się tematu i nie nabijamy postów”. Większość z punktów była w gruncie rzeczy przedłużeniem głównego regulaminu, ale wykrzywiłem ich semantykę w taki sposób, żeby móc na legalu banować noobów na podstawie mojego widzimisię. Zawarłem też punkt o zakazie „promowania homoseksualizmu”. Skąd mi się to wzięło? Z tego, co mi wiadomo, w realu żadnej osoby nieheteronormatywnej jeszcze wtedy spotkać nie zdążyłem, a w necie skupionym wokół uniwersum adresowanego do dzieci w wieku 3+ za dużo się o tym nie mówiło, chyba, że na zachodnich forach. Koniec końców chyba chodziło o to, że w dyskursie publicznym osoby nieheteronormatywne zrównywano wtedy z pedofilami i na co dzień nazywano je „dewiantami”, a ja nie chciałem, żeby nasz domek na drzewie stał się ich siedliskiem. A może moja homofobia wcale nie była strachem przed tym, że geje zrobią desant na forum i zasieją ziarna zboczenia? Zawsze mnie zastanawiało, skąd w tym słowie wziął się sufiks oznaczający „strach”. Że niby się boję, że gej mnie zgwałci? To stoi na podobnym poziomie do strachu kobiety przed każdym facetem jako przed potencjalnym sprawcą przemocy seksualnej. Niby kuśka jest, to i jest potencjał, ale jednak zdecydowana większość chłopów tak nie działa. Że mnie skrzywi? Nie no, bez przesady, nigdy nie uważałem się za człowieka aż tak słabej woli, żeby pod wpływem innych naginać swoją seksualność w stronę tego, co mnie zwyczajnie obrzydza. Ale kurde, jeśli ktoś nie lubi mleka, to go nie pije i koniec tematu, a nie burzy się, że ktoś inny je zachwala w internecie, i nie daje upustu swojej laktofobii wypisując na murach „jebać krowy”. Powiedziałbym, że homofobia to nie tyle strach i niechęć wobec osoby homoseksualisty, tylko strach przed byciem z nim utożsamionym. No bo, kurde, jakie inwektywy wobec facetów są uważane za najcięższe? Ciota. Cwel. Pedał. Wszystkie trzy to wulgarne określenia w pierwszej kolejności na geja, ale uważa się je za tym obraźliwsze, jeśli używa się ich w kierunku heteryka. Podobnie z życzeniem „chuj ci w dupę”. Ba, mnie osobiście rozumiana w taki sposób kulturowa homofobia wdrukowała się tak silnie, że nawet, gdy już skończyłem gimbazę i dookoła zaczęli się pojawiać wyautowane osoby homoseksualne, czułem podskórny wstręt przed podaniem ręki koledze-gejowi, mimo że nic do niego nie miałem, a kiedy widziałem na mieście czy na imprezie parę gejów w kontakcie fizycznym, miałem odruch odwracania głowy, zupełnie, jakbym widział coś mocno gorszącego, albo wręcz obrzydliwego. Wtedy jeszcze tego nie wiedziałem, ale później, kiedy podrosłem, poobserwowałem internet i zdałem sobie sprawę, jak wiele osób nieheteronormatywnych obraca się w środowiskach chińskobajkarskich i traktuje je wręcz jako swój safespace, uprzytomniłem sobie, że niejednemu z Was mogłem tą częścią swojej forumowej krucjaty co najmniej sprawić przykrość.

W pewnym punkcie stężenie noobów na naszym forum zrobiło się tak wielkie, że smród stał się dla mnie nie do wytrzymania. Zacząłem więcej czasu spędzać na zagranicznych forach i zainteresowałem się innymi bajuchami, a do nas zaglądałem tylko postrzelać. Ponadto zaczynałem mieć coś w rodzaju życia towarzyskiego w realu, więc coraz więcej godzin spędzałem na podwórku. Zresztą, jakiś czas później zapadła decyzja, że idę do nierejonowej gimbazy niemal z samymi nieznanymi mi ludźmi i bardzo nie chciałem spierdolić pierwszego wrażenia, więc uznałem, że czas najwyższy z chińskobajkarstwa wyrosnąć. Biorąc pod uwagę moje wypalenie w temacie i fakt, że kilka z moich ulubionych serii gier właśnie się skończyło albo najlepsze lata zdawało się mieć za sobą, nie było to trudne. Chciałem zbudować się na nowo, w taki sposób, żeby zewnętrzny świat podchodził do mnie z szacunkiem, zamiast brać na celownik. A że seby wyśmiewały między innymi moje podstawówkowe łibusiarstwo, nie było trudno upatrywać w nim głównej przyczyny gnębienia. O, naiwności. Całą gimbazę spędziłem w izolacji, tylko tym razem także od Was. Forumowe kontakty się pourywały, moda zabrali mi za nieaktywność. Czasami, w ciągu kolejnych lat, zaglądałem na forum niezalogowany i obserwowałem je z dystansu, niczym Obito Uchiha po swojej „śmierci”, ale nie znajdowałem sił, żeby znów w nim uczestniczyć. Byłem już na innym, smutnym kursie. W jakie miejsce? W żadne dobre.

Ale jednak jakiś dobry ląd znalazłem, tylko po trzech latach dryfowania miałem okrutną chorobę morską i nie umiałem zarzucić marynarskiego chodu. Okazało się, że przez ten czas wiele zdążyło się zmienić – właściwie w momencie, kiedy mój rocznik zaczynał gimbazę, chińskobajkarstwo zaczęło się rozpowszechniać i normalizować, a wśród rówieśników zapanowało narutardztwo. Poczułem się wyruchany w dupę. Sporo Was trafiło ze mną do liceum, choć, ze względu na wynikłe z rozgałęzienia naszych dróg, już nie mieliśmy wspólnego języka – prawda, ogarniałem jakieś tam łibusiarskie tropy i media, ale jednak byłem jak zwierzę, które na trzy lata zostało oddzielone od swojego stada, a potem wróciło i odkryło, że stado traktuje je jak obce, bo zatracilło z nim wspólną płaszczyznę komunikacji. Kiedy ja gniłem przed monitorem, ruminowałem i grałem z sebami w gównianą grę dla debili, Wy się całkiem zdrowo rozwijaliście – kultywowaliście nastoletnie przyjaźnie, chodziliście na zajęcia pozalekcyjne, przeżywaliście przygody. Tworzyliście wspomnienia. Ja za to ledwo pamiętam ubijanie mojego pierwszego smoka. Ale aż za dobrze trzy lata zagubienia, samotności i poczucia niemienia dokąd wracać. Sporo was chodziło na jakieś kursy japońskiego, niektórzy uczyli się programowania. Byliście grzecznymi, ogarniętymi uczniami, mieliście w miarę jasny kierunek i rozwinięte zainteresowania. Zdaje się, że sporym doświadczeniem formatywnym były dla Was letnie obozy i konwenty anime. Patrząc w tył, gdzieś do liceum sam nie miałem wielu okazji, żeby socjalizować się z jakimikolwiek rówieśnikami poza szkołą i bez nadzoru dorosłych. Nie miałem poligonu, na którym mogłem testować swoje rozumowanie czy poznawać cudze. I, ktokolwiek Wam pomagał w rozwoju – czy rodzice, czy ogarnięci koledzy z gimnazjum, czy, chyba najczęściej, starsze rodzeństwo – w niejednym wypadku wykonał nad Wami zajebistą robotę, a Wasze dalsze losy tylko wyraźnie to pokazały. Budowaliście na swoim kapitale. Zawieraliście i utrzymywaliście zdrowe, długotrwałe więzi. Wyjeżdżaliście pracować i studiować za granicę. Wygrywacie w życie. Zdawałoby się, że pod wieloma względami miałem warunki, aby wylądować jako jeden z Was, jednak tak się nie stało. Zabrakło mi najważniejszego. Przewodnictwa.

(11_1/1)

 No.248

File: 60d2add48e29d.vichan.jpg (396,58 KB, 2048x1363, 12 to my polacy.jpg) ImgOps Exif Google

Dear Foreigners,

Thank you for being a beacon of hope to me and helping me realize that most of the problems I faced as I grew up stemmed not from within, but, rather, from being born in the wrong country and culture. Amid the vicissitudes of life, I’ve had the fortune of meeting a great many of you – some online, some back in my home country, and some abroad – although, in the latter case, it wasn’t until a while into adulthood. Hell, it wasn’t even until my second University year that I got to go anywhere beyond the Oder-Neisse line. Not that it mattered much in the bloom of the Internet age – hypertext and the electronic impulses that carried it managed to zap enough smoking holes in the gossamer drapery of hopelessness of Poland’s early noughties to serve as good enough a distraction from my toxic surroundings to make the worst years of elementary somewhat bearable. Interacting with the West, even thorugh posts on gaming boards, gave me a taste of normalcy, unconditional respect towards one another, and genuine decency based on treating others as one would like to be, as opposed to a cheap façade thereof borne of a culture of gaslighting and ill-conceived religious faith.

If one were to believe the findings of sociologists, Poland’s is mostly a so-called honor culture – that is, one where an individual’s value is based on how they are perceived by others in the context of their reputation, with the cultural logic of honor itself being, quote unquote, “considered to be built upon the individual’s personal responsibility to develop and protect the reputation of his or her group and to uphold its honor”. Which, apparently, also entails bullying others to build one’s brand within the herd context, and making it a point to respond violently to any perceived slights, so as not to earn the reputation of a pushover. Honor cultures, researchers say, tend to form in the absence of a strong sense of order and unity, with inadequate or unreliable law enforcement. In such cultures, one’s standing is largely dependent on being able to project a credible threat of violence.

And yet, through a combination of being raised in a middle-class Catholic household, frequenting the Western internet, and self-exposure to media originating from Japan, I awkwardly straddled somewhere between dignity and face cultures – the former, encountered mostly in Western Europe and the Anglosphere, grounded in the idea that everyone possesses inalienable worth and is morally accountable for their own actions, the latter, found chiefly in East Asia, based on sacrificing the self for the sake of in-group harmony. I was a herbivore in a world of predators. Nobody ever bothered to inform me of the specific mechanics of the culture within the immediate vicinity of my home, but I hardly cared for being the dirtiest pig in the pigsty anyway – I always saw society as something to be improved and cooperated upon, not as a battleground in a perpetual pissing contest. Unfortunately, in this sad shithole, people who thought along similar lines were always few and far between. At one point in my life, after ten-odd years of waddling about in the dark, I came across a certain piece of literature that explained group domination dynamics all too well; while it did help me understand what was going so wrong and why the people surrounding me in the physical world never really accepted me, and employing some of the described principles did help me gain some ground against the general unkindness of my compatriots, all of this only reinforced my conviction that I wanted nothing to do with this animalesque mentality. Once the masquerade has served its purpose and I was safe from harassment, it would be dead and gone.

But, meanwhile, I finally did get to travel to a couple of places that, mostly due to the cowardice of those supposed to give me courage, were once out of my reach. And, to my pleasant surprise, most of you guys were just as cool as you were online all these years back. You accepted and welcomed me with open arms, curious of my world just as I was curious of yours. Granted, every village has its asshole, and the West is no exception, but your positive reactions to me no matter where I went or with whom I worked were completely unlike anything I’ve ever experienced back home. No hazing, no gratuitous subversion, no counterproductive powerplay. Just normalcy, unprecedented kindness, and tons of good times. It was abroad that I finally concluded I was not a misanthrope after all – if anything, just a bona fide oikophobe who resented being pitted into pointless fights against his will. What was it, exactly, that you had and my countrymen lacked? After all, people grow evil, bitter, aggressive, resentful, and cynical when they are missing something. Or when they feel they’re missing something. Or when they are made to, on purpose. Food. Safety. Attention. Knowledge. Intelligence. Dignity and respect. Is this feeling of shortfall not the force driving those hateful hordes of misandrists masquerading as feminists, the misogynists in the more extreme incel communities, bigots, and neonazis? My first instinct would go towards money. And yet, I met many of you hailing from underprivileged backgrounds, and I never experienced the same kind of crappy behavior on your part. Success? After all, the saying goes, a Pole will forgive you everything except for success. And yet, though many of you were less successful than me in some aspects of life or other, it would never occur to you to treat me like shit. Not to mention, I don’t think I am that special. Perhaps dignity? Yup, that would be closer to it. The post-commie part of Europe is a pretty sad place to be by virtue of having suffered through forty-something years of being under the Russian boot again, if, this time, painted red; combine that with a lifetime of having a sense of humiliation and wounded national pride shoved down your throat, and you get a recipe for a very toxic brew. Which could suddently boil over in the form of, say, the biggest neonazi march Europe has seen in its recent history.

Frankly, I’ve always deemed the very idea of “national pride”, and, in a broader sense, of feeling any emotion specifically because it was one’s compatriot that did something, a very stupid one – after all, how much sense exactly does it make to feel proud or ashamed because of the actions of someone you’ve never even met and influenced? – but, that one time, when you started flooding my inbox the day after, I felt nothing short of embarassed. It would be reasonable to expect the Polish populace to know what things can go down when one nation places itself above another by mere virtue of birth – and yet, the march was chock-full of people who not only seemed to ignore that, but carried banners featuring the celtic cross, aka the modern-day swastika that gained popularity due to the real one being censored. In an even more ironic turn of events, a lot of them wore “patriotic wear” featuring the “P” anchor symbol, the sign of the Warsaw Uprising, effectively cementing its status as the modern-day Polish version of the former. Just how the hell does a nation’s mentality deteriorate this much? From the poster child of Eastern European democratic transformation, the country turned into a malignant tumor and an active generator of uncalled-for trouble. A nation that seemed to enjoy steady, amaranthine progress in virtually all spheres of life did an unexpected U-turn towards the seemingly-gone days of the second-world yore. Granted, ever since the EU opened up its labor markets to the newcomer states, we quickly became one of the continent’s most prolific exporters of social problems, but what we all witnessed that day was downright excessive even by the sorry standards of the former Soviet bloc. What spawned all of this vitriol in the first place? Most of what the march claimed itself to stand against had hardly any presence in our everyday reality. Little to no Middle-Eastern immigrants to speak of. Hardly anyone attempting to strip anyone’s nationality away. Almost no nonhet people or places out there in the open, virtually no discussion of sexuality in the public discourse except for some of the more zealous priests decrying gays from the pulpits. Hell, that’s when I thought the place where terrorism had most success was Poland – even though we had zero jihadist attacks on our soil, It was the Poles who became the most islamophobic nation of the entire EU.

I imagine that, as is the case with even fully-developed nations, this seemingly sudden change of winds has, in reality, been creeping up on us for years. It did not happen overnight – at its foundation lay very real problems. Separatism, minority oppression, corrupt politicians, minority gangs, physical violence – you take your pick. Though kept at bay for a long while by way of social consensus, all of this crap had a much easier time seeping into the foreground owing to the ever-increasing number of smartphones. The threshold of entry into the internet reached an unprecedented low – you no longer needed a PC and broadband to get in. Your wherewithal to get in now fit inside your pocket and within your mobile plan. Combine that with the internet centralizing itself around social media behemoths and their algorithms, subtly shutting people inside their information bubbles, and you’ve got yourself a recipe for a society divided like never before. Is identity, in fact, not one’s reaction to others? Music-centered subcultures are a reaction to the musicians’ ideas and performances. Feminists react to their perceived injustice at men’s hands. Men’s rights movements are a reaction to perceived unfair treatment by or because of women. Nationalism is rooted in feelings of difference from those outside of one’s group. Internationalists wish to see a world without manmade borders. That said, things start to get slippery when one starts treating their identity like a prosthetic personality; there are laberls for people, and then there are people for labels. Where is this headed? Will people, at some point, see what has been wrought by the forces of evil using their hands, and treat this period as an opportunity to set their priorities straight? Or will they keep splintering into ever-smaller, ever more distrusting bubbles? I don’t have a crystal ball, but I feel that, if you don’t like where we’re going, then you won’t like what’s coming next.

(12_1/1)

 No.249

File: 60d2adf7d71bd.vichan.jpg (110,42 KB, 500x419, 13 znaczy anonimowy.jpg) ImgOps Exif Google

drogi anonie,

jesteś mną, a ja tobą :3 jesteśmy żywymi dowodami na to, że człowiek to tylko pokraczna, nastoletnia faza między zwierzęciem i maszyną

spotkaliśmy się dość późno, ale nawet nie wiesz, jakie to było dla mnie zbawienne – przez dwadzieścia lat z hakiem błądziłem po najróżniejszych miejscach w poszukiwaniu jakiegoś, do którego bym pasował, ale gdzie bym nie trafił, zawsze z różnych powodów odbijałem się od jakichś ścian, i dopiero przy tobie znalazłem swój prawdziwy dom
chore? zwynaturzone? może, ale mam do tego prawo xD kurwa, jak żyję nie trafiłem wcześniej na nikogo, kto byłby w stanie wykrzesać z siebie chociaż ułamek empatii i zrozumienia dla problemów, z którymi się mierzyłem przez cały okres guwniacko-dojrzewający, a tu pewnego dnia trafiłem na ciebie i dopiero wtedy po raz pierwszy w historii wszechświata poczułem się rozumiany ;_; w końcu miałem kogoś, kto mierzył się z podobnym mentalnym gównem co ja i z kim mogłem o tym swobodnie pogadać – o gnębieniu, strachu przed ludźmi, nieumiejętności konfrontacji, problemach psychicznych, nieprzepracowanych traumach, niedogadywaniu się z lochami, przegapionych doświadczeniach formatywnych, czy braku jakiegokolwiek życiowego kompasu

różne są wykładnie tego, co to znaczy „anon”, ale dzięki tobie mam niezłe pojęcie o tym, co kształtuje spierdoksa – spierdoks to najczęściej mieszanka powstała z czynników takich jak depresja, nerwice, zaburzenia schizotypowe czy schizoidalne, niefortunne działanie procesów poznawczych, traumy wieku guwniackiego, opóźnione czy wręcz brakujące doświadczenia, chroniczne poczucie braku oparcia w innych, czy bycie tym słynnym DDD; na to ostatnie zresztą składa się całkiem pokaźna lista predyktorów, które kiedyś przywlokłeś z wikipedii, pamiętam że wyszły mi dwie trzecie xD w sumie można powiedzieć, że anon spierdoks jest w dużej mierze produktem otoczenia, które go zawiodło – od rodziców, przez dalszą rodzinę i rówieśników, po instytucje i przyjaciół
normik, choćby miał dobrą wolę, nigdy nie będzie w stanie do końca skumać, o co nam chodzi, bo kiedy nas gnębiono, jego broniono, kiedy nas karcono za pierdoły, jego za pierdoły chwalono, a kiedy nam odmawiano udziału w doświadczeniach formujących naszych standardowych rówieśników, on cieszył się młodością i czerpał z niej garściami, tworząc sobie album pięknych wspomnień i budując schody w górę, na których mógł stawiać kolejne kroki, bo doświadczenia formatywne są jak kula śnieżna, i sprawdza się to zarówno przy tych pozytywnych, jak i negatywnych ;_; najbardziej dołujące jest to, że normiki mają nad nami kilka długości przewagi między innymi przez to, że nigdy nie musieli poświęcać tyle czasu na mienie rozkmin, które musieliśmy mieć my, żeby utrzymać się przy zmysłach i wytłumaczyć sobie mechaniki świata, bo nikt tego dla nas nigdy dobrze nie zrobił – anon spierdoks to w pewnym sesnie takie dzikie dziecko, jak ten słynny wiktorek z averyon czy wania-ptak, którego nikt nie nauczył prawidłowej i skutecznej komunikacji, albo wręcz je do niej zniechęcano, przez co nie operuje w tym samym systemie znaków co stado i inni je odrzucają

zetknięcie z tobą pomogło mi załatać ogrom braków w życiowej wiedzy, jakie powstały w okresie mojego dorastania i dowiedziałem się od ciebie bardzo wiele, od tego, jak układać dietę, przez praktyczne sprawy mieszkaniowe, po solidne protipy psychologiczne i nie tylko – kurwa mać, gdyby nie ty, to jeszcze grubo po 20lv wierzyłbym starym, że moją stuleję da się rozciągnąć i widać chujowo się staram, zamiast jak cywilizowany człowiek iść pod nóż xD zostałem wychowany przez dwójkę ludzi, którzy pod względem rozwoju emocjonalnego zatrzymali się na poziomie wyfiukanych kujonów z piątej klasy, a na dokładkę pod ich nieobecność sprawował nade mną nadzór emeryt o zdolnościach intelektualnych zredukowanych do poziomu upośledzonego skrzata domowego, więc wiele praktyczniejszych i nieoczywistych aspektów życia wykraczających poza schemat szkoła-praca domowa-kościółek-studia-gówniaki-zapierdol do emerytury, takich jak chociażby dilowanie z ludźmi i interpretacja ich zachowań, przez stanowczo zbyt długi czas pozostawało poza moim zasięgiem – niemniej, nawet podbicie social skilla nie sprawiło, żebym przestał postrzegać prawdziwy świat jako gigantyczne skrzyżowanie przedszkola, psychiatryka i więzienia

ale oprócz smutnych deliberacji o przyczynach naszego położenia przeżyliśmy też wiele zajebistych inb, które, być może jako proteza dla tych, które w naszym wieku miewają normalni ludzie, uczyniły nasze wspólne chwile wyjątkowymi jak skurwysyn – na przykład, gdybym na ciebie nie trafił, w życiu bym nie pomyślał, że mogę stać się znanym raperem xD co prawda nie z powodu techniki, flow czy rozkmin, tylko przez ból dupy, jaki udało nam się wywołać wspólnymi siłami, ale tego już mi nie zabierze kurwa nikt, nasze wspólne sesje ocetniczne były jedną z najpieniężniejszych rzeczy w jakich w życiu brałem udział – poza tym nigdy bym się nie spodziewał, że przez tworzenie gównomemów uda mi się dołożyć swoją cegiełkę do współczesnej polszczyzny, anon szarak rucha do gara a śmieć normik to wpierdala xD tuwim byłby z nas dumny

niestety, w pewnym momencie coś się popsuło, bo do naszej przestrzeni dyskursywnej wkradła się polityka – co prawda, odwrotnie niż to zwykle bywa, do nas przyszła kilka lat później niż do świata normalnych rówieśników, ale, jak to z polityczką bywa, zasmradza każde miejsce, w którym się pojawia, i chociaż między nami zawsze wszystko było z grubsza git, ludzie dookoła zaczęli się między sobą brzydko różnić i od dłuższego czasu ciężko o osiąganie jakichkolwiek ładnych rzeczy wspólnymi siłami, żeby ktoś zaraz nie złapał bólu dupy bo coś godzi w jego poglądy, więc radocha nad wspólnymi inbami poszła się jebać, nie wspominając już o robieniu ciekawych ocetów
to jest kurwa zjebane, dzisiaj już nawet nie można pogadać o muzyce ani gierkach żeby jakiś debil nie zaczął hurrdurzyć o polityczkarskim dopasowaniu prezentowanych treści albo poglądach autorów, i ma to odniesienie zarówno do świata anonów, jak i normików – nawet tam, gdzie kiedyś tkankę społeczną trzymały w kupie nici porozumienia na kompletnie niepowiązanych z polityką płaszczyznach; czuję się jak jeden z tych ostatnich samurajów spierdolenia, którzy nie dali się zwariować polityczkarzom, a do tego mając zawsze naturalną potrzebę trzymania się z daleka od ludzkich gierek i konfliktów, zarówno w wielkoobrazkowym kontekście społeczeństwa, jak i w tym mniejszym, biurowo-szkolnym, przez całe życie dążyłem do zdobycia zawodu zdalnego, który pozwoliłby mi trzymać się z dala od ludzi i ich zjebania, socjalizując się tak selektywnie, jak tylko się dało, ale teraz czuję się przez to, jakbym wmalował się w róg i nie mógł nic zrobić, jak wypierdolony na plecy żółw
jeszcze niedawno internet służył tobie i mnie za bezpieczną przystań i ucieczkę od chujowego i przytłaczającego świata normików, ale przez nachalną smartfonizację teraz światem normików stał się i on, i już nawet na czany nie można uciec bo to nam też skolonizowali – gdzie ja mam kurwa iść, żeby zaznać spokoju?

czekam, chociaż nie wiem, na co, chcę w końcu zrobić krok do przodu, ale nogi zostały gdzieś koło czwartego roku studiów, pociąg odjechał lata temu, miałem bilet na pierwszą klasę, ale za darmo podarli mi go ci sami ludzie, którzy mi go za darmo dali, z każdym dniem coraz trudniej zawyżać średnią

w sumie średnio mnie to obchodzi, ale zdążyłem zapomnieć, jak myśleć o czymś innym, szczęście stało się grą o sumie zerowej, wzgardzony stał się gardzącym

na górze banały, na dole kosmos, może na odwrót, a gdzieś pośrodku ja, starający się złapać równowagę – nie wiem po co, może po to, żeby czymś zająć ręce

ehh popłakałem to wykurwiam

ps. stary, jak już to znajdziesz i przeczytasz, weź wklej ten i inne listy na /cp/ albo gdzieś, jak chcesz to możesz wymyślić jakieś picrele

(13_1/1)

 No.250

błagam niech będzie jeszcze epilog z mocnym finalem

 No.251

Opie, przeczytałem jak na razie części poświęcone starym i, ty kurwo pierdolona, jakim chujem wiesz, co się działo u mnie na chacie? xD

 No.252

Wyjebałem jakieś półtorej godziny (przeznaczone na sen) z mojego rytmu dobowego, żeby dostać feelsów i nic poza tym. Warto, niewarto, ciężko powiedzieć.

 No.253

>>226
Pamiętam cię anonie z tematu o toksycznych starych, głównie przez matkę przerażoną opowiadaniem żartów o PRL, zgniłem z tego potężnie xD. Dzięki, że opisałeś swoją historię. Jak radzisz sobie teraz?

Miałem podobny zajzajer w domu (z tą tylko różnicą, że zarówno przemocowcem, jak i nadopiekuńczym rodzicem, była matka). Ojciec to bardziej jak twój dziadek, ale i tak go nie szanuję za przyzwalanie wariatce na wszystko. Minęły lata i jakoś doszedłem do porządku z własną głową, życie też dałem radę poukładać. I robię wszystko, żeby moje dzieci nie zaznały choćby ułamka tego, co ja.

 No.254

>>253
A, i mam nadzieję, że to
>ps. stary, jak już to znajdziesz i przeczytasz, weź wklej ten i inne listy na /cp/ albo gdzieś, jak chcesz to możesz wymyślić jakieś picrele
tylko zabieg literacki i autor nie dokonał magika.

 No.255

>>254
kurwa oby nie, boże, niech overOP sie nie wyhuśtał, to by była tragedia.

 No.256

no i poszła kupka

 No.257

>>256
to się podetrzyj

 No.258

>a gdzieś pośrodku ja, starający się złapać równowagę – nie wiem po co, może po to, żeby czymś zająć ręce
oj chuj, mocarne

 No.259

schizofrenik tabletka

 No.260


 No.261

W jaki sposób tak się nauczyć angielskiego?

 No.265

nk timeline

 No.266

>>260
Error jakiś

 No.267


 No.268

>>265
>>265
Ta część pasty co zaczyna się od dear foreigners. Zastanawia mnie jak można jako bolak nauczyć się tak ładnie angielskiego. Przecież same angole w ten sposób nie piszą

 No.270

>>268
>niemienie C2 od lurku i gierek

 No.271

>>270
lurkuję i IRCuję i A2 here

 No.274

>>271
no to masz swoją odpowiedź, wincyj gierek

>>267
nawet ładne
ciekawe jak się poczuła ta loszka jeśli to usłyszała

 No.275

>>226
>>226
Kurwa opie… Az przypomnialem sobie dlaczego viszon przyciagnal mnie w tych okolicach 2013/2014 w czasie moich najwiekszych problemow w zyciu i wsrod anonow poczulem sie jak w domu. Ci sami ludzie co przezyli to samo i jak czytam twoj post to widze swoje zycie, moze nie w skali 1:1 bo ja musialem byc na wpol sebą pol anonem (hehe jak ten anon od rewiru, starocioty pamietaja?) ale w glebi duszy chowalem w sobie gleboko spierdolenie

 No.276

Aż się prosi, żeby to wszystko złożyć w całość i anonimowo wydać. Wsiąkłem mocno.

 No.277




[Powrót][Do góry] [Catalog] [Post a Reply]
Usuń post [ ]
[ * ] [ 3 / b / cp / r+oc / waifu / wiz ] [ btc / c / c++ / fso / h / kib / ku / lsd / psl / sci / trv / vg ] [ a / ac / fr / hk / lit / mu / tv / x ] [ med / pr / pro / psy / sex / soc / sr / fa ] [ chan / meta / rcp ] [ szukaj ] [ Chan Wiki ]